piątek, 8 sierpnia 2003

Rowerem nad Bałtyk

Wleń – Świnoujście

03.08.2003 – 08.08.2003 /6 dni/ 623,3 km szybkość przec. 13,8 km/godz.


03-08-2003 / niedziela / dzień I Wleń – Żagań 118,5 km

Statystyka: cz.jazdy – 8 godz. 3 min. Szybk.przec. – 14,7 km/godz. Max.szybk. – 36,4 km/godz.

Wleń – Przeździedza-Górczyca-Sobota-Dębowy Gaj-Mojesz-Lwówek Śląski- Rakowice Wielkie-Rakowice Małe-Włodzice Wielkie-Kraszowice-Otok-Rakowice Bożejowice-Bolesławiec-Łąka- Trzebień-Stara Oleszna-Kozłow-Leszno Górne-Sieraków-Bobrowice-Nowa Kopernia-Szprotawa-Małomice-Bobrzany-Chuchy-Bukowina Bobrzańska-Chrobrów-Tomaszewo-Bożnów-Żagań

Wyjazd około 6.00, temperatura powietrza – 19 st.C. – ładnie. Jadę znaną mi już trasą ER-6, wzdłuż Bobru. Niedzielny poranek, pusto – idealna pora dla rowerzysty. Pierwszego człowieka zobaczyłem dopiero w Górczycy. Od Włodzic Wielkich zaczyna się nieznana mi wcześniej trasa, dużo ładnych, zadbanych domów i piękne ogrody. Do Bolesławca prowadzi dobrze oznaczona i przyjemna, nowa trasa rowerowa, potem trochę gorzej. Do miejscowości Łąki / Drużyna piłkarska z Wleńskiej Pogoni przyjeżdżała tu na mecze, ale po płycie boiska widać, że chyba grają wyżej niż w A klasie / staram się jechać wzdłuż Bobru. Dalej, niestety, jadę ruchliwą drogą Bolesławiec-Szprotawa-Zielona Góra, dużo samochodów. Próbuję zjechać bliżej rzeki, ale po kilku minutach dróżka się kończy, jest pole, a ja jestem zmuszony wrócić na główną drogę. Pomiędzy Starą Oleszną a Kozłowem widzę ładne, nieduże jeziorko i kąpiących się ludzi. Robię sobie postój, trochę pływam i po raz pierwszy gotuję sobie kawę na malutkiej kuchence gazowej.
W Lesznie Górnym przystaję przed nowym kościółkiem. Zamknięty, ale widzę w przedsionku napis „Cisza ! Bóg jest tuż !”. To skłania mnie do pewnej myśli – Bóg jest wszędzie, a w kościele /obojętnie jakiej religii/ z pewnością bliżej, gdyż człowiek w takich miejscach potrafi się wyciszyć i wtedy Bogu łatwiej dotrzeć do niego. Może to truizm, ale jak rzadko przez nas uświadamiany. W tymże Lesznie uciekam z zatłoczonej drogi i zjeżdżam na bardziej spokojną, do Sierakowa, a Bóbr płynie po mojej prawej stronie. Docieram do Szprotawy, dość ładne miasteczko z ciekawym ratuszem /dwie wieże/, rynek otoczony starymi kamieniczkami i niezbyt tutaj pasującymi blokami, tyle, że niskimi /3 piętra/. Odpoczywam pod fontanną, której główną ozdobą jest złoty delfin z wygiętym pionowo ogonem.
Od Szprotawy jadę na Małomice przez jej dzielnicę zwaną Iławą. Tutaj widzę ciekawą tablicę z 1960 roku, informującą, że w słowiańskiej Iławie spotkali się w 1000 roku cesarz Otto III i nasz Bolesław Chrobry, skąd już razem podążyli do Gniezna. Za Bukowiną Bobrzańską, już dość zmęczony, skręcam w las, robię sobie posiłek z kawą i odpoczywam.
Następnie jadę dalej na Żagań, ale okrężną trasą przez Chrobrów i Tomaszewo. Ta druga miejscowość to ciekawa wieś, sporo bloków mieszkalnych i dużo obiektów niewiadomego przeznaczenia. Wygląda to na jakieś wojskowe osiedle, którego nie ma na mojej mapie. Około 18.30 jestem już w Żaganiu i znajduję nocleg w szkolnym schronisku młodzieżowym przy ul. X-lecia PRL. Sympatyczny młody człowiek pomimo braku miejsc „wyczarował” dla mnie prawie 40 m samodzielnego mieszkania z dwoma, połączonymi pokojami, kuchnią i łazienką, i to wszystko za 20 zł. Zadowolony, robię jeszcze wieczorny spacer po mieście, połączony z zakupami. Rynek, podobnie jak w Szprotawie. Ładny, ale niestety zeszpecony przez bloki.

