poniedziałek, 1 sierpnia 2011

NA ZACHÓD I PÓŁNOC OD WROCŁAWIA 2011

Jelenia Góra – Jawor – Środa Śląska – Brzeg Dolny – Żmigród – Milicz – Trzebnica – Oborniki Śląskie - Wrocław

297 km



29.07 – 31.07



Dzień I 29.07.2011 / piątek/ 120 km. Przec.15,4 km/godz. Cz.jazdy 7 godz 48 min.



Jelenia Góra/Maciejówka/ - Kaczorów - Mysłów - Lipa – Nowa Wieś Wielka – Paszowice - Jawor – Jenków – Ujazd Górny – Cesarzowice - Środa Śląska - Głoska – Brzeg Dolny – Radecz - Bukowice

O godzinie 6.00 spotykamy się z Czesławem na przystanku „dwójki” i rozpoczynamy naszą wyprawę. Dość chłodno i pochmurno, około 10 stopni, ale mamy korzystny kierunek wiatru i jedzie się bardzo dobrze. Za Kaczorowem uciekamy z ruchliwej drogi skręcając na Mysłów. Kilka podjazdów i zjazdów aż do Siedmicy, gdzie robię pierwsze zdjęcie kwatery myśliwskiej „Pod czarnym bocianem”.


W Paszowicach zatrzymujemy się przy miejscowym kościele katolickim, zbudowanym w XVIII wieku przez protestantów. Wnętrze kościoła skromne, ale gustownie urządzone.

Kilkanaście kilometrów przed Jaworem jakiś dowcipniś zmazał „1” z tablicy kierunkowej i było tylko 5 kilometrów do Miasta Chleba, a powinno być 15. Około trzech kilometrów przed naszym pierwszym celem pojawiła się porządna droga rowerowa i doprowadziła nas do miasta, gdzie jesteśmy około 9-tej.
Jawor zawsze będzie mi się kojarzył z pierwszym noclegiem na ziemi dolnośląskiej, w listopadzie 1989 roku, kiedy to z Helenką wybraliśmy się naszym poczciwym „Polonezem” obejrzeć nasz przyszły dom we Wleniu. Niestety, tego małego hotelu już nie ma. Oglądamy natomiast sławny Kościół Pokoju, który obok podobnego kościoła w Świdnicy został wpisany na listę UNESCO. Bardzo bogate wyposażone wnętrze oraz dość uboga, skromna szata zewnętrzna to charakterystyczne cechy tych ewangelickich świątyń. W przykościelnym parku konsumujemy na zimno placki ziemniaczane, które wczoraj smażyła Iwonka, smakują nadzwyczajnie. Potem następna świątynia, tym razem katolicka – Kościół pw. św. Marcina i lokalna ciekawostka, krzyże pokutne z XIV-XVI wieku, umieszczone na starej baszcie, a znajdującej się na dziedzińcu banku PKO. Ciekawe połączenie, bank i krzyże pokutne, czyżby początek nowej tradycji.

Kilka kilometrów za Jaworem spotykamy miejscowego rowerzystę, którym okazał się Henryk, świeży policyjny emeryt. Kilka minut rozmowy z sympatycznym kolegą po fachu, wymiana telefonów i dalej w drogę. Kilka kilometrów przed powiatowym miastem - Środą Śląską jedziemy nową drogą rowerową. W mieście jesteśmy około 14-tej i w informacji turystycznej tuż obok Kościoła Św. Andrzeja Apostoła otrzymujemy od sympatycznego pracownika różne foldery i mapki oraz bardzo praktyczną informację o dobrej jadłodajni.


Nieduży lokal, oferujący dania domowe okazał się strzałem w dziesiątkę, zjedliśmy i smacznie i tanio. Mój towarzysz wyprawy bardzo chciał zobaczyć sławny skarb średzki i te jego pragnienie zostało zrealizowane poprzez naszą wizytę w miejscowym muzeum. Mowa tu o wspaniałej kolekcji średniowiecznych monet i klejnotów czeskich monarchów znalezionych w tym mieście w 1985 i w 1988 roku podczas prac budowlanych. Poza tym skarbem, którego nota bene nie można fotografować, podziwialiśmy jeszcze starannie wykonaną makietę miasta i inne eksponaty.

Ze Środy jedziemy na północ. W Szczepanowie uwieczniam w moim Nikonie miejscowy kościół i

po kilku kilometrach jesteśmy w Głosce, skąd miejscowy prom przewozi nas, nasze rowery oraz kilka samochodów osobowych na drugą stronę Odry do Brzegu Dolnego. Z informacji wynikało, że przejazd promem dla rowerzysty to wydatek 2 złotych, ale nikt od nas nie pobrał tej opłaty i przepłynęliśmy za darmo. Jeszcze jedna uwaga dotycząca Głoski i tej przeprawy promowej, bardzo słabe oznakowanie drogi prowadzącej do niej, miejscowym to niepotrzebne, ale dla ludzi z zewnątrz to duże utrudnienie.

