wtorek, 12 maja 2009

Nysa Łużycka 2009

Wyprawa rowerowa – Jelenia Góra – Zgorzelec – Przewóz - Jelenia Góra
373 km
10.05 – 12.05


Dzień I 10.05.2009 / niedziela/ 138 km. Przec.14,6 km/godz. Cz.jazdy 9 godz 24 min.


Jelenia Góra/Maciejówka/ - Rybnica - Stara Kamienica – Nowa Kamienica – Grudza - Rębiszów – Gierczyn – Orłowice – Świeradów Zdrój(Czerniawa Zdrój) - Nove Mesto /Czechy/ - Frydland – Kunratice – Bogatynia/Polska/ - Turoszów – Sieniawka – Zittau/Niemcy/ – Hirschfelde – Marienthal - Ostritz – Leuba – Hagenwerder – Görlitz – Zgorzelec/Polska/


Pobudka o 4.40 aby przed wyjazdem rozpalić w piecu CO, zjeść solidne śniadanie i zapakować sakwy na rower. Z domu wyjeżdżam ostatecznie o 6.40 i parę minut po siódmej na Zabobrzu, skąd wspólnie z Czesławem S. kontynuujemy naszą podróż. Dość ciepło, ale wietrznie i na szczęście bez opadów. Wspaniale wyglądają kwitnące pola rzepaku, jego wyrazisty żółty kolor dominuje w krajobrazie gminy Stara Kamienica. Zapowiadają się dobre zbiory tej rośliny co może skutkować wyższą podażą i niższymi cenami.


Tak się zapatrzyliśmy na te żółte pola, że zamiast do Małej Kamienicy wylądowaliśmy w Nowej Kamienicy co w konsekwencji wydłużyło nam trasę i dodało parę kilometrów. W Czerniawie opuszczamy na krótko nasz kraj i wjeżdżamy do Czech, gdzie pomimo niedzieli wielu ludzi pracuje przy swoich domach. Krótki postój we Frydlandzie na miejscowym rynku, jestem tu już kolejny raz, ale mój kolega jest tu po raz pierwszy. Podziwiamy wspaniały ratusz i ładnie odrestaurowane kamienice.



Po kilku kilometrach opuszczamy państwo czeskie i ponownie jesteśmy w Polsce, a konkretnie w Bogatyni. Ta jedna z najbogatszych gmin w Polsce kompletnie nas rozczarowała, mieliśmy pecha ponieważ trafiliśmy na „komunijną” niedzielę i wszystkie miejscowe i okoliczne restauracje były zajęte przez tych co po strawie duchowej zapragnęli teraz coś dla ciała. Głodni i zmęczeni jedziemy w kierunku Sieniawki przez Turoszów, a tam ze specjalnego punktu widokowego oglądamy olbrzymią dziurę w ziemi, spowodowaną nie jakimś meteorytem tunguskim, ale działalnością człowieka, a konkretnie odkrywkowym wydobywaniem węgla brunatnego.



Nasze żołądki napełniliśmy dopiero w Sieniawce, gdzie w jedynym barze spożyliśmy po dużej porcji kebabu i kuflu piwa. Sama miejscowość, która jeszcze przed kilku laty tętniła do późnego wieczora handlowym zgiełkiem, obecnie jest cichym, spokojnym miasteczkiem z zaledwie paroma sklepami, gdzie oczywiście królują „Zigaretten”. Na krótko przed godziną 16-tą przejeżdżamy graniczną Nysę Łużycką i nie wjeżdżając do centrum Zittau meldujemy się na sławnym szlaku rowerowym „Odra-Nysa”.


O tej trasie można praktycznie mówić same superlatywy. Dwujęzyczne (niemiecki i polski), szczegółowe mapy i opisy na całej trasie, równiutka, asfaltowa nawierzchnia i gęsta sieć miejsc do wypoczynku lub przeczekania niekorzystnej pogody. Droga prowadzi przez czyste, zadbane i co dziwi polskiego turystę, szczególnie w niedzielę, wyludnione miasteczka. Natomiast na samym szlaku dużo rowerzystów w każdym wieku, ale to praktycznie sami Niemcy. Spotkaliśmy tylko jedną polską rodzinę dopiero w okolicach Zgorzelca. Trochę to dziwne bo ta droga rowerowa z prawdziwego zdarzenia leży dosłownie „za miedzą”.
Tuż pod miasteczkiem Ostritz jest sławny klasztor „Marienthal”. Ten klasztor, a właściwie zespół, starannie odrestaurowanych budynków zwiedzałem z Markiem już kilka lat temu, ale wtedy było cicho, spokojnie i nastrojowo, nie to co teraz. Jest niedziela, a w dodatku święto lokalnej społeczności, czyli nic innego jak nasz dawny odpust, organizowany dla uczczenia patrona parafii. Mnóstwo straganów z własnymi wyrobami, zespół muzyczny i dużo ludzi, siedzących przy drewnianych stołach i spacerujących po placu klasztornym. Z przyjemnością oglądamy świeżutki pomnik naszego wielkiego rodaka – Jana Pawła II .



Jedziemy dalej aby zatrzymać się na kilka minut na rynku Ostritz, gdzie naszą uwagę i obiektywy aparatów kierujemy na ładny ratusz.


Łapiemy „drugi oddech” i pomimo tego, że mamy już przejechane grubo powyżej 100 kilometrów to jesteśmy jeszcze nadal w dobrej kondycji, co ja częściowo zawdzięczam mojemu nowemu, debiutującemu na wyprawie rowerowi o znacznie większych kołach / 28 cali /. Jest to rower trekkingowy „Syberian” firmy Kross, kupiony w listopadzie 2008 roku. Natomiast mój zacny towarzysz podróży wzrost formy może zawdzięczać tylko swojej, nabytej zimą na nartach biegowych, wspaniałej kondycji fizycznej.
Kilka słów na temat ekologii, z punktu widzenia siodełka od roweru widać wyraźnie, że nasi zachodni sąsiedzi, w odróżnieniu od nas, nie mówią o poszanowaniu środowiska, ale po prostu to realizują. Widać mnóstwo wiatraków i paneli słonecznych, pokrywających dachy już wielu domów, nie wspominam tu o tak podstawowych rzeczach jak elementarna dbałość o czystość otoczenia.


Po 19-tej jesteśmy już w Görlitz i starym miejskim mostem przekraczamy rzekę i granicę aby znaleźć się w Zgorzelcu przy ulicy Łużyckiej, gdzie nocujemy w pensjonacie płacąc 35 zł za osobę, mając do dyspozycji łazienkę, telewizor i kuchnię. Robimy jeszcze kolację z naszych domowych zapasów i popijamy świetną nalewkę, wyprodukowaną przez Czesia.


Dzień II 11.05.2009 / poniedziałek / 107 km. Przec. 15 km/godz. Cz. jazdy 7 godz 4 min.