04-08-2003 / poniedziałek / dzień II Żagań - Kłopot 103,6 km

Statystyka: cz.jazdy – 6 godz. 53 min. Szybk.przec. – 15,0 km/godz. Max.szybk. – 33,5 km/godz.

Żagań-Gorzupia Dolna-Bieniów-Nowogród Bobrzański-Krzywaniec-Łagoda-Żarków-Bobrowice-Dychów-Prądocinek-Krosno Odrzańskie-Osiecznica-Maszewo-Rybaki-Miłow-Bytomiec-Rąpice-Kłopot

Pobudka o godz. 5.15, poranne ablucje, śniadanko „optymalne” i w drogę. Jadę główną drogą na Nowogród, sporo samochodów. W Gorzupi Dolnej widzę drewniany most na Bobrze, przejeżdżam i jestem na lewej stronie rzeki. Zgodnie z główną zasadą staram się jechać wzdłuż rzeki. Przyjemna, leśna droga, pusto, brak słońca – i tak się zapomniałem, że wylądowałem w Bieniowie zamiast w Nowogardzie. Znów ruchliwa szosa, tym razem, Żary-Nowogród i 10 km do celu. Konsekwencją tego zagapienia było 8 kilometrów dodatkowej jazdy.
Małe gminne miasteczko – Nowogród Bobrzański, poranek, a niektórzy, spragnieni mieszkańcy już się gromadzą pod sklepem, bynajmniej nie po mleko i świeże bułki. Mały ryneczek, szkoda tylko, że bez ratusza. Z Nowogrodu jadę lewą stroną Bobru bardzo przyjemną, leśną drogą. Mijam jakąś „military base”, kilkanaście samochodów osobowych przed wejściem, czyli tu się nadal służy lub pracuje. Dalej – opuszczone hangary i cmentarzysko starych, opuszczonych, nikomu niepotrzebnych wojskowych ciężarówek, prawdopodobnie weteranów walk w Czechosłowacji w 1968 roku.
Następne miejscowości: Krzywaniec – więzienie i Krzywa – tam nasz Bóbr płodzi swojego potomka, Kanał Dychowski. Przed wioską Łagoda spotykam na drewnianym moście chłopca, który informuje, że ta miejscowość, położona między Bobrem i Kanałem, była w pamiętnym, powodziowym, 1997 roku zalana. Jadę dalej między tymi dwoma szlakami rzecznymi. Mijam dużą wieś gminną Bobrowice i osiągam Dychów. Tam mnie wita bardzo ładny obiekt – biurowiec Zespołu Dychowskich Elektrowni Wodnych. Przez drewniany przedostaję się na drugą stronę Bobru i we wsi Prądownik biorę kąpiel, jem, piję kawę i odpoczywam. Obok beztroska grupa dzieci kąpie się i wędkuje.
Krosno Odrzańskie rozczarowuje mnie, brak jakiegoś rynku, centrum. Ale to nic, gdyż znajduję wspaniałe miejsce, tuż obok Policji. Siedzę pod parasolem ogrodowym, przed sklepem, piję piwo i mam piękny widok jak nasz Bóbr bierze ślub z Odrą, przyjmując przy tym nazwisko małżonki / rzadko to się zdarza, ale się zdarza /. Od Osiecznicy skręcam w lewo i jadę spokojną, ładną, asfaltową drogą w kierunku na Maszewo. Tam pojawia się kłopot, czyli kierunkowskaz z napisem „ Kłopot-17 km.” W Miłowie niezbyt miłują obcych, gdyż jeden z gospodarzy wywiesił na furtce tabliczkę z wizerunkiem psa i napisem „ Jeżeli on cię nie zagryzie, to ja cię zastrzelę”/ bez komentarza /.
W niedalekim Kosarzynie Bóbr poślubia drugą żonę – Nysę Łużycką i już jako triumwirat płyną dalej na północ. Około godz. 18.30 docieram do Kłopotu, gdzie jestem serdecznie witany przez ciotkę Helenki, potem jestem jeszcze wizytowany przez jej córkę z mężem i drugą ciotkę. Ugoszczony kładę się spać około 23.00.