W miasteczku szukając noclegu trafiamy do hotelu „Rokita”, ale okazał się on za drogi na nasze emeryckie kieszenie / powyżej 100 zł / . Na szczęście dla naszych finansów istnieją jeszcze inne możliwości noclegu. Czesław telefonicznie rezerwuje nam nocleg w gospodarstwie agroturystycznym „Wachówka” w Bukowicach, kilka kilometrów za Brzegiem. Robimy jeszcze zakupy w miejscowym Tesco i pedałujemy dalej. Przejeżdżamy obok dużego zakładu przemysłowego „Rokita”, do którego prowadzą nowe trasy rowerowe. Jeszcze tylko krótki postój przy olbrzymiej plantacji słoneczników

i po godzinie 20-tej jesteśmy na naszej kwaterze. Za 40 złotych od osoby otrzymujemy duży pokój z czterema tapczanikami, aneksem kuchennym i telewizorem. Gospodarze bardzo lubią zwierzęta, oprócz koni, mają dużo kotów i psów, ale wszystkie bardzo łagodne. Na kolację mój kolega wyciągnął z sakwy pyszny chlebek razowy, pieczony przez jego małżonkę i domowy smalec, a do tego coś mocnego / ale mi się zrymowało / czyli podlaski wyrób alkoholowy.

Dzień II 30.07.2011 / sobota / 80 km. Przec. 14,6 km/godz. Cz. jazdy 5 godz 28 min.

Bukowice - Rościsławice – Wlk.Lipa – Osolin – Brzeźno – Skokowa – Żmigród – Ruda Żmigrodzka – Niezgoda – Sułów – Milicz - Krośnice


Po tym wyczerpującym wczorajszym dniu troszkę dłużej pospaliśmy i gdzieś po 8-mej, po śniadanku i pożegnaniu się z sympatycznymi właścicielami „Wachówki” kierujemy się na wschód.

W Rościsłowicach fotografujemy następny obiekt sakralny – Kościół p.w. Podwyższenia Krzyża Świętego, będący akurat w gruntownym remoncie.

Natomiast tuż za dużą wsią Osolin odwiedziliśmy stary cmentarz ewangelicki, gdzie zachowało się kilkanaście, poniemieckich grobów z przełomu XIX i XX wieku. Obok tych mogił z kamiennymi tablicami zachowało się kilka polskich z lat 50-tych ubiegłego wieku. Kiedyś ksiądz Twardowski zapytał „ Co zrobić, aby zmartwychwstać ?” i krótka odpowiedź „Trzeba po prostu najpierw umrzeć.”

W Brzeźnie widzimy zagospodarowany zespół pałacowy z polem golfowym i dla kontrastu kilka brzydkich popegeerowskich bloków, w których między innymi mieszka sołtys tej wsi.
Kolejny etap naszej wyprawy to ładne miasteczko z kilkoma zabytkami – Żmigród, tam na rynku posilamy się chlebem ze smalcem i korniszonami, a potem zwiedzamy. W kamiennej wieży mieszkalnej z XVI wieku spędzamy trochę czasu, gdyż tam znajduje się informacja turystyczna z bardzo uczynnym, młodym pracownikiem, który dostarczył nam mnóstwo informacji na temat miasta i jego okolic, zaopatrzył w foldery i oprowadził po całej wieży. Obok niej jest przeprowadzana częściowa rekonstrukcja dawnego pałacu rodziny Hatzfeldów.

W pełni usatysfakcjonowani pobytem w żmijowym grodzie opuszczamy miasto i kierujemy się na wschód. Wjeżdżamy na teren parku krajobrazowego „Dolina Baryczy”, który między innymi stanowi otulinę dla rezerwatu „ Olszyny Niezgodzkie”, wzdłuż którego przejeżdżamy wygodną asfaltówką i często przystajemy podziwiając i fotografując naturalny i niezmienny od wieków obszar bagienny olszyn.

Następny rezerwat to Stawy Milickie, a jadąc dalej zgodnie przejeżdżamy wieś Niezgodę i około 15.30 osiągamy powiatowe miasto Milicz.

Krótka przejażdżka po niezbyt ciekawym centrum i dość głodni szukamy miejsca konsumpcji, jedna restauracja dla nas za droga /Libero/, druga zarezerwowana /Parkowa/, na nasze szczęście trzecia była dla nas dostępna /Pałacowa/. Przyjemna obsługa, kilkanaście minut oczekiwania przy chłodnym piwku i już spożywamy smaczny obiad. Z uwagi na miejsce i widoczny w miasteczku kult tej ryby spożywam karpia po milicku, który nie zawiódł moich kulinarnych oczekiwań. Po obiedzie kontynuujemy zwiedzanie, największe wrażenie robi ma nas wspaniały Kościół św. Andrzeja Boboli z piękną elewacją i ładnym wnętrzem, obecnie katolicki, a dawniej ewangelicki, zbudowany na początku XVIII wieku jako jeden z siedmiu kościołów „Łaski”.