Zgorzelec/Polska/ - Görlitz/Niemcy/ - Ludwigsdorf – Zodel – Deschka – Zentendorf – Rothenburg – Lodenau – Steinbach – Podrosche – Przewóz/Polska/ - Podrosche/Niemcy/ - Bad Muskau – Łęknica/Polska/ - Nowe Czaple - Przewóz

Wyspani i wypoczęci po porannej toalecie i śniadaniu o godz. 7.40 zaczynamy drugi dzień naszej eskapady. Na dworze dużo chłodniej jak wczoraj, niebo zasnute ciężkimi, deszczowymi chmurami. Pozostaje nam tylko założyć nasze przeciwdeszczowe wdzianka i dalej w drogę. Granicę polsko-niemiecką przejeżdżamy tym razem nowym mostem i już jesteśmy na starówce Görlitz, skąd wracamy na naszą trasę rowerową. W dużej wsi gminnej Zodel ładnie odnowiony kościół, a przy nim tablica informująca, że w tej świątyni, w 1710 roku został ochrzczony niejaki Traugott Gerber, lekarz i botanik, a po śmierci jeden z kwiatów nazwano jego nazwiskiem. Przy tym samym kościele, w jednej z kaplic jest także duża, nowa tablica upamiętniająca ponad 100 mieszkańców tej parafii, poległych w latach 1939-1945.
Parę kilometrów dalej ciekawy wiadukt, który z zewnątrz w ogóle go nie przypomina, gdyż jest cały odeskowany i ozdobiony jakimiś indiańskimi motywami. Na trasie oprócz nas nieliczni, przeważni starsi, niemieccy cykliści. Rozmawiamy krótko z sympatycznym, starszym małżeństwem, którzy także jadą naszym szlakiem. Zauważamy z satysfakcją, że Polacy, szczególnie teraz, biorą przykład z zachodnich sąsiadów i też rozbudowują swoją infrastrukturę turystyczną. Na przykład, leżąca po polskiej stronie Nysy gmina Pieńsk postawiła dużą, dwujęzyczną tablicę zachęcającą rowerzystów i nie tylko, do korzystania z sieci szlaków rowerowych w Puszczy Zgorzeleckiej. Niestety nie skorzystaliśmy z tej oferty bo mamy jasno wytyczony cel – dotrzeć dziś do Bad Muskau.
W miejscowości Zentendorf, około 20 kilometrów od Görlitz naszym oczom ukazał się zespół niesamowitych obiektów, co przy bliższym poznaniu okazał się „ Wyspą Kultury i Rozrywki”/ Einsiedel/. To doskonałe miejsce na spędzenie czasu z rodziną, naszpikowane wieloma atrakcjami. Opis tych atrakcji, także po polsku, można znaleźć na stronie internetowej http://www.kulturinsel.de/.


My, niestety, nie mogliśmy skorzystać z tych przyjemności z dość prozaicznej przyczyny, był poniedziałek i wyspa odpoczywała. Następna miejscowość to Rothenburg, szczycąca się mianem najmniejszego miasteczka we wschodnich Niemczech i posiadająca niezbyt ciekawe centrum. Jeszcze jedna ciekawostka dotycząca tych terenów, które w bardzo dawnych czasach należały do zachodnich Słowian, a do naszych czasów przetrwały jedynie nieliczme ślady kultury serbołużyckiej, widoczne przykładowo w dwujęzycznym nazewnictwie okolicznych miejscowości. Miejscowość Klein Priebus to „ Přibuzk”w języku górnołużyckim, a Gemeinde Krauschwitz to „Gmejna Krušwica”.


Widać z tego wyraźnie, że jeszcze będzie musiało wymrzeć wiele pokoleń Polaków i Niemców, a także Ukraińców, Rosjan, Białorusinów i Litwinów aby mogły stanąć podobne, wielojęzyczne tablice w jeszcze wielu miejscach i nie wywoływać żadnych emocji.
Zaczyna coraz mocniej padać co wymusza na nas szybsze tempo jazdy, bez zatrzymywania się. Graniczną rzekę przejeżdżmy we wsi Podrosche i już jesteśmy we wsi gminnej Przewóz, gdzie widzimy resztki jej handlowej świetności w postaci kilku sklepów i targowiska. Pora na obiad i do tego pada deszcz, nie pozostaje nic innego jak skorzystać z usług jedynej restauracji, pustawej w tym dniu tygodnia. Mamy czas, na zewnątrz nadal pada więc odpoczywamy i jemy dość smaczny, ale z uwagi na swoistą, niemiecką klientelę, dość drogi posiłek. Właściciel, obrotny młody człowiek, oprócz restauracji ma na górze mały hotel i tuż obok myjnię samochodów. Rozpatrujemy ewentualną możliwość noclegu, a w międzyczasie przestaje padać i możemy kontynuować naszą wyprawę.
Około godz. 15-tej jesteśmy już w niewielkim, niemieckim miasteczku Bad Muskau, w którym jest centrum sławnego Parku Mużakowskiego, wpisanego w 2004 roku na listę światowego dziedzictwa UNESCO. To jest największy park stylu angielskiego w Niemczech i Polsce, zajmujący około 5,5 km kwadratowego po obu stronach Nysy Łużyckiej. Spacerujemy, a czasem wolno pedałujemy przez wspaniały park, świetne miejsce na ciche, romantyczne przechadzki, mnóstwo mostków i alejek. Mamy szczęście być tu akurat w maju i podziwiać kwitnące, różnokolorowe rodendrony i azalie. Wspaniale prezentuje się Nowy Zamek, jeszcze częściowo w remoncie, ale już można podziwiać jego urodę. To wszystko zasługa jednego człowieka, księcia Hermana von Puckler-Muskau, który tym parkiem unieśmiertelnił się. Większość parku znajduje się po polskiej stronie, w Łęknicy, która do 1945 roku była jednym miastem z Bad Muskau.


Obecnie to małe miasteczko, które jest siedzibą miasta i gminy w powiecie żarskim. Niestety polskiej części parku nie zwiedzaliśmy bo po prostu nie mogliśmy jej zlokalizować. Sama miejscowość jest ewidentnie nastawiona na mieszkańców okolicznych, niemieckich miejscowości, którzy dokonują tu korzystnych dla siebie zakupów i korzystają z tanich usług.
Tym razem nie wracamy już na niemiecką stronę Nysy, ale jedziemy już bezpośrednio do Przewozu drogą asfaltową, na której w kilku miejscach brakowało asfaltu i był tylko bruk. Około 19-tej jesteśmy ponownie w tej samej restauracji w Przewozie i nie mając wyboru decydujemy się na dość drogi / po 40 zł / nocleg. Z wieczornej rozmowy telefonicznej z Iwonką dowiedziałem się, że w Jeleniej padało prawie cały dzień i to dość intensywnie, poza tym zepsuła się nam pralka. Iwonka stwierdziła, że nie powinienem daleko wyjeżdżać, gdyż podczas mojej nieobecności zawsze coś się dzieje.


Dzień III 12.05.2009 / wtorek / 128 km. Przec. 16,4 km/godz. Cz. jazdy 7 godz 46 min.


Przewóz - Gozdnica - Ruszów – Stary Węgliniec – Węgliniec – Czerwona Woda – Jeleniów – Henryków – Lubań – Olszyna – Ubocze – Oleszna Podgórska - Lubomierz – Popielówek - Pasiecznik – Rybnica – Jelenia Góra /Zabobrze/ - Jelenia Góra /Maciejówka/