05-08-2003 / wtorek / dzień III Kłopot - Kostrzyń 86,4 km

Statystyka: cz.jazdy – 6 godz. 52 min. Szybk.przec. – 12,5 km/godz. Max.szybk. – 37,5 km/godz.

Kłopot-Cybinka-Urad-Kunice-Rybocice-Świecko-Słubice-Frankfurt/D/-Lebus/D/-Reitwein/D/-Kietz/D/-Kostrzyń

Po śniadaniu, serdecznie żegnany, wyjeżdżam około 6.20. Parę minut po 7-mej jestem w Cybince u Wieśki i Leszka. Mają zdecydowanie najładniejszy i prawdopodobnie najbogatszy dom w Cybince oraz dużą firmę /20 pracowników/ w Rąpicach. Oboje tryskają energią i są zadowoleni z tego co mają, tym bardziej, że doszli do tego poprzez ciężką pracę i wiele wyrzeczeń. Około 9.30 opuszczam gościnnych gospodarzy i jadę na Słubice.
W Uradzie uciekam z ruchliwej szosy i skręcam w lewo, bliżej Odry. Trochę ciszej i bliżej natury. W Świecku miejscowi radzą mi przejść tak jak oni niezbyt legalnie pod mostem, ja jednak jestem legalistą i jadę na Słubice i tam przekraczam granicę o 13.13 tuż obok okazałego zespołu budynków „Colegium Polonicum”. We Frankfurcie odnajduję szlak rowerowy „Neisse-Oder” /E-11/, ale prawdę mówiąc trochę on mnie rozczarowuje, prowadzi ulicami miasta, następnie 5 km normalnej, zatłoczonej samochodami drogi do Lebus, i dopiero później jest trochę lepiej, jednak w dalszym ciągu jakieś dziwaczne objazdy /trasa tymczasowa/ pod górę i w dół. Jedyne plusy – na postoju za Frankfurtem ustawiona tablica informacyjna w dwóch językach, a ten drugi, oczywiście poza niemieckim, to język polski. Drugi plus to dużo słodkich mirabelek po drodze, którymi się można nasycić.
Jadąc przez małe niemieckie wioski ma się mieszane odczucia. Z jednej strony bardzo ładne domy, widać, że przeszły niedawno zdecydowaną kurację odmładzającą, a z drugiej strony nie ma w tych miejscowościach życia, są martwe, brak takich sklepów jak w Polsce, gdzie można kupić, nawet w niedzielę, przysłowiowe mydło i powidło, wypić piwo i pogadać z sąsiadami. Docieram ładną drogą wzdłuż wału przeciwpowodziowego do niemieckiego Kietz, i tam przekraczam granicę około 18.00.
Dojeżdżając do Kostrzynia od niemieckiej strony widać, niezbyt przyjaźnie skierowane na Niemcy, olbrzymie działo i obelisk z radziecką gwiazdą. Tuż za Kostrzyniem Bóbr bierze sobie już trzecią żonę – Wartę, ale w dalszym ciągu pozostaje przy nazwisku pierwszej żony. Nocleg w hotelu turystycznym w Kostrzyniu za 40 zł. /najdroższy nocleg na mojej trasie/.