Opuszczamy stolicę karpia i po kilkunastu kilometrach jesteśmy w miejscowości gminnej w Krośnicach, gdzie będziemy nocować.
W schronisku młodzieżowym powstałym w jednym z budynków starego szpitala otrzymujemy pokój wieloosobowy tylko dla nas dwóch / 35 zł od osoby / z toaletą i zapleczem kuchennym na zewnątrz. Oprócz nas jest już kilka osób, a wśród nich małżeństwo w średnim wieku na rowerach z Krotoszyna oraz młody cyklista z Poznania. W sali telewizyjnej wymieniamy nasze rowerowe doświadczenia, następnie kolacja, trochę lektury i do łóżka.


Dzień III 31.07.2011 / niedziela / 97 km. Przec. 13,9 km/godz. Cz. jazdy 6 godz 58 min.

Krośnice - Pierstnica – Bukowice – Czeszów – Zawonia – Cerekwica – TrzebnicaOborniki Śląskie – Golędzinów – Paniowice – Wrocław / Rędzin / - Wrocław /most Milenijny – Wrocław /Rynek/ - Wrocław /Dworzec Główny PKP/--------Wojanów/stacja PKP/ - Maciejówka


Wstajemy o 6-tej, przez okno w naszym pokoju oglądamy zaparkowany na trawniku przed schroniskiem śmigłowiec, następnie śniadanie i po siódmej w drogę.

Ten trzeci dzień naszej eskapady nie zapowiada się zbyt dobrze, ciężkie chmury wiszą nad nami i grożą prysznicem. Dotychczas mieliśmy szczęście, gdyż jak wynikało z telefonów od naszych żon to w Jeleniej padało i to dość mocno. Dlatego też modyfikujemy trochę nasze plany poprzez rezygnację z dotarcia do Twardogóry.
Po drodze widzimy „Niezły Młyn” czyli ładny hotel wybudowany na miejscu starego młyna wodnego. Zboża tam raczej nie mielą, ale i tak jest tam niezły młyn.

Jedziemy przez bardzo przyjemne dla rowerzystów tereny leśne, przez Lasy Kubryckie i Lasy Złotowskie, bardzo mały ruch samochodowy i cisza, czasami jakiś ptak się odezwie, co bezbłędnie wyłapuje Czesław, prawdopodobnie najlepszy ornitolog spośród emerytowanej kadry WP.
Od Zawonii wjeżdżamy na wzgórza Trzebnickie i już nie ma płaskich dróg. Do Cerekwicy ciężki, kilkukilometrowy podjazd, a potem zjazd i znów górka i tak do samej Trzebnicy, gdzie jesteśmy po 10-tej.

Trzebnica to przede wszystkim Bazylika św. Jadwigi i tam właśnie kierujemy pierwsze kroki. Akurat trwa nabożeństwo, które zbliża się ku końcowi, wysłuchujemy ostatnich wypowiedzi liturgicznych i po wyjściu ludzi zwiedzamy sanktuarium.

Następnie zwiedzamy rynek z ratuszem, które niedawno przeszły kurację odmładzającą oraz drugi obiekt sakralny - Kościół p.w. Najświętszego Serca Pana Jezusa.

Od Trzebnicy Do Obornik dość ruchliwa droga, ale niezbyt atrakcyjna, podobnie jak i same Oborniki. To małe senne miasteczko, w którym nie mogliśmy zjeść obiadu. W jedynej restauracji oferowano nam tylko napoje, gdyż szef lokalu akurat miał spotkanie koleżeńskie, które mu się trochę przeciągnęło.
Kilkanaście kilometrów dalej w kierunku na Wrocław, w restauracji „Noce i dnie” spożywamy ostatni obiad w naszej wyprawie i potem już bardzo ruchliwą drogą pedałujemy do stolicy Dolnego Śląska.

W okolicach Rędzin próbujemy dotrzeć jak najbliżej największego mostu Wrocławia ale czujni pracownicy ochrony nam to skutecznie uniemożliwiają. Musimy niestety poczekać jeszcze kilka tygodni na ostateczne zakończenie prac na całej A-8 to jest Autostradowej Obwodnicy Wrocławia.

Ostatecznie Odrę przejeżdżamy Mostem Milenijnym i potem szybko do centrum. Tam na krótko zatrzymujemy się na ulicy Włodkowica, na podwórzu gdzie jest synagoga i między innymi restauracja, jest sporo ludzi oczekujących na koncert.

Stamtąd udajemy się na Rynek i tam wpadamy na wojska niemieckie, okupujące tę część miasta. Okazało się, że są to grupy historyczne biorące udział w wielkiej inscenizacji z okazji rocznicy wybuchu powstania warszawskiego.