O 6-tej byliśmy już na nogach, wyspani i wypoczęci, a o 7.10 rozpoczynamy ostatni dzień pedałowania. Zdecydowanie pogoda lepsza jak wczoraj, nie pada i jest trochę słońca. Nie jedziemy już trasami stricto rowerowymi, ale lokalnymi drogami, na szczęście nie ma dużego ruchu. Zaczynają się Bory Dolnośląskie, największy w Polsce zwarty kompleks leśny o pow. ok. 1650 km kw. Wielu mieszkańców Jeleniej Góry i nie tylko przyjeżdżało tu, a niektórzy nadal przyjeżdżają na grzybobrania. Bardzo przyjemnie jedzie się w takich warunkach i otoczeniu. Mijamy Gozdnicę, ostatnią miejscowość województwa lubuskiego i wjeżdżamy w nasze, rodzime województwo – dolnośląskie. Pierwsza miejscowość to duża wieś Ruszów z dużym nadleśnictwem i sporym zakładem HDM, produkującym różnego rodzaju panele drewniane i blaty. Widać to szczególnie na drogach dojazdowych do Ruszowa, dużo potężnych ciężarówek, wypełnionych drewnem, które czasami potrafią spychać nas, biednych rowerzystów z drogi.
Zatrzymujemy się na kilka minut przy sympatycznym, małym kościółku w Starym Węglińcu pod wezwaniem MB Szkaplerzowej. Podobnie jak w przypadku innych kościołów na tych terenach ten także służył przez kilkaset lat ewangelikom, a od 1964 roku jest świątynią katolicką. Ważna informacja dla mojej małej Oli, na wieży kościelnej jest duży zegar. Następny etap to nieduże, ale posiadające znaczny węzeł kolejowy, miasteczko Węgliniec, chociaż brak typowego rynku i rozrzucona zabudowa bardziej upodabnia go do dużej wsi. Bardzo chcemy napić się kawy, a jedyne miejsce to jakiś niezbyt elegancki bar, w dodatku otwierany dopiero od 11-tej, co oznacza dla nas godzina czekania. Szkoda na to czasu. Dopiero w Jeleniowie, w przydrożnym sklepie ze stolikami na zewnątrz, bardzo uprzejma sprzedawczyni robi nam dobrą kawę. Warunkiem był tylko uśmiech, w związku z tym według nas ta pani zasługuje na „order uśmiechu” .
W tej miejscowości, a właściwie skrzyżowaniu dróg, przejeżdżamy pod budowanym odcinkiem autostrady A4 i jedziemy drogą na Lubań. Po drodze mamy wieś Henryków, znaną chyba wszystkim miłośnukom pomników przyrody. Jeszcze tylko cztery kilometry i mamy ten, niepozornie wyglądający, obiekt. Rosnący obok gospodarczych zabudowań cis pospolity jest najstarszym drzewem w Polsce i prawdopodobnie w Europie Środkowej. Wiek drzewa jest szacowany na 1200, 1300, a nawet 1500 lat, wysokość około 15 metrów. Tabliczka informacyjna podaje, że w 1813 roku jego pień pocięli szablami kozacy,a ci bitni wojacy cięli równo nawet bez szabel wszystko co się ruszało i było w spódnicach i widocznie zabrakło tych ostatnich to wyładowali się na bezbronnym drzewie.


Jest południe i zrobiło się bardzo ciepło, przebieramy się w coś lekkiego i w drogę. Za Lubaniem, w jednej z przydrożnych restauracji jemy bardzo smaczny i tani / po 15 zł. / placek po węgiersku z dużym bukietem warzyw. W Olszynie, po spędzeniu kilku minut w miejscowym kościele, odbijamy od głównej drogi i jedziemy przez Ubocze i Olesznę Podgórską do Lubomierza. Jest to dość wyczerpujący odcinek, prowadzący przez ciasną, wiejską zabudowę oraz liczne wzniesienia i zjazdy.
Miasteczko Pawlaka i Kargula jest nam bardzo dobrze znane i nie musimy się tutaj zatrzymywać. Z kilku możliwych dróg wybieramy tą na Popielówek, ta miejscowość jest dobrze znana mojemu koledze, tu bowiem była nieduża placówka wojsk radiolokacyjnych, a obecnie jest to zupełnie cywilny obiekt, a ściślej mówiąc będzie, gdyż się dopiero rozbudowuje, Zakład Opiekuńczo-Leczniczy.
Od Popielówka wąską asfaltówką dojeżdżamy do głównej drogi i wśród, niestety, dużego ruchu samochodów, na szczęście cały czas w dół, zjeżdżamy do Jeleniej Góry. Na Zabobrzu żegnam Czesława i pędzę do Maciejówki, gdzie jestem około godz. 18-tej. Przed domem słyszę i widzę dwie moje ukochane kobiety,a młodsza z nich swoim niepowtarzalnym głosikiem pyta mnie : Gdzie byłeś Tatun? i dodaje „tak teskniłam”. Dla takich chwil warto żyć, wyjeżdżać, a przede wszystkim – wracać.


wtorek, 14 października 2008

Rocznica

To był wtedy piękny październik. Bardzo ciepły jak na tę porę roku. Mała kościelna kaplica, a wokół wielu życzliwych nam ludzi i sympatyczny młody ksiądz.
Dwa lata temu nie wydarzyło się to co najważniejsze bo to już było wcześniej, ale otrzymało odpowiednią oprawę liturgiczną.
Tego dnia bohaterkami były dwie najważniejsze dla mnie kobiety - maleńka, kilkumiesięczna Olga i jej mama - piękna, inteligentna i najważniejsze, moja Iwona.
Dziękuję Ci Kochanie za te dwa lata i jednocześnie przepraszam za te zawinione przeze mnie momenty, które Cię zasmuciły.
Mojej Kochanej Iwonce, którą bardzo kocham i podziwiam.

Maciejówka, 14.10.2008 r.

niedziela, 1 czerwca 2008

Kłodzko 2008

Wyprawa rowerowa - Boguszów Gorce – Kłodzko – Trutnov - Jelenia Góra
ok. 241 km
31.05 – 01.06


Dzień I 31.05.2008 / sobota / ok. 124 km.

Jelenia Góra/Maciejówka/ - Wojanów - /pociąg/ - Boguszów Gorce - Wałbrzych – Unisław Śląski – Mieroszów – Golińsk – Mezimesti /Czechy/ - Broumov – Otovice – Tłumaczów/Polska/ - Ścinawka Średnia – Ścinawka Dolna – Gorzuchów – Kłodzko – Stary Wielisaw – Szczytna – Duszniki Zdrój – Lewin Kłodzki – Kudowa Zdrój – Nachod /Czechy/

Wyjeżdżam około 5.35 zostawiając trzy panie / Iwonkę, Olę i babcię Lucynę / w głębokim śnie, na dworzu jeszcze dość chłodno, ale zapowiadany jest 30-to stopniowy upał.

Po około 12 minutach bardzo szybkiej jazdy jestem już na stacji kolejowej w Wojanowie, gdzie oprócz dyżurnego ruchu i jego kolegi nie ma nikogo. O 6.00 ten „najszybszy” na Dolnym Ślasku pociąg przyjeżdża do Wojanowa wioząc nielicznych pasażerów, a wśród nich mojego towarzysza podróży, Czesława. Będąc sami w wagonie możemy bez skrępowania przebrać się w lżejsze wdzianka bo już jest ciepło.

Po godzinnej jeździe wysiadamy w Boguszowie Wschodnim, wkładamy kaski, tu warto zaznaczyć, że jest to nasza pierwsza wyprawa w tych nakryciach głowy i zaczynamy pedałować. Kierujemy się na Mieroszów ale na wskutek fatalnego oznakowania a właściwie jego braku oraz wskazówek „tubylców” okazało się, że jesteśmy w Wałbrzychu i do granicy w Golińsku docieramy okrężną drogą. Po drodze widzimy oznakowania szlaków turystycznych, prowadzących do ciekawszych miejsc w Górach Kamiennych. Granicę przejeżdżamy trochę dziwnie bo nie zsiadając z rowerów bo przecież już jesteśmy w strefie Schengen i na przejściach nie ma kontrolerów. W pierwszym czeskim miasteczku – Mezimesti zatrzymujemy się na moście z kamiennymi figurami i robimy sobie nawzajem zdjęcia. Za Broumowem w Otowicach robimy sobie drugie śniadanko albo lunch jak kto woli. Siedzimy w wysokiej trawie nad rzeką Stenavą i spożywamy wleński boczek, zabobrzański chlebek i popijamy to piwkiem z miejscowego browaru w Broumowie. Upał już daje się we znaki ale na szczęście jest trochę wietrznie i blisko rzeki. Pokrzepieni jedziemy szybko i znów mamy granicę czesko-polską, gdzie czeska rzeka Stenava staje się polską Ścinawką, wpadającą do Nysy Kłodzkiej. Około 13- tej osiągnęliśmy główny cel naszej eskapady – Kłodzko. Byłem już raz w tym mieście samochodem, wraz z Helenką w 1998 roku, ale Czesław jest tu pierwszy raz.