06-08-2003 / środa / dzień IV Kostrzyń - Moryń 110,1 km

Statystyka: cz.jazdy – 8 godz. 19 min. Szybk.przec. – 13,2 km/godz. Max.szybk. – 35,7 km/godz.

Kostrzyń-Szumiłowo-Kaleńsko-Namyślin-Kłosów-Kurzycko-Czelin-Gozdowice-Stare Łysogórki-Siekierki-Stara Rudnica-Osinów Dolny-Cedynia-Golice-Nowe Objezierze-Moryń-Gądno-Moryń

Wypoczęty i odświeżony wyjeżdżam z hotelu po 7-mej. Czuję się dobrze, chociaż odczuwam bóle pośladków, jest troszkę chłodniej. Za Kostrzyniem widzę przykład czeskiej ekspansji przemysłowej w postaci zakładów „Podravka”. Następna miejscowość to Szumiłowo, która wyróżnia się tym, że od niej zaczyna się już województwo zachodniopomorskie. Te drogi, którymi teraz jadę, to praktycznie gotowe już trasy rowerowe. Lepsze niż po niemieckiej stronie, wystarczyłoby tylko je odpowiednio oznakować i umieścić na mapach i w przewodnikach. Mają jedną wielką zaletę, są równe, asfaltowe, a przede wszystkim bardzo mały ruch samochodów. Niestety, ten rowerowy raj skończył się już w Kłosowie, gdzie chciałem sobie skrócić drogę / wyobrażam sobie jak teraz uśmiecha się moja Helenka / do Czelina, co kosztowało mnie 15 kilometrów i ponad godzinę błąkania się po nadodrzańskich moczarach. Koniec końców musiałem zawrócić do fatalnego Kłosowa i jechać już pokornie zgodnie z drogami na mapie.
W ten sposób dotarłem wreszcie do tego Czelina, a dalej Gozdowice i Siekierki. Są to miejscowości, których nazw uczyło się moje pokolenie na lekcjach historii II Wojny Światowej. Każda taka miejscowość posiada swoje pomniki i tablice pamiątkowe, niestety dość zdewastowane, upamiętniające walki w 1945 roku. Po posiłku /golonka, ogórek, piwo i kawa – 15 zł/ w Gozdowicach, jadę do Starych Łysogórek, gdzie przez pół godziny zwiedzałem malutkie, miejscowe muzeum tutejszych bitew z 1945 plus 972 roku / pod Cedynią /. Byłem jedynym zwiedzającym, ale taka jest prawda, że niewiele osób odwiedza teraz takie muzea, starsi wymierają, a młodzież uczy się już z innych książek. Obok muzeum znajduje się duży cmentarz z około 2000 mogił polskich żołnierzy, których nazwiska są w posiadaniu tutejszej placówki kulturalnej. Odrobinę dalej, w Siekierkach, jest Sanktuarium Matki Boskiej Nadodrzańskiej, a przed nim murek z dwiema tabliczkami. Na jednej napis „pomnik nieznanego żołnierza, a na drugiej „pomnik nieznanego dziecka” . Zachodzę do sanktuarium, pusto, jest więc okazja do kontemplacji. Dojeżdżam do Osinowa Dolnego, gdzie jest przejście graniczne i to jest chyba najdalej na zachód wysunięty kawałek Polski. Przy ruchliwej drodze do Cedyni majestatyczne wzgórze i monumentalny pomnik zwycięzcy spod Cedyni – Czcibora.
Cedynia – małe sympatyczne miasteczko, moje pierwsze skojarzenie z włoskim Asyżem, gdyż uliczki prowadzą w górę i dół. Od Cedyni do Morynia już mały ruch samochodów, jedzie się dobrze, nawet sobie podśpiewuję. W Moryniu szukam noclegu, najpierw w pobliskim Gądnie na campingu, ale bezskutecznie i wreszcie znajduję kwaterę prywatną w Moryniu za 15 zł bez pościeli, na szczęście mam śpiwór Marka. Mieszkają tu jeszcze jacyś „turyści” z Ukrainy, jak się zorientowałem po rejestracji samochodowej.