Nie bardzo rozumiem jaki jest sens takich pokazów w takim mieście jak Wrocław, chociaż jak by na to spojrzeć z innej strony to są duże podobieństwa w wojennych losach Warszawy i Wrocławia. Obydwa miasta zostały kompletnie zniszczone na wskutek błędnych decyzji ówczesnych dowódców, a właściwie polityków, którzy nie uwzględniając wojennych realiów, w imię jakiegoś wydumanego honoru skazali te miasta i jego mieszkańców na unicestwienie. Drugi czynnik tej zagłady to Armia Czerwona, która w przypadku Warszawy poprzez brak działania umożliwiła Niemcom hekatombę, a w przypadku Wrocławia bardzo aktywnie włączyła się do obrócenia w perzynę „Festung Breslau”.
Ale się rozgadałem, wybacz drogi czytelniku, ale gdy chodzi o powstanie warszawskie to zawsze ponosi mnie temperament polemiczny.
Dworzec Główny we Wrocławiu jest od niedawna poddawany generalnemu remontowi, dlatego więc wszystko na tym dworcu jest prowizoryczne i umiejscowione nie tam gdzie zwykle było. Dodatkowo bardzo słaba informacja i słabo słyszalne komunikaty z megafonów zwiększają ten stan chaosu, a tu przecież jest okres wakacyjny i mnóstwo pasażerów. Nasz pociąg do Jeleniej Góry ma pecha, to znaczy my mamy pecha, że jedzie aż ze Świnoujścia, co oczywiście skutkuje dużym opóźnieniem / 100 minut /. Ostatecznie po ponad 3 godzinnej jeździe wysiadam w Wojanowie, a Czesław w Jeleniej. Jeszcze tylko kilka kilometrów i po 23 już jestem w Maciejówce, gdzie wita mnie Clifford i uśpiony dom.





































































J


























niedziela, 5 czerwca 2011

Tour de Jelenia Góra 2011 Etap I

5.06.2011 / niedziela / 67 km. czas jazdy–4 godz. 18 min. przec. 15,5 km/godz. pręd. max 40,4 km/godz.

Trasa: Maciejówka – Wojanów – Łomnica – Mysłakowice – Miłków – Głębock – Sosnówka Dolna – Podgórzyn – Cieplice – Sobieszów – Piechowice - Górzyniec – Wojcieszyce – Goduszyn- Siedlęcin Górny – Zabobrze - Maciejówka

Wyjeżdżam parę minut przed siódmą rano, piękny i jeszcze rześki poranek, bardzo mały ruch na drogach, cóż więcej trzeba dla rowerzysty. Po kilku kilometrach wita mnie piękna fasada pałacu w Wojanowie, na parkingu sporo samochodów czyli interes kwitnie.
W Mysłakowicach spotykam duże stado krów przeganianych z jednego pastwiska na drugie. Przypominają mi się wakacje w mazowieckiej, nadbużańskiej wsi, u dziadka Stefana, gdzie jako kilkunastoletni chłopiec pomagałem paść te mlekodajne zwierzęta swojemu o rok starszemu wujkowi Mietkowi. Na oborze dość oryginalny napis „Zofia Kouba to porządna obywatelka” czyżby w tej miejscowości inni mieszkańcy nie zasługiwali na takie miano, a pani K. jest chlubnym wyjątkiem.
Wieś gminna Mysłakowice zawsze zachwyca mnie swoim doskonałym położeniem z pięknymi widokami na Karkonosze. Z resztą nie tylko mnie ona się podoba, gdyż w 1831 roku te miejsce upodobał sobie na swoją letnią rezydencję ówczesny król Prus Fryderyk Wilhelm III i tu kupił pałac. Obecnie w tej bardzo malowniczej i rozległej miejscowości powstało bardzo wiele nowych domów, które dość harmonijnie współgrają ze starymi budynkami, jedynie osiedle bloków ewidentnie tu nie pasuje. Gmina ma dobrych gospodarzy, dużo inwestuje, akurat naprzeciwko Restauracji pod Dębami powstaje, współfinansowany przez Unię Europejską, duży obiekt Samodzielnego Publicznego Zakładu Opieki Zdrowotnej.


Miłków wita turystów zachęcającym napisem „ W Miłkowie dobrze być! W Miłkowie miło żyć! „ ale ja już dobrze znam tę miejscowość i jadę dalej.

Po kilku kilometrach zjeżdżam z głównej drogi do Głębocka i wąską asfaltówką, oznaczoną jako trasa rowerowa, przejeżdżam wioskę, po drodze widzę kilka prywatnych stawów hodowli ryb. Następnie podobną asfaltówką docieram do Sosnówki Dolnej, jadę ulicą Sadową z ładnymi, nowymi budynkami. Gmina Podgórzyn postarała się w ostatnich latach i ma dobre trasy rowerowe, chociaż przydałoby się ich lepsze oznakowanie.
Przed Cieplicami mój stary „Nikon” lekko szwankuje i w dalszej części wyprawy będzie praktycznie bez zdjęć. Na skrzyżowaniu ul. Wolności i Rynku jacyś rozbawieni młodzieńcy wywrócili w nocy pojemnik na śmieci, które teraz walają się po chodniku, i nie najlepiej świadczą o ich kulturze.

W samym uzdrowisku spory ruch, dużo ludzi wraca akurat z Kościoła, a nieliczni kuracjusze leniwie spacerują i przesiadają na ławkach. Przy ulicy Cieplickiej powstało ostatnio kilka marketów, Netto, Lidl i Biedronka. Oprócz tego trwa przebudowa, z wykorzystaniem unijnych pieniędzy trzynastu cieplickich ulic.