Bardzo gorąco, mimo to w centrum spaceruje wielu turystów. Pierwsze kroki kierujemy na pochodzący z końca XV wieku kamienny most gotycki, przypominający sławny most Karola w Pradze. Obok Kościół Franciszkański, który w tragicznym dla Kłodzka lipcu 1997 roku był zalany wodą aż do wysokości 4 metrów. Następnie mozolnie wspinamy się na dominującą nad miastem Twierdzę skąd oczywiście piękna panorama całej starówki i jej okolic. Około 15 w jednej z tutejszych restauracji spożywamy, nawet smaczny, placek po węgiersku. W międzyczasie mój kolega robi zakupy pieczywa na kolację i małą 0,2 l buteleczkę Smirnoffa.


Trochę grzmiało ale na szczęście burza przeszła bokiem i możemy spokojnie kontynuować nasze pedałowanie. W Starym Wielisławiu zatrzymujemy się przy Kaplicy będącej jednocześnie Mauzoleum upamiętniającym miejsce w którym w 1428 roku poległ w walce z Husytami jeden z ostatnich z rodu Piastów – książe Jan z Ziębic.



W Dusznikach Śląskich podziwiamy, ciekawy architektonicznie, budynek Muzeum Papiernictwa i zaczynamy długi około 5-cio kilometrowy podjazd w kierunku na Lewin Kłodzki, który omijamy obwodnicą i wreszcie koniec tego podjazdu. Następuje długi szybki zjazd aż do samej Kudowy. Potem granica i znów Czechy, a konkretnie duże powiatowe miasto Nachod, gdzie zaledwie przed tygodniem byli i nocowali nasi młodzi małżonkowie, Magda i Marek wraz z przyjaciółmi. Nie możemy niestety znaleźć pensjonatu, w którym spali a jest już późno około 21.00 i ostatecznie znajdujemy nocleg w Motoreście/600 koron za pokój dwułóżkowy/. Jeszcze tylko po szklance doskonałego czeskiego piwa i idziemy do swojego pokoju biorąc po drodze z bufetu dwa kieliszki, wiadomo w jakim celu. Robimy kolację jeszcze z naszych zapasów i nadchodzi moment uczczenia tego dnia. Otwieram butelkę, trochę dziwną bo z kapslem, rozlewam i tu spotyka nas niespodzianka bo zamiast solidnego 40-to procentowego Smirnoffa Czesiu pomyłkowo kupił Smirnoffa, ale w postaci niskoprocentowego drinka /5%/, w dodatku lekko gazowanego. Jednak mimo braku odpowiednich mocy w tym napitku i tak w doskonałych humorach kończyliśmy ten długi i bogaty w wydarzenia dzień.


Dzień II 01.06.2008 / niedziela / ok. 117 km.


Nachod - Dol. Radechova – Cerveny Kostelec – Rtyne – Upice – Havlovice – Studenec – Trutnov – Mlade Buky – Svoboda N. Upov – Hor. Marsov – Temny Dul – Dolni M. Upa – Przełęcz Okraj /Polska/ - Kowary – Mysłakowice – Łomnica – Wojanów – Jelenia Góra /Maciejówka/


Po dobrze przespanej nocy, chociaż była burza i gdzieś tam grzmiało, około 7 - mej już jesteśmy na swoich stalowych rumakach i jedziemy przez prawie pusty Nachod. Po drodze na stacji benzynowej dobra kawa i uzupełnienie napojów. W miejscowości Rtyne v Podkrkonosi ładny, świeżo odnowiony Kościół św. Jana Chrzciciela i oryginalna drewniana dzwonnica z XVI wieku z trzema dzwonami, z których najstarszy pochodzi z 1471 roku. Początki samego kościoła to XIV wiek, jednak potem zniszczony przez wojny husyckie tak więc obecny kształt tej świątyni pochodzi z 1768 roku. Akurat jest msza, korzystamy z okazji i po cichutku wchodzimy na balkon. Pomimo niedzieli i tylko jednej mszy dziennie, w nabożeństwie uczestniczy niewiele osób, ale sporo młodych z małymi dziećmi. Obrządek taki sam jak w naszych kościołach, oczywiście w języku czeskim. Przy modlitwie „Ojcze Nasz” mam okazję i satysfakcję powtarzać po czesku wraz z innymi jej słowa. Jedna z tutejszych pań filmowała niektóre fragmenty liturgii co i nas ośmieliło do kilku fotografii.



Posileni strawą duchową w doskonałych nastrojach jedziemy dalej na Upice, a w drodze towarzyszy nam dopływ Łaby - rzeka Upa, która ma swoje źródła w czeskich Karkonoszach, 2 km od Śnieżki na wysokości 1432 metry i ten sposób jest rzeką o najwyżej położonych żródłach w Czechach. Po drodze mijamy po lewej stronie swoisty pomnik przyrody ożywionej - „Pamatna Lipa” z 1525 roku / małe złośliwe pytanko do ewentualnego czytelnika – co takiego ważnego wydarzyło się wtedy w Polsce ? /. W Upicach sporo starych, drewnianych domów, wśród nich wyróżniają się dwa. Starszy z 1559 roku wykonany z nieociosanych bali, w którym jeszcze do 1990 roku mieściła się restauracja, natomiast drugi, nieznacznie młodszy, zbudowany w 1577 roku.


Z Upic do Trutnova nie chcemy jechać główną drogą i próbujemy znaleźć inną, przez Radec. Napotkana na rynku zmotoryzowana pani wskazała nam właściwą według niej drogę, która zamiast przez Radec poprowadziła nas okrężną trasą przez Havlovice i Studenec. W konsekwecji zamiast przejechać 12 km, przejechaliśmy około 20, ale nie żałowaliśmy bo droga była dobra, mały ruch i możliwość obserwacji mijanych wsi. W miejscowości Studenec i w samym Trutnovie wiele pomników i tablic upamiętniających wojnę prusko-austriacką z 1866 roku.

W samo południe wjeżdżamy na olbrzymi i pustawy rynek powiatowego miasta Trutnov, robimy kilka zdjęć, próbujemy wejść do kościoła tuż obok rynku, ale niestety zamknięty. Z uwagi na upał rezygnujemy z dalszego zwiedzania miasta i następną godzinę spędzamy w jednej z miejscowych knajpek, gdzie konsumujemy jakieś czeskie danie, popijając miejscowym, zimnym piwkiem. Pusto, oprócz nas jeden miejscowy obywatel, który raczył się tylko piwem, a wypił go przy nas ze trzy szklanice, a ile wypił przed naszym przyjściem i po nas, to tylko wie chyba on, a z pewnością kelnerka.