07-08-2003 / czwartek / dzień V Moryń – Czarna Łąka 105,8 km

Statystyka: cz.jazdy – 8 godz. 31 min. Szybk.przec. – 12,4 km/godz. Max.szybk. – 34,3 km/godz.

Moryń-Dolsko-Mętno-Chojna-Nawodna-Ognica-Widuchowa-Dębogóra-Krzypnica-Żurawki-Gryfino-Czepino-Radziszewo-Szczecin Podjuchy-Szczecin Dąbie-Szczecin Załom-Pucice-Czarna Łąka

Wyjazd o 6.15, dość chłodno, trzeba założyć kurtkę, ale jedzie się dobrze, na drodze mały ruch samochodowy. Osobiście doświadczam, że im dalej od Odry tym bardziej tereny stają się pagórkowate, co oznacza podjazdy i zjazdy. W miasteczku Chojna spożywam śniadanie na ławce z widokiem na rekonstruowany duży kościół w stylu gotyckim.
Mam dość samochodów, więc uciekam na boczną drogę do Nawodnej, a stamtąd próbuję przedostać się do Ognicy. Pierwsza próba nieudana, gdyż droga prowadzi mnie do dawnego, poniemieckiego mostu nad rzeką Rurzycą, ale za mostem dróżka się urywa i koniec – trzeba wracać. Druga próba – polna droga, którą jadę w niepewności przez kilka kilometrów, dookoła żywego ducha, śladów cywilizacji, ale tym razem szczęście mi sprzyja i docieram do drogi Krajnik-Ognica. Tam, już nie po raz pierwszy zresztą, miejscowi biorą mnie za Niemca, pewnie tymi drogami jeżdżą na rowerach tylko nasi zachodni sąsiedzi. Dalej Widuchowa, duża gminna miejscowość nad Odrą. Do samego Gryfina jadę już główną drogą na Szczecin, innej nie ma niestety, duży ruch, trzeba stale uważać, dobrze, że to tylko 17 km.
Samo Gryfino nie zachwyca, brak konkretnego centrum, dość rozwlekłe. Od Gryfina zjeżdżam z głównej drogi i jadę tuż przy Odrze, miejscami droga, a później ścieżka zanika, ale jakoś, jadąc na przysłowiowy nos, osiągam około 16.00 podmiejską dzielnicę Szczecina – Podjuchy. Kąpię się w Odrze, odpoczywam i dalej przebijam się przez te Podjuchy, a potem Dąbie. Tam stuknęło mi na liczniku 500 km.
Jadę podmiejskimi ulicami, a raczej chodnikami bo to bezpieczniej. Nikt tu nie pomyślał o ścieżkach rowerowych. Mała dygresja, jadę już piąty dzień i jeszcze nie spadła kropla deszczu. W Dąbiu coś mnie podkusiło i znów pragnąc uniknąć samochodów i ludzi zjechałem bliżej jeziora Dąbie. Udało mi się to dość skutecznie załatwić, gdyż przez prawie półtorej godziny przedzierałem się wśród wysokich na 2 metry szuwarów, a po drodze nikogo kto mógłby wskazać odpowiedni kierunek. I tym razem dopisało mi szczęście bo wreszcie wynurzyłem się ponownie w cywilizacji, a ściślej, w dzielnicy Szczecina o nazwie Załom.
Stamtąd już normalną drogą do Pucic i do Czarnej Łąki nad jeziorem Dąbie, gdzie tuż obok campingu /prywatne domki/ znalazłem prymitywny, ale oryginalny nocleg na strychu jednego z pobliskich domów. Właściciel, starszy parę lat ode mnie, nie chciał pieniędzy, a na dodatek poczęstował alkoholem, Wypadało się zrewanżować, postawiłem więc butelkę wódki, co kosztowało mnie 20 złotych i lekki poranny kacyk.

08-08-2003 / piątek / dzień VI Czarna Łąka - Świnoujście 98,9 km

Statystyka: cz.jazdy – 6 godz. 40 min. Szybk.przec. – 14,8 km/godz. Max.szybk. – 25,5 km/godz.