Między Sobieszowem a Piechowicami tablica miejscowości Jelenia Góra, a tuż za nią znak drogowy ostrzegający przed „jeleniami”. Minęło niewiele, raptem 900 lat od polowań na te zwierzęta, które dały nazwę naszemu miastu, a jelenie są ciągle obecne.

Piechowice podobnie jak Łomnica mają jedną wspólną cechę, mianowicie patroni ich głównych ulic nie bardzo pasują do IPN-owskiej poprawności politycznej, gdyż są to jeszcze PRL-owscy „święci” – gen. K. Świerczewski w Łomnicy i marszałek M. Żymierski w Piechowicach. Według mnie w tego typu nazewnictwie lepiej stosować nazwy neutralne, nie podlegające historycznym ocenom.
Robi się coraz cieplej i zaczynam już odczuwać lekkie zmęczenie. Za Goduszynem pozwalam sobie na kilka minut wypoczynku przy wodzie z Maciejówki i gorzkiej czekoladzie. Dalsza jazda to niezbyt przyjemne sąsiedztwo wielu samochodów i motocykli na ruchliwej drodze ze Szklarskiej do Jeleniej. Ostatnie kilometry okazały się najbardziej wyczerpujące, upał i dość silny wiatr ze wschodu skutecznie utrudniał normalną jazdę. Ostatecznie, około 12.10 bardzo zmęczony dotarłem do moich ukochanych dziewczyn.
To już jest jednak pewna prawidłowość, że w trakcie mojej nieobecności coś się dzieje w domu. Tym razem nasz pies Clifford wrócił z nocnej wyprawy bardzo mocno pokiereszowany, z naderwanym uchem i uszkodzonym okiem, będzie prawdopodobnie potrzebna wizyta u weterynarza.
Teraz coś poza głównym tematem, ale związane z Oleńką. Dwa tygodnie temu wybraliśmy się w czwórkę, ja, Ola, Marek i Magda w nasze najbliższe góry to jest Sokoliki w Rudawach Janowickich. Do Trzcińska dojechaliśmy samochodem, a potem już pieszo. Ola bardzo dzielnie się spisała w swojej debiutanckiej wspinaczce, jedynie na krótkim odcinku skorzystała z pomocy brata. Na samą wieżę, ustawioną na wzgórzu Sokolik /623 m./, weszła odważnie sama . Na samej górze lekki wiatr i trochę ludzi, oglądaliśmy widoki, a szczególnie, korzystając z lornetki, naszą Trzcińską i nasz dom. W ten sposób spełniło się jedno z marzeń mojej córki, ale realizacja następnego będzie znacznie trudniejsza, gdyż drugą górą, którą Ola widzi z okna swojego pokoju, jest Śnieżka- nomen omen najwyższa góra Czech.



















poniedziałek, 2 maja 2011

LIBEREC 2011


01.05.2011 / niedziela / pociągiem i per pedes

Trasa: Maciejówka – Dworzec PKP Jelenia Góra – Harrachov/cz/ – Korenov – Tanvald – Liberec – Bedrichov – Josefuv Dul – Smrzovka – Korenov – Maciejówka

Dość chłodny poranek, około 5 st. Tym razem, inaczej jak zwykle, rower zostawiłem w garażu, a sam autobusem MZK nr 2 o 6.20 jadę na stację kolejową, gdzie już razem z Czesławem S. wsiadamy do znanego nam już szynobusu, należącego do Dolnośląskiego Urzędu Marszałkowskiego. Przed wyjazdem kupujemy jeszcze specjalne bilety /Euro-Nysa/ po 20 złotych, upoważniające między innymi na przejazd liniami kolejowymi na całym obszarze ZVON to jest wszystkich granicznych powiatów z Polski, Czech i Niemiec. W pociągu oprócz nas dużo niedzielnych turystów, może trochę niektórzy zbyt hałaśliwi, ale to jedna z naszych narodowych cech, która wyróżnia nas spośród innych nacji.
W Harrachowie przesiadamy się na czeski pociąg i potem po jeszcze dwóch przesiadkach i przejechaniu ośmiu tuneli wjeżdżamy na dworzec główny w Libercu. Cały przejazd z Jeleniej do Liberca zajął nam prawie cztery godziny dlatego nie polecam tego środka komunikacji osobom, którzy się spieszą, natomiast ten długi okres jazdy rekompensują nam wspaniałe widoki.
Od dworca idziemy ulicą bardzo adekwatną do dzisiejszego święta czyli ulicą 1-go Maja i dochodzimy do staromiejskiego rynku. Tutaj 11 lat wcześniej dojechałem rowerem ze Zbigniewem J. i trafiliśmy akurat na lokalny festyn, było mnóstwo ludzi, występy ulicznych artystów i opiekane na rożnie prosię. Tym razem jest spokojniej, mało spacerujących, a i pogoda nie jest najlepsza, jest słonecznie, ale wietrznie. Kilka zdjęć i idziemy dalej, praktycznie przechodzimy całe miasto z południowego zachodu na północny wschód. Po drodze ciekawy architektonicznie budynek ośrodka kultury żydowskiej i budynek zakładu kąpielowego z 1900 roku cesarza Franciszka Józefa.