Od Trutnova nasza jazda to przejazd przez czeskie Karkonosze i popularne, turystyczne miejscowości. Czesi w ostatnich latach uczynili bardzo wiele dla rozwoju tej gałęzi gospodarki, doskonała infrastruktura, świetna komunikacja.Między innymi specjalne autobusy z przyczepami na rowery do wszystkich znanych miejsc. Jeździ także pociąg z Trutnova do Svobody n. Upov. W następnej miejscowości Hor. Marsov zatrzymujemy się na moment przy gotyckim Kościele Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny z XIX wieku. W Temnym Dole wchodzimy do informacj turystycznej mieszczącej się w pensonacie „Vesely vylet”, gdzie jest także, potrzebny nam, kantor wymiany walut. Wychodząc zabieramy ze sobą różne, bezpłatne materiały promocyjne i co ciekawe – w języku polskim, co jeszcze kilka lat wcześniej było rzadkością, gdyż Czesi, mówiąc delikatnie, niezbyt zauważyli polskich turystów i ich potrzeby, a my odpłacaliśmy im podobnym działaniem.Na szczęście mamy już to za sobą. Przed nami jeszcze sporo jazdy, a właściwie górskiej wspinaczki i tak już będzie do samej przełęczy. Bardzo ciepło, dobrze, że obok płynie Upa, której strumyki przebijają się w niektórych miejscach w skale tuż przy drodze. Oczywiście korzystamy obficie z tych naturalnych, zimnych natrysków aby się odświeżyć. Około 18 jesteśmy już na granicy, a stamtąd szaleńcza jazda w dół aż do Mysłakowic. Około 19 dojeżdżamy do mostu w Wojanowie i tam rozstajemy się. Czesław jedzie na swoje Zabobrze, a ja do swojej „Maciejówki”, do moich kochanych dziewczyn.

sobota, 9 czerwca 2007

Opole 2007

Wyprawa rowerowa Ząbkowice Śląskie – Opole / ok. 240 km / 07.06 – 09.06

Dzień I 07.06.2006 / czwartek / ok. 88 km.

Wleń-Jelenia Góra - /pociąg/ - Jaworzyna Śląska - /pociąg/ - Ząbkowice Śląskie-Kamieniec Ząbkowicki-Śrem-Topola-Błotnica-Kozielno-Paczków-Stary Paczków-Ścibórz-Otmuchów-Wójcice-Głębinów-Skorochów-Nysa

Wyjeżdżam spod domu około 6.15 zostawiając moje dwie ukochane dziewczyny w głębokim śnie, na dworzu ciepło, 15 st.C. Jadę przez Strzyżowiec na Jelenią, po drodze pomimo „Bożego Ciała” dość sporo samochodów i jeden samotny rowerzysta w mojej skromnej osobie. Około 7.45 docieram do dworca PKP, gdzie już czeka mój towarzysz w wyprawie – Czesław S. O godz. 7.57 „najszybszym pociągiem” z przeciętną około 40 km/godz. ale stosunkowo wygodnie, dojeżdżamy do Jaworzyny Śląskiej, gdzie przesiadamy się do zdecydowanie szybszego i nowocześniejszego, bo nawet była klimatyzacja i miejsce na rowery, szynobusu, którym o 11.20 dojechaliśmy do Ząbkowic Śląskich, skąd faktycznie rozpoczynamy naszą rowerową wyprawę. Zabrałem ze sobą „Nikona”, którym mam zamiar dokumentować nasze dokonania. Pierwsza fotografia to oczywiście symbol Ząbkowic – XVI-to wieczna „Krzywa Wieża”, nazwa nie bez kozery, gdyż aktualne odchylenie w pionie to dwa metry. Dzięki temu miasto określa się niekiedy jako śląską „Pizę”.


Rynek jest opanowany przez uczestników procesji z okazji święta. Jadąc do Kamieńca mijamy bajecznie czerwone pola, czego sprawcami są uważane za chwasty maki polne. Odnosi się wrażenie, że są to pola maków, a zboża są tylko dodatkiem, a nie na odwrót.


Bardzo ciepło, więc jedziemy w krótkich spodenkach i koszulkach, a po drodze często uzupełniamy płyny w organizmie, najczęściej niegazowaną wodą mineralną. W Kamieńcu oglądamy kościół, w którym kilkaset lat przebywali cystersi, a których zakon odegrał znaczącą rolę w zagospodarowywaniu całej ziemi śląskiej. Dominuje natomiast nad miasteczkiem potężny pałac z czterema 50-cio metrowymi wieżami, które nadają całej budowli wygląd mauretańskiej twierdzy. Wybudowany w XIX wieku należał do pruskich władców – rodu Hohenzollernów. Jeden z nich Albrecht IV wybudował go dla swojej żony MariannyWilhelminy Orańskiej, ale ona, podobnie jak caryca Katarzyna II, bardziej ceniła „końskie klimaty”, bo zdradziła go z koniuszym.


Wyjeżdżamy z Kamieńca i przekraczamy Nysę Kłodzką, następnie jedziemy wzdłuż niej do samego Paczkowa. W okolicach wsi Błotnica Czesław „łapie gumę” w przednim kole, ale to żaden kłopot dla niego, gdyż profesjonalnie, w ciągu kilku minut zmienia dętkę i jedziemy dalej. Niedaleko od tego miejsca widzimy ładną tablicę, która cieszy każdego rowerzystę, gdyż jest tam opisana trasa R-9, która doprowadza nas do Paczkowa. Tam zatrzymujemy się na trochę dłużej. W jednej z knajpek na rynku jemy niezbyt wyszukane potrawy, bo golonkę bez kości z chlebkiem, a do tego małe, zimne piwko. Dla mnie to już druga wizyta w tym polskim „Carcassonne”, przed kilku laty byłem tu z Markiem i też rowerami, natomiat dla mojego kolegi jest to pierwszy raz. Bardzo ciekawe miasteczko z mnóstwem średniowiecznych obiektów architektury obronnej, do których można też zaliczyć kościół pod wezwaniem św. Jana Ewangelisty z XIV wieku. Bardzo dużo i kompetentnie opowiadał nam o swoim mieście miejscowy czwartoklasista, którego pasją jest historia.


Następny etap to Otmuchów, do którego nasza droga prowadzi wzdłuż południowego brzegu Jeziora Otmuchowskiego. Po drodze nad jeziorem, w Ściborzu spory ośrodek sportów wodnych i wypoczynku oraz dużo ludzi z tego korzystających. Nie mamy zbyt dużo czasu i niestety musi jechać dalej, chociaż jezioro zachęca do kąpieli. Otmuchów nie chce być gorszy od Paczkowa i też ma drugą nazwę – śląski Salzburg. Miasteczko ma ciekawą architekturę i cenne, zabytkowe budowle. Najważniejszym z nich jest zamek biskupi z XIII wieku, do którego odwiedzenia zachęcał nas gorąco, będący na lekkim rauszu miejscowy obywatel z pieskiem.


Drugi ciekawy obiekt to renesansowy ratusz z 1538 roku z dwoma zegarami słonecznymi.


Architekturę sakralną reprezentuje tutaj barokowy kościół z 1693 roku.
Opuszczamy miasto i teraz jedziemy już wzdłuż północnego brzegu Jeziora Nyskiego czyli zbiornika retencyjnego na Nysie Kłodzkiej. Ten duży akwen dzięki czystejwodzie i piaszczystym plażom stwarza doskonałe warunki do uprawiania sportów wodnych, a w dodatku patrząc na południe można oglądać pobliskie Góry Opawskie, Jesioniki z Pradziadem, Góry Rychlebskie, Góry Złote i Bardzkie. Natomiast Głębinów i sąsiedni Skorochów to miejsca najbardziej oblegane, szczególnie przez mieszkańców pobliskiej Nysy. Piękna pogoda, święto i atmosfera tej tutejszej „riviery” napełniły te miejsca mnóstwem ludzi, kąpiących się, pływających na różnym sprzęcie oraz opalających się na plaży. Można pozazdrościć mieszkańcom Nysy i okolic takich warunków, gdyż piaszczyste plaże i ich zaplecze do złudzenia przypominają morskie wybrzeże.
Około 18.00 osiągamy duże powiatowe miasto Nysę, jest trochę młodsze od mojego Wlenia, gdyż prawa miejskie uzyskało w 1223 roku. W XV wieku było to trzecie miasto na Śląsku po Wrocławiu i Legnicy. Obecnie jest jednym z najładniejszych miast śląskich, posiadającym liczne zabytki. Zwiedzamy gotycki Kościół św. Jakuba, podziwiamy uroczy rynek i zatrzymujemy się przy „Pięknej Studni”. Ta ostatnia to prawdziwe dzieło sztuki kowalskiej z 1686 roku.