Czarna Łąka-Lubczyna-Goleniów-Modrzewie-Kąty-Stepnica-Miłowo-Żarnowo-Jarszewko-Zagórze-Recław-Wolin-Mokrzyca Wielka-Ładzin-Warnowo-Międzyzdroje-Świnoujście

Godz. 6.15 – wyjazd, już tradycyjnie chłodny poranek, ale wspaniałe, wschodzące słońce z prawej strony i opary z okolicznych zbiorników wodnych tworzą cudowną scenerię. Jadę spokojną, asfaltową drogą, mały ruch aż do głównej drogi na Świnoujście, ale to tylko kilometr zjeżdżam na boczną drogę, do Stepnicy. Ta gminna wieś mogła być przed kilkunastu laty naszym miejscem zamieszkania. Dość dużo zakładów przemysłowych, szczególnie jeden – duży zakład drzewny. Na plaży spotykam grupkę młodych Czechów z Liberca, co przypomniało mi wyprawę rowerową w 2000 roku do tego miasta wspólnie ze Zbyszkiem J.
Kąpiel w bardzo płytkiej Roztoce Odrzańskiej i wyśmienity smażony halibut w miejscowej smażalni dodało mi nowych sił. Wypoczęty i najedzony jadę bocznymi drogami. W okolicach Zagórza silny wiatr, który przeszkadza w jeździe. Nagle wyłania się przede mną wspaniały, surrealistyczny widok – 15 olbrzymich, białych wiatraków. Z tablic informacyjnych wynika, że jest to ferma wiatrowa założona przez duńską firmę, a każdy wiatrak może wytwarzać prąd o mocy 2 MW.
Przed wjazdem na wyspę Wolin natrafiam na przymusowy, około 10-cio minutowy postój. Część środkowa mostu obraca się i przepuszcza żaglówki z wysokimi masztami. W miasteczku Wolin jestem zmuszony podładować komórkę, co czynię w małym pubie, przy piwie i pogawędce z tubylcami.
Do Międzyzdroji wybieram trochę dłuższą, ale za to spokojną trasę przez Ładzin, Warnowo /tam osiągam 600 km/. Następnie przez Woliński Park Narodowy. W Międzyzdrojach mnóstwo ludzi, nie wyobrażam sobie jak można wypoczywać w takim tłumie. Przede mną ostatni odcinek mojej Odysei, droga do Świnoujścia, bardzo ruchliwa, zatłoczona samochodami trasa, ale na szczęście posiada szerokie pobocze, więc bezpiecznie docieram do celu i o godz. 19.00 jestem już na promie i płynę na wyspę Uznam, gdzie w nadmorskim campingu w Świnoujściu ostatecznie kończę swoją wyprawę.

Króciutkie podsumowanie : Mój stary, kilkunastoletni rower spisał się świetnie, żadnej awarii, czy przebicia dętki, nawet nie musiałem używać pompki. Przyjemnym zaskoczeniem dla mnie, tym razem osobistym, był fakt, że po 6 dniach tak intensywnego wysiłku nie odczuwałem dużego zmęczenia. Jedyna dolegliwość to bóle rąk /trzeba jeździć w rękawiczkach/ i pośladków /potrzebne specjalne spodenki z tzw. „pampersem”/.
Na koniec żegnam się z moim nieodłącznym towarzyszem wyprawy – Bobrem, który wraz z trzema żonami oraz kilkoma przygodnymi kochankami wpada do morza, a ja z powrotem na łono rodziny.
Do domu wracam naszą "Audicą" z Anią i Marcinem i z rowerem na dachu. Po drodze krótki postój obok wspomnianej wcześniej fermy wiatrowej.