Od dzielnicy Lidove Sady rozpoczynamy naszą wędrówkę, szlakiem żółtym podchodzimy na Liberecką Vysinę, gdzie stoi wieża z 1901 roku.

Tutaj robimy krótki odpoczynek i spożywamy domowe jedzonko. Następnie poprzez Bedrichovską Przełęcz docieramy do czeskiego centrum turystycznego i narciarskiego gór Izerskich – Bedrichova. Po drodze w restauracji Czeska Chalupa gasimy pragnienie lokalnym piwem.

Następny etap i kolejna wieża to Kralovka /859 m./, położona na Maxowskim Grzbiecie. Tym razem wydajemy po 20 koron i po 101 metalowych stopniach wspinamy się do góry. Oglądamy Góry Izerskie, Karkonosze oraz Czeski Raj, ale dość szybko uciekamy na dół ponieważ wieje silny wiatr. Natomiast w położonej obok restauracji jest znacznie przytulniej, szczególnie przy dobrej kawie i obserwując liczne trofea myśliwskie.

W Hrabeticach oryginalna kapliczka, a właściwie wielofunkcyjny obiekt ze skrzynkami pocztowymi i bankomatem, a parę kilometrów wcześniej ciekawy budynek Staroczeskiej Chalupy.

Dzisiaj oprócz święta klasy robotniczej jest także święto patrona robotników czyli Świętego Józefa tak więc końcowy etap naszej wyprawy – miejscowość Josefuv Dul jest jak najbardziej wskazany.

Stamtąd z maleńkiej stacyjki jedziemy koleją do Smrzovki, potem do Korenova, a następnie do Jeleniej Góry. W pociągu mnóstwo pasażerów, w tym dużo dzieci, wracających w doskonałych humorach z Czech. Dzieci mogły przesiąść się z ciasnych samochodów osobowych do obszernych pomieszczeń pociągu co dla wielu było dużą atrakcją, a i dorośli mogli oderwać się od kierownicy i delektować się czeskim piwkiem. W związku z tym wielkie brawa i podziękowania dla władz naszego województwa za reaktywację jednej z najbardziej malowniczych i ciekawych linii kolejowych.
Ostatecznie do domu docieram już po 22.00, solidnie zmęczony, ale w pełni usatysfakcjonowany minionym dniem.
Na koniec chciałbym wspomnieć, że inspiracją dla naszej wyprawy był umieszczony w Nowinach Jeleniogórskich opis podobnej wycieczki zorganizowanej przez pana Witolda Gumprechta w kwietniu tegoż roku.































niedziela, 25 lipca 2010

Góry Izerskie 2010

25.07.2010 / niedziela / 104 km

czas jazdy–6 godz. 50 min. przec. 15,1 km/godz


Trasa: MaciejówkaDworzec PKP Jelenia GóraStacja kolejowa w Jakuszycach – Jizerka/cz/ – Smedava – Predel – Nove Mesto – Czerniawa Zdrój – Świeradów Zdrój – Rozdroże Izerskie – Górzyniec – Piechowice – Wojcieszyce – Jelenia Góra - Maciejówka


Dość chłodno i mglisto. Z Czesławem S. spotykamy się na ładnie odnowionym jeleniogórskim dworcu kolejowym. Pomimo wczesnych godzin na stacji widać kilkadziesiąt osób, które zamierzają spędzić niedzielę turystycznie. Bezpośrednio do Jakuszyc, tak to już prawda, jedziemy ładnym, funkcjonalnym szynobusem, należącym do dolnośląskiego urzędu marszałkowskiego. Dzięki niemu reaktywowano po wielu latach linię kolejową do Czech przez Jakuszyce. Jedziemy, oglądamy piękne widoki, a obok nas nasze stalowe rumaki.

Od Jakuszyc już na rowerach jedziemy w kierunku do czeskiej Jizerki przez drewniany, graniczny most na Izerze.

Za mostem strome podejście w górę, czeskie tablice radzą prowadzić rowery i tu sie z nimi w zupełności zgadzamy, gdyż jazda jest niemożliwa. Nie chciało nam się dokładniej popatrzeć w mapę i poszliśmy na przysłowiowego nosa, na skutek czego trochę pobłądziliśmy i zaliczyliśmy parę dodatkowych kilometrów leśnymi drogami.

Im wyżej to coraz gęstsza mgła i wilgoć, która przenika wszystko, nawet unieruchamia na kilkanaście minut licznik rowerowy. W tej mgle dojeżdżamy do Smedavy, ktora jest jakby czeskim odpowiednikiem naszych Jakuszyc. Zwykle, a już w szczególności w niedzielę jest tu mnóstwo ludzi, korzystających na rowerach lub pieszo, a w zimie na nartach biegowych, z gęstej sieci szlaków turystycznych. Niestety, teraz przy tej mgle i bardzo małej widoczności jest ich znacznie mniej.