Jesteśmy już zmęczeni, więc zgodnie z planem nocujemy w tutejszym Szkolnym Schronisku Młodzieżowym, no cóż człowiek chce się na siłę odmłodzić chociażby przez takie nazwy. Nocleg w dwupokojowym pokoju z pościelą kosztuje nas po 25 złotych, poza nami może jeszcze jest parę osób w schronisku. Robimy sobie kolację z domowych zapasów / pyszny domowy chlebek i smalec – dzięki Ci Iwonko /, prysznic i spanie, przerywane od czasu do czasu przez przejeżdżający pociąg lub samochód, bo takie, niestety jest położenie tego obiektu.


Dzień II 08.06.2007 / piątek / ok. 120 km.
Nysa-Włodary-Korfantów-Łącznik-Moszna-Strzeleczki-Dobra-Krapkowice-Jasiona-Góra Świętej Anny-Wysoka-Kalinowice-Kamień Śląski-Miedziana-Przywory-Opole

Po śniadanku zjedzonym w schronisku startujemy o 7.10 w dalszą drogę. Pogoda jak wczoraj, na razie jeszcze znośnie ale z upływem dnia jest coraz bardziej gorąco i parno. Bardzo szybko dojeżdżamy do miłego, czystego miasteczka- Korfantów, gdzie w miejscowej bibliotece, pełniącej także funkcje informacji turystycznej, otrzymałem mapkę i przewodnik pod wspólnym tytułem „Rowerem po pograniczu nysko-jesenickim”. Widzimy piękny, neobarokowy Kościół Świętej Trójcy, który na nasze szczęście jest otwarty, gdyż widok wspaniałego wnętrza zapiera nam dech w piersiach. Oprócz nas nie ma nikogo co pozwala nam na swobodne fotografowanie i chwilę modlitwy.


Wyjeżdżając z tej sympatycznej miejscowości widzimy, że jej władze dbają nie tylko o potrzeby duchowe, ale i mają coś dla ciała, gdyż przejeżdżamy obok nowoczesnej hali sportowej i stadionu.
W trakcie jazdy przekonuję się, że Czesław to znakomity znawca ptaków, który potrafi rozpoznać prawie 40 gatunków po ich śpiewie, co i raz słyszę jak mówi – to trzcinnik, a to słowik, a tam drozd.
Zamek w Mosznej jest tego rodzaju zjawiskiem architektonicznym, że nie sposób go pominąć. Wygląd jak z Disneylandu, 99 wież i 365 pomieszczeń oraz prawie 100 ha parku z licznymi kanałami i romantycznymi mostkami.


Najpiękniej jest tu w maju, gdyż jest to mnóstwo rodendronów i azalii. Bardzo dobrym pomysłem było umieszczenie tutaj Centrum Terapii Nerwic, na szczęście nie musimy jeszcze z tego korzystać, natomiast wypiliśmy w pięknej zamkowej kawiarni po małej kawce z „kożuszkiem”. Potem nasza dalsza droga wiodła przez park ścieżką rowerową, która prowadziła nas trochę na manowce i musieliśmy zdawać się na przysłowiowego nosa co wyszło nan na dobre bo dojechaliśmy do gminy Strzeleczki, gdzie była piękna tablica z trasami rowerowymi, wybraliśmy szlak z niebieskimi znakami, który zaprowadził nas do tablicy „Ptasi zegar” wykonanej przez nadleśnictwo Prószków, dla mnie to zupełna nowość, ale dla takiego „ornitologa” jak mój kolega to tylko mały wycinek jego wiedzy.


W Dobrej obserwujemy zjawisko, które u nas praktycznie nie istnieje. Mianowicie pięknie odnowione tablice pamiątkowe w dwóch językach /niemiecki i polski/ ku pamięci wszystkich ofiar I i II wojny światowej czy też uczczenia 700 lecia tej miejscowości.


Pod Krapkowicami zatrzymujemy się w restauracji „Daniels”, gdzie jemy dość solidny obiad z nieodłącznym małym piwem, był to o wiele lepszy obiad niż w Paczkowie, a w tej samej cenie. Siedzibę powiatu – Krapkowice oglądamy dość pobieżnie bo przed nami jeszcze sporo drogi, naszą uwagę zwraca czysty, zadbany rynek.


Przed nami rzeka Odra, za którą znajduje się dzielnica Krapkowic – Otmęt. Jedziemy dalej na południowy wschód oznakowaną trasą rowerową, która doprowadza nas do małego jeziorka, gdzie widać wielu kąpiących się. Nie pozostaje nam nic innego jak tylko się przyłączyć. Jest to nasza pierwsza kąpiel w tym roku, woda już ciepła więc pływa się przyjemnie.


Orzeźwieni kąpielą wracamy na szlak, ale gdzieś nam zginęły znaki kierunkowe, dlatego musimy kierować się wyczuciem, gdyż na ten etap nie mamy niestety dokładnej mapy. W okolicach wsi Jasiona spotykamy panią na rowerze, która urodziła się w Jeleniej Górze i mieszkała tam do 6-tego roku życia, a obecnie mieszka w Krapkowicach. Zgodnie z jej sugestiami, mając do wyboru dwie drogi do Góry Świętej Anny, wybraliśmy tę, przy ktorej rosły drzewa czereśniowe. Parę minut na konsumpcję tych owoców i dalej w drogę, tym bardziej, że zaczęły się przysłowiowe schody. Dotychczas było cały czas płasko, a teraz mamy stale pod górkę i w dodatku wiaterek z przodu. Było ciężko, a upał także nie pomagał. Odcinek około 8 km jechaliśmy godzinę, często zsiadając i prowadząc rowery. Ale w końcu przekraczając mostami dwukrotnie autostradę ujrzeliśmu docelową Górę.


Solidnie zmęczeni docieramy około 16.30 do Bazyliki i Sanktuarium św. Anny, prowadzonych przez franciszkanów, gdzie pogrążamy się w modlitwie i kontemplacji oraz podziwiamy piękne wnętrza. Potem, korzystając ze wskazówek młodego zakonnika, zwiedzamy sławny Pomnik Czynu Powstańczego oraz przyległy do niego amfiteatr, a właściwie to co z niego zostało. W latach 1934-1938 wykorzystując ukształtowanie terenu Niemcy wybudowali na zboczu góry amfiteatr, na 7 tysięcy miejsc siedzących i 23 tysiące stojących. W roku 1938 odsłonięto mauzoleum poświęcone niemieckim uczestnikom walk III powstania śląskiego. Po II wojnie wysadzono główne elementy niemieckiego pomnika, a w 1955 roku, według projektu Xawerego Dunikowskiego, postawiony obecny pomnik, tym razem upamiętniający polskich powstańców.