Wyprawę dedykuję mojej żonie, gdyż dzięki jej życzliwości i tolerancji mogło zostać zrealizowane jedno z moich marzeń.

niedziela, 20 lipca 2003

Na północ od Wlenia 2003

2003-07-20/ niedziela / 77,4 km

Statystyka: cz.jazdy - 5 godz 34 min przec.szybk. -13,9 km/godz. max. szybk. - 40,8 km/g

Wleń - Przeździedza - Górczyca - Sobota - Dębowy Gaj -Mojesz - Lwówek Śląski - Rakowice Wielkie - Rakowice Małe - Włodzice Wielkie - Żerkowice - Brunów - Chmielno - Ustronie - ­Zbylutów - Bielanka - Peszków - Sobota - Górczyca - Radomiłowice - Bełczyna - Bystrzyca - ­Wleń


Wyjeżdżam o 7.15 i przez pierwsze dwie godziny jest przyjemnie, bo jeszcze nie tak gorąco i mało ludzi, potem jest gorzej. Początkowo jadę trasą rowerową ER-6, dość dobrze oznakowaną i wszędzie przejezdną. Pod Przeździedzą w okolicy góry Folwarcznej zauważam ślady sobotniej imprezy przy ognisku. Jadę dalej przez Górczycę , Sobotę i zatrzymuję się w Dębowym Gaju, a właściwie przy kompletnie zrujnowanym przystanku kolejowym PKP, gdzie na rozkładzie jazdy tylko dwa pociągi.

Zjeżdżam z asfaltówki i bardzo przyjemną, polną drogą docieram do Mojesza, a stamtąd luksusową trasą rowerową, ale krótką, tylko do Lwówka. W Rakowicach, w ,,Lwóweckim Aquaparku" biorę pierwszą w tym roku kąpiel, chłodna woda doskonale orzeźwia. Godzina 10.00, a więc jeszcze stosunkowo mało ludzi, ale już nadjeżdżają z całym swoim harmiderem. Niektórzy nocowali w namiotach, które teraz zwijają.

Odświeżony jadę dalej, w okolicach Włodzic Wielkich widzę bociana, dostojnie kroczącego po łące. Zjeżdżam z trasy ER-6 i jestem już w Żerkowicach, gdzie obok małego, kamiennego kościółka jedno z dzieci robi mi zdjęcie.

Pod murem przykościelnego cmentarza widzę starannie ułożone stare, poniemieckie płyty nagrobkowe.

W Brunowie, w sklepie dokarmiam się czekoladą. Jeszcze tylko zdjęcie ciekawego budynku /pałac/

i jadę dalej do Chmielna, a tam zamiast na wschód, do Zbylutowa, to jadę na północ, do Ustronia. Nie wracałem jednak tą samą drogą, ale skrótem, sympatyczną, polną drogą do Zbylutowa. A tam zaskoczenie - odpust z kolorowymi straganami, jakby czas się cofnął. Nie spodziewałem się, że jeszcze są takie imprezy. W tej samej miejscowości trójka bocianów w gnieździe, umieszczonym na elektrycznym słupie.

W Bielance uzupełniam płyny wodą mineralną i dalej. W okolicach Górczycy odczuwam już zmęczenie, co jest w znacznym stopniu spowodowane potwornym upałem /30 stopni w cieniu/. Przez kilka minut odpoczywam w cieniu i jadę dalej. Niedaleko od Bełczyny zsiadam z roweru i prowadzę go pod górkę. Od Bełczyny w kierunku Bystrzycy widzę trzech młodych rowerzystów, którzy także prowadzą swoje rowery. Wreszcie koniec wzniesienia i już tylko długi, wspaniały zjazd do Wlenia, gdzie solidnie zmęczony, ale zadowolony jestem około 14.30.