Po krótkim odpoczynku jedziemy oznakowaną, asfaltową trasą w kierunku na Czerniawę, gdzie przekraczamy granicę. Następnie podjazd do Świeradowa, tam odpoczynek w jednej z licznych tu restauracji i poprzez Rozdroże Izerskie, Górzyniec i Piechowice jak najszybciej do domu.










poniedziałek, 21 czerwca 2010

Pogórze Izerskie 2010

20.06.2010 / niedziela / 94,5 km czas jazdy–6 godz. 1 min. przec. 15,6 km/godz

Trasa: Maciejówka – Cieplice – Wojcieszyce – Kromnów – Stara Kamienica – Nowa Kamienica – Grudza – Rębiszów – Mirsk – Karłowiec – Karłowice – Gryfów Śląski – Radoniów – Chmieleń – Pasiecznik – Rybnica – Jelenia Góra - Maciejówka

Bardzo chłodny jak na tę porę roku poranek, około 7 stopni, na szczęście nie zamierza padać. Wyjazd o 7.30. i szybka półgodzinna jazda do przystanku MZK przy zajezdni przy ul. Wolności, gdzie już czeka na mnie Czesław S. Po krótkim odpoczynku już razem jedziemy przez Cieplice do Wojcieszyc, dużej wsi, około 1000 mieszkańców, dużo nowych domów obok starych zabudowań. Zatrzymujemy się przy Kościele pod wezwaniem Świętej Barbary, jest niedziela, kilka minut przed mszą, sporo ludzi przed i w kościele. Parę minut poświęcamy na skupienie i modlitwę, robimy kilka zdjęć i dalej w drogę.

Trochę rowerowej wspinaczki i mała miejscowość Kromnów, dużo starych, opuszczonych domów, niektóre wystawione na sprzedaż. Gmina Stara kamienica zadbała o odpowiednie oznakowanie tras rowerowych i chyba nie tylko o to, gdyż mimo niedzieli zauważyliśmy, przejeżdżając przez stolicę gminy, otwarty punkt informacji turystycznej.

Około 11-tej jesteśmy w Mirsku - małym miasteczku, około 4 000 mieszkańców, niegdyś sporo zakładów pracy i klub piłki nożnej w III lidze. Po transformacj ustrojowej jak większość podobnych miasteczek mocno podupadło. Przed ratuszem rozmawiamy z będacym w naszym wieku mieszkańcem Mirska. Okazało sie, że mamy wspólne zainteresowania – wyprawy rowerowe i jazdę na nartach biegowych. Po wymianie doświadczeń opuszczamy te dość zaniedbane miasteczko.

W okolicach Karłowic przeprawiamy się na drugi brzeg Jeziora Złotnickiego korzystając z długiej kładki dla pieszych i rowerzystów. Dawniej, o tej porze, brzegi tegoż jeziora były okupowane przez mnóstwo ludzi, którzy przyjeżdżali tutaj na wypoczynek. Obecnie swoistym „signum temporis” jest wiele opuszczonych, częściowo zdewastowanych, domków campingowych. Na kładce trójka wędkarzy, jesteśmy akurat świadkami udanego połowu dużego, około 1 kg, szczupaka. Gratulujemy zdobyczy i już jesteśmy na drugiej stronie. Kilkaset metrów leśnej ścieżki, trudnej i stromej, co zmusza do zejścia z roweru.

Do Gryfowa wjeżdżamy od strony osiedla nowych, ładnych budynków, zbudowanych najczęściej za ciężko zapracowane pieniądze przez naszych „gastarbeiterów” w Niemczech lub Austrii. Przed ładnie odnowionym ratuszem w Gryfowie wystawa fotografii wszystkich pereł naszej Kotliny Jeleniogórskiej to jest zamków i pałaców. Wśród nich pamiętny dla mnie i Iwonki oraz Oli – pałac „Paulinum”, gdzie 14 października 2006 roku świętowaliśmy nasz ślub i chrzest naszego dziecka/ ten fragment musiałem odczytać Oli, która bardzo interesowała sie, co tata pisze /. Na rynku dość spory ruch, dużo ludzi łączy niedzielny spacer z obywatelskim obowiązkiem – uczestnictwa w wyborach Prezydenta Rzeczypospolitej. Natomiast niektórzy z mieszkańców wyglądali na bardzo „zmęczonych” na skutek nadużycia pewnych trunków.