Z wysokości 400 m. n.p.m. jedzie się w dól nie dość, że przyjemnie to jeszcze bardzo szybko. Zapominamy o wcześniejszym zmęczeniu i łapiemy drugi oddech, jeszcze tylko krótki posiłek na jednym z przystanków autobusowych i już bez zatrzymywania do samego Opola. Jedzie się nam bardzo dobrze, korzystając przy tym z różnych skrótów i wskazówek jednej sympatycznej rowerzystki, co znacznie skraca nam czas podróży. W Kamieniu Śląskim mój towarzysz bije swój własny, dzienny rekord długości jazdy i po raz pierwszy przekracza 100 km. Jeszcze następne 20 km i około godz. 21.00 jesteśmy wreszcie w stolicy województwa.
Nocujemy, podobnie jak w Nysie i za taką samą cenę w schronisku młodzieżowym przy ulicy Torowej 7, ale tym razem mamy do dyspozycji pokój czteroosobowy. Jeszcze tylko kolacyjka, zakrapiana lekko mocniejszym alkoholem, czyli po „setce” z okazji tej pierwszej setki Czesława i spać.

Dzień III 09.06.2007 / sobota / ok. 32 km.

Opole-Opole-/pociąg/-Wrocław-/pociąg/-Jelenia Góra-Płoszczynka-Czernica-Wleń

Mamy szczęście do noclegów w pobliżu torów, ale byliśmy na tyle zmęczeni, że nie reagowaliśmy na przejeżdżające pociągi. Około 7.10 rozpoczynamy nasz opolski rekonesans, bardzo ładne dwa budynki użyteczności publicznej – stacja kolejowa i obok niej poczta. Trochę paradoksalne zestawienie dwóch rzeczy – pomnik „ Bojownikom o polskość Śląska Opolskiego”, a z drugiej strony, ustawiona obok ratusza wystawa „Twarze opolskiej bezpieki” o zdecydowanie negatywnym wydźwięku.


Paradoksem jest tu dla mnie fakt, że te „twarze” mimo wszystko walczyły także o polskość tych ziem, co oczywiście nie jest obecnie „political correct”. Zostawmy jednak te przemijające, zmienne i nietrwałe sprawy, a skupmy się na przedmiotach trwałych. Takim z pewnością jest Katedra Św. Krzyża, która jak wynika z półlegendarch przekazów stoi na miejscu drewnianego kościoła z XI wieku.


Wchodzimy do środka i staramy się jak namniej naruszać sacrum tejże budowli. W prawej nawie znajduje się ołtarz barokowy z 1713 roku a w nim cudowny obraz M.B. Opolskiej z 1480 roku, ukoronowany przez Jana Pawła II na Górze Świetej Anny w 1983 roku. Natomiast w bocznej kaplicy tej nawy mieści się tablica nagrobna ostatniego księcia opolskiego Jana Dobrego zmarłego w 1532 roku. Po wyjściu z katedry dzwoni na moją komórkę Krzysiek P. z Białegostoku, Marka chrzestny, który otrzymał zaproszenie na jego ślub i obiecał przyjechać.
Przemieszczamy się teraz w okolice Wieży Piastowskiej, gdzie w oczekiwaniu na jej otwarcie obserwujemy pracę mnóstwa ludzi z ekipy TVP przy organizacji corocznego festiwalu polskiej piosenki w tutejszym amfiteatrze, początek festiwalu już w następnym tygodniu. Tuż obok romantycznego stawku zamkowego próbujemy odszukać obelisk poświęcony spalonej synagodze, trochę nam zeszło bo nie rzucał się w oczy, a może tak miało być. Wreszcie udało się i możemy odczytać na nim napisy w trzech językach, po hebrajsku, polsku i po niemiecku mówiące o tym, że w tym miejscu stała synagoga spalona przez nazistów w czasie kryształowej nocy 9.XI.1938 r. Oraz jeszcze jeden znamienny napis „Na pastwę ognia świątynię twą wydali” i „Ludzie tego nie zapomną”


Jesteśmy pierwszymi zwiedzającymi wieżę, co skutkuje tym, że zamiast po 3 zł zapłaciliśmy po 2. Teraz już tylko 164 stopnie i możemy podziwiać wspaniałą panoramę Opola.


Z uwagi na sobotę możemy jeszcze za darmo zwiedzić Muzeum Śląska Opolskiego i prześledzić jego dzieje począwszy od epoki kamienia do czasów współczesnych.


I już w tej współczesności, a konkretnie w jednej z restauracji na centralnym deptaku pałaszujemy „ucztę Radziwiłła” to jest danie dla dwóch osób, składające się z trzech rodzajów mięs, trzech różnych sałatek i ziemniaków na trzy sposoby. Przy rachunku na szczęście nie był potrzebny majątek Radziwiłła, bo z dwoma małymi piwami zmieściliśmy się w 45 złotych.
Dworzec PKP w Opolu nie jest, trzeba przyznać niestety, przyjazny rowerzystom czy też inwalidom na wózkach. Trzeba nieść rowery najpierw schodami w dół, a potem w górę. Czekamy na pociąg, który pokonuje najdłuższą trasę w Polsce, a mianowicie Przemyśl-Szczecin, który ma nas zawieźć do Wrocławia, ma 25 minut spóźnienia, ale mamy dużą rezerwę czasową więc spokojnie podróżujemy. We Wrocławiu wsiadamy znów do tego „najszybszego” pociągu do Jeleniej Góry, który z uwagi na nowy wynalazek koleji, tzw. skomunikowanie, musi czekać kilkanaście minut na pociąg z Warszawy. W pociągu około godz. 18.00 nieprzyjemny telefon od Iwonki, okazuje się, że po południu przeszła nad Wleniem gwałtowna burza połączona z obfitymi opadami deszczu, a nawet gradu. Na wskutek czego pozapychały się studzienki uliczne i podtopiło nam piwnicę. Na szczęście był akurat Marcin z Anią, którzy razem z Iwonką ratowali sytuację wylewając z pomieszczeń piwnicznych prawie 60 wiader wody.
W Jeleniej pożegnałem się z Czesiem na Zabobrzu i stamtąd przez Płoszczynę i Czernicę, bez zatrzymywania się, dojechałem do Wlenia w 53 minuty, tak więc w domu byłem kilkanaście minut po dwudziestej.

niedziela, 29 kwietnia 2007

Kolorowe Jeziorka 2007

29.04.2007 / niedziela / ok. 65 km / z Cz. S. /

Trasa: Jelenia Góra-Łomnica, Wojanów, Bobrów, Trzcińsko, Janowice Wielkie, , Przybkowice, Wieściszowice, Wielka Kopa/góra/, Rędziny, Czarnów, Wojków k. Kowar, Bukowiec, Łomnica, Jelenia Góra.

Wyjeżdżam z domu o 8.00, dość ciepło ubrany, bo jest zaledwie kilka stopni ciepła i bez słońca. Najpierw trasą rowerową wzdłuż ul. Sudeckiej, a potem przez Łomnicę do Wojanowa, gdzie przy moście na Bobrze spotykam się z moim partnerem na dalszą część wyprawy, Czesławem S. Jest to już nasza druga, wspólna wyprawa rowerowa, pierwsza to około 55 km do Wlenia i po jego okolicach. Tuż na początku Wojanowa wspaniale odrestaurowany i nadal rozbudowywany zespół pałacowy. Do Janowic jedziemy znaną już trasą rowerową ER-6, wzdłuż Bobru. Kilka kilometrów od Janowic, po dość długim podjeździe, dojeżdżamy do Miedzianki /Kupferberg/ miejscowości, która jeszcze nie tak dawno tętniła życiem, gdzie mieszkało nawet kilka tysięcy osób, działały kopalnie miedzi, srebra, kobaltu, a po wojnie uranu. Obecnie to tylko kościół i dosłownie kilka budynków i bardzo wiele zarośniętych, ledwie widocznych śladów dawnych zabudowań. Mamy szczęście, a może po prostu realizujemy jakiś plan „Wielkiego Reżysera”, bo wokół kościoła mnóstwo samochodów, świadczących o odbywanej właśnie mszy świętej. Korzystamy z tego i my wchodząc do tej dość skromnie wyposażonej, ale zapełnionej ludźmi, świątyni aby posilić się strawą duchową.
Dzięki moim spacerom z Olą odmawiam „ Modlitwę Pańską” w sześciu językach. Po polsku z oczywistych względów, potem w oryginalnym języku ewangelii, starogreckim „koine”, następnie po łacinie bo ten język wypromował chrześcijaństwo na cały ówczesny świat, po czesku gdyż ten język przez wiele lat dominował na tym terenie, po niemiecku z podobnych przyczyn, a w dodatku posługujący się tym językiem ludzie pozostawili na tych ziemiach bardzo wiele świadectw wysoko rozwiniętej kultury materialnej. Ostatnie „Ojcze Nasz” wypowiedziałem po rosyjsku, co niektórych może oburzać, ale „nolens volens” /chcąc nie chcąc / to im zawdzięczamy te piękne i bogate ziemie, których polskość, pominąwszy te legendarne, piastowskie początki, była dość wątpliwa, szczególnie tuż po wojnie, bo teraz, już po 60 latach mocno tu wrośliśmy.


Po nabożeństwie kościół i jego najbliższe okolice momentalnie opustoszały i znów byliśmy tylko my i nasze rowery. Zjeżdżamy w dół i zmieniamy szlak rowerowy na zielony, któru doprowadza nas do głównego celu naszej wyprawy, tzw. „Kolorowych Jeziorek” obok Wieściszowic. Same jeziorka są dobrze opisane przy pomocy dużych, czytelnych tablic.


Na parkingu sporo samochodów, co przy niedzieli jest normą. My swoje pojazdy ciągniemy ze sobą. Na miejscu jest oczywiście jakaś mała, skromna gastronomia, kilka koni dla turystów oraz zjazd na linie nad jeziorkiem. Odpoczywamy, pijemy piwko i jemy to co zabraliśmy z domów. Potem obchodzimy te kolorowe zbiorniki wodne, dobrze, że wziąłem aparat bo jest co fotografować. Największe z nich purpurowe, chociaż dla mnie kolor tego jeziorka jest bardziej czerwono-brunatny, a zawdzięcza go związkom żelaza, tutaj kopano piryt i zostało wyrobisko, napłynęła woda i stąd ten kolor.


Trochę wyżej położone, 635 m. n.p.m i mniejsze jest błękitne jeziorko, ale bardziej adekwatna nazwa by była szmaragdowe. To zasługa obecnych tu związków miedzi pozostałych po wyrobisku dawnej kopalni „Nowe Szczęście”.


Ostatni „zielony stawek” to tylko tablica informacyjna i bezwodna dziura w ziemi.
Opuszczamy jeziorka i w dalszym ciągu, szlakiem zielonym, jedziemy a właściwie prowadzimy rowery. Trasa jest dość trudna i pod górę, a ta góra to najwyższy szczyt wschodniej części Rudaw Janowickich – Wielka Kopa o wysokości 871 m. Na płaskim wierzchołku skały i fundament po dawnej, niemieckiej wieży widokowej.


Trochę odpoczynku i podziwiania panoramy przy słonecznej pogodzie, a potem już w dół, bardzo ekstremalnym szlakiem zielonym do Rędzin, po drodze oczywiście nie spotykamy innych rowerzystów, gdyż to szlak dla pieszych. Od Rędzin znów pod górę i znów prowadząc rowery, ale już znacznie łagodniej. Po prawej stronie mamy piękne zbocze idealnie nadające się na narty zjazdowe. Docieramy do Czarnowa i tam korzystając już z asfaltówki jedziemy obok kopalni dolomitu, dość mocno pedałując bo znów wzniesienie i już mamy schronisko „Czartak”. Brak bufetu uniemożliwia nam uzupełnienia płynów więc wysuszamy nasze ostatnie zapasy, robimy sobie wspólne zdjęcie i dalej w drogę już oznakowanymi trasami rowerowymi.


Ta część naszej wyprawy przebiega bezproblemowo, jedzie się dobrze i w miarę szybko, a po drodze już widać więcej rowerzystów.W okolicach Kowar obserwujemy skutki zeszłorocznego orkanu „Kirył” w postaci mnóstwa powalonych drzew iglastych, sporo drzew już sprzątnięto i pocięto na bale. W Bukowcu zauważamy przy drodze krzyż pokutny, który na wszelki wypadek uwieczniam fotografią, bo może się przyda do Marka galerii, chyba że on już go ma w swoich zbiorach. Sam Bukowiec to bardzo ładnie położona miejscowość z pięknymi krajobrazami. W Łomnicy rozstajemy się, ja jadę w kierunku Sudeckiej i potem na Głowackiego, a Czesław na Zabobrze. W domu jestem ostatecznie o 18.30 , trochę zmęczony, ale szczęśliwy jak zawsze gdy udaje mi się zrealizować jakiś cel.

niedziela, 22 kwietnia 2007

rocznicowe rozterki

Te dwa ostatnie dni to słoneczna i czasami trochę wietrzna pogoda i chłodne poranki. Wspaniale widać Karkonosze, które jeszcze ośnieżone sprawiają wrażenie jakby były bardzo blisko. To na prawdę duże szczęście mieszkać w Jeleniej Górze od dzieciństwa i móc codziennie obcować z takim krajobrazem.
Iwonka określiła swoje rodzinne miasto jako "bajeczne" i może rzeczywiście jest w nim coś, co powoduje, że można się w nim zakochać. Ja mam teraz przez to trochę "rozdartą duszę", z jednej strony Wleń i kilkanaście, w zdecydowanej większości, szczęśliwych lat i od prawie dwóch lat Jelenia, gdzie urodziły się najbliższe teraz mojemu sercu kobiety. Trudno jest być w dwóch miejscach na raz, nie tylko fizycznie ale i psychicznie, więc nieuchronnie zbliża się pora wyboru i podjęcia decyzji o jednym miejscu zamieszkania.
To tyle o moich osobistych rozterkach, przejdźmy teraz do innych osób i zdarzeń.
Sobota - to przede wszystkim dwa wydarzenia, 28 urodziny Marcina uświęcone wspólnym, rodzinnym obiadem u jego teściów w Lwówku oraz pierwszy, samodzielny wypiek chleba razowego przez Iwonkę. Debiut wypadł wspaniale, więc wypieki na pewno będą kontynuowane.
Niedziela - to 26 lat Marka i międzynarodowy dzień Ziemi. Te dwa wydarzenia uczciłem na spacerze z Olą przebiegnięciem wokół tzw. stawu Maćka 15 okrążeń co w przybliżeniu wyniosło około 3,5 km, bo na tyle pozwoliła mi Ola, a właściwie jej sen.
Najmłodsza Rudowska jest dzieckiem wybitnie towarzyskim, uśmiechającym się z ufnością do wszystkich i z każdym dniem staje się coraz bardziej mobilna także już nie można spuszczać z niej wzroku, bo jej ulubiona zabawa to wyrzucanie zabawek z łóżeczka , podciąganie się na kolankach i obserwacja tego, co jest na podłodze. Próbuje przy tym już wstawać i przechylać się co grozi upadkiem.
Babcia Lucyna, która jutro przyjedzie, będzie teraz musiała dużo więcej uwagi poświęcać swojej ukochanej "kruszynce".