Z Gryfowa do Jeleniej jechało się bardzo dobrze pomimo dużego ruchu samochodów i licznych motocykli. Droga w przeważającej części pozwala rowerzyście na swobodny zjazd, są tylko nieliczne podjazdy. Pewnego rodzaju ciekawostką geograficzno-administracyjną tej trasy jest fakt, że na długości około 25 kilometrów przejeżdża się przez pięć gmin / Gryfów Śląski, Lubomierz, Stara Kamienica, Jeżów Sudecki i Jelenia Góra /.
W domu jestem o 15.30, i pomimo sporego dystansu i dobrego tempa nie jestem zbytnio zmęczony. Pozostał nam jeszcze rodzinny spacer do naszego lokalu wyborczego, w którym Ola wrzuciła do urny nasze kartki do głosowania. A ja ? jak głosowałem ? No cóż – wybrałem młodość.

niedziela, 30 maja 2010

Rudawy Janowickie 2010

30.05.2010 / niedziela / 45 km czas jazdy–3 godz. 15 min. przec. 14 km/godz

Trasa: Maciejówka – Wojanów – Łomnica – Mysłakowice – Kostrzyca - Mysłakowice – Kowary – Gruszków – Strużnica – Karpniki – Trzcińsko – Maciejówka

Prognoza pogody na niedzielę nie odbiegała dużo od typowej dla maja tego roku – czyli chłodno i deszczowo. Mam nieodparte wrażenie, że trochę w tej naszej pogodzie zamieszał pewien wulkan z Islandii, któremu akurat zachciało sie uaktywnić tej wiosny.
Wyjeżdżam z domu o wpół do ósmej, są chmury, ale nie pada, około 12 stopni ciepła. Pomiędzy Maciejową a Wojanowem przebiega granica pomiędzy miastem Jelenia Góra, a gminą Mysłakowice, ale żeby o tym się przekonać należy zejść z roweru albo wysiąść z samochodu aby dojrzeć, szczelnie zakrytą bujną roślinnością, tablicę z nazwą dawnego miasta wojewódzkiego. Czyżby ta zarośnięta tablica była jakimś symbolem degradacji tego „bajecznego” miasta.

W okolicach Wojanowa zaczyna lekko padać, a potem już intensywnie. Wraz z moim towarzyszem wyprawy – Czesławem S. chronimy się przed deszczem pod wiatą przystanku w Łomnicy i mamy dylemat, czy wracać czy też trochę poczekać. Na szczęście, po niecałej godzinie przestaje padać i możemy dalej jechać. Mijane po drodze miejscowości począwszy od Wojanowa, poprzez Łomnicę, Mysłakowice i Kostrzycę są właściwie połączone w jedną, podmiejską aglomerację, podzieloną sztucznie administracyjnie. Po drodze mijamy mnóstwo różnych firm usługowych i produkcyjnych co świadczy o ożywionej działalności gospodarczej chociaż cześć z tych obiektów może już być wyłączona, a ich oferta zdezaktualizowana. W Kostrzycy, w dość niepozornym budynku, mieści się salon piękności dla psów „Łapa”.
Nie wjeżdżając do centrum Kowar jedziemy przez Wojków w kierunku Gruszkowa. Władze Kowar są najwidoczniej przekonani że wszyscy korzystający z ich dróg mają GPS-y, gdyż nawet nie umieścili tablicy kierunkowej na tak ważnym skrzyżowaniu. Podobna uwaga do tych, którzy tworzyli trasy rowerowe w Rudawach Janowickich, bardzo kiepskie oznakowanie, szczególnie rzuca się w oczy brak tablic z kierunkami i czasami przejazdów poszczególnych odcinków. Proponuję wybrać się na przykład do gminy Jeżów Sudecki i tam naocznie sprawdzić jak wygląda prawidłowe oznakowanie.
Dzwonię do domu, Ola po wczorajszym, pełnym wrażeń dniu, nie może się doczekać kiedy wrócę i będziemy sie razem bawić. Tutaj role są podzielone, mama jest od tych spraw najważniejszych, a szczególnie jej obecność jest niezbędna w okresie choroby. Natomiast tata jest od zabawy i może trochę od nauki.
Pomiedzy Wojkowem, czyli dzielnicą Kowar a Gruszkowem małe, sympatyczne źródełko „Jola”, gdzie robimy sobie zdjęcia.

Jadąc dalej spotykamy grupę rowerzystów, którą mój kolega, będący w świetnej formie, wyprzedza i czeka na mnie na przełęczy Karpnickiej. Ja w tym sezonie przejechałem niestety dużo mniej kilometrów od niego i moja kolarska siła jeszcze nie jest na swoim normalnym poziomie. Po kilkudziesięciu minutach męczącej jazdy pod górę spotykamy grzybiarzy, którzy z dumą pokazują nam swoje zbiory, w których są i prawdziwki. Można tylko z pewnym sarkazmem stwierdzić, że będzie to rok korzystny, ale raczej tylko dla grzybów.
Około południa docieramy do schroniska „Szwajcarka”, gdzie widać nielicznych turystów. Po wysiłku fizycznym marzyło nam się piwo, ale schronisko nie ma koncesji na ten napój i trzeba było zadowolić się „drogą” wodą mineralną.

Czarne chmury wiszące nad nami powodują, że jesteśmy zmuszeni skorygować nasze plany i znacznie skrócić wyprawę. Zjeżdżamy do Trzcińska, gdzie się rozstajemy. Czesław na swoje Zabobrze, a ja skrótem obok stacji PKP w Trzcińsku, następnie polną drogą do swojej Maciejówki, gdzie przy akompaniamencie drobnego deszczyku, jestem około 13-tej.