sobota, 1 czerwca 2002

Ślęża 2002

2002-06-01 / sobota / z Markiem

Sobótka/rynek/ - Ślęża – Sobótka 20,2 km

Cz.jazdy – 2 godz 27 min przec.szybk. – 8,2 km/godz max szybk. – 31,7 km/g

Ładna, trochę wietrzna, słoneczna pogoda. Do Sobótki dojeżdżamy samochodem z Wlenia około 12.00, zostawiamy samochód w rynku i jemy obiad w restauracji „Niedźwiadek”, pustej o tej porze, na obiad stek z cebulą, bukiet z jarzyn i dwie cole, razem około 32 zł. Po obiedzie trochę ociężali wsiadamy na rowery i jedziemy w kierunku góry Ślęży, najwyższego szczytu /718m/ na Przedgórzu Sudeckim. Początkowo leśna oznaczona trasa rowerowa potem przechodzimy na niebieski szlak pieszy, dość trudny, bardzo często trzeba prowadzić rower, stąd taka mała przeciętna szybkość. Sporo ludzi na szlakach, pieszych i rowerzystów. Objeżdżamy /obchodzimy/ górę od północy, zachodu i południa skąd po dość sporym wysiłku docieramy na szczyt. Bardzo dobrze zagospodarowana – schronisko z bazą noclegową, kościół z XIX wieku, ruiny zamku z XVI wieku oraz przekaźnik telewizyjny z 1957 roku. Natomiast najstarszym obiektem na tej świętej dla Prasłowian górze jest starożytna, kamienna rzeźba kultowa wyobrażająca niedźwiedzia. Droga powrotna to trasa, która odpowiada Markowi, pełna kamieni, wymagająca uwagi i mocnego trzymania hamulców oraz kierownicy. Docieramy do samochodu przy lekkim deszczyku, który zmienia się następnie w intensywny, ale na szczęście jesteśmy już w samochodzie i około 18.30 osiągamy Wrocław.

poniedziałek, 15 października 2001

Tour de commune Wleń 2001

ok. 80 km / 2 dni /

Dzień I

2001-10-07 / niedziela / ok. 40 km

Wleń – Nielestno – Czernica – Strzyżowiec – Pilchowice(zapora) – Pokrzywnik – Maciejowiec – Wojciechów – Radomice – Łupki – Wleń

Piękna, słoneczna pogoda ze wspaniałą jesienną kolorystyką, potem lekkie zachmurzenie. Wyjeżdżam o 9.00 do Nielestna, gdzie skręcam w lewo na Czernicę. Jadę spokojną, wąską drogą, wzdłuż której w dole płynie mała rzeczka Lipka(Chrośnicki Potok), która w tym roku narobiła trochę szkód w Czernicy i w Nielestnie. W Czernicy skręcam w prawo w asfaltową, wąską drogę na Strzyżowiec. Pnie się ona tak mocno pod górę, że trzeba niekiedy zsiąść z roweru i go prowadzić. W połowie tej drogi osiągam kulminację i podziwiam w jesiennej scenerii widok leżącego w dole Strzyżowca i zabudowania Tarczyna. Następnie w dół do wsi, a potem ruchliwą drogą w kierunku Jeleniej Góry, około 1 km. W górnym Strzyżowcu odbijam w prawo leśną drogą oznaczoną niebieskimi i zielonymi znakami i docieram poprzez błotniste odcinki do mostu kolejowego przy zbiorniku Pilchowickim. Tutaj spotykam dużo wędkarzy i ich pojazdy i poprzez parę minut, stojąc na środku mostu kontempluję piękne widoki. Trochę dalej znajduje się zdewastowany, pokryty wieloma napisami, przystanek PKP – Pilchowice Zapora. Wśród napisów dwa szczególnie zwracają moją uwagę: „Nie kradnij. Władza nie znosi konkurencji”: „Nie pij w czasie jazdy, po co ma się rozlać”. Przejeżdżam przez zaporę tuż obok ośrodka WOPR i jadę lekko pod górę leśną drogą, wysokim brzegiem zbiornika i potem płaskim odcinkiem dojeżdżam do Pokrzywnika, gdzie już drogą asfaltową przejeżdżam przez Maciejowiec do Wojciechowa. W pobliżu Wojciechowa po prawej stronie kopalnia bazaltu. Stamtąd w dół do wsi, gdzie wjeżdżam na ruchliwą drogę do Lwówka. Tuż obok kościoła sklep, kupuję piwo Lech(2,60) i pijąc na ławce przed sklepem obserwuję ludzi wychodzących z kościoła, nie spieszących się, korzystających z ładnej niedzieli. Za sklepem skręcam w prawo i polną, wznoszącą się do góry drogą, jadę do Radomic. Po drodze obserwuję pracujący kombajn, który usiłuje coś wydobyć z kompletnie przerośniętego i położonego zboża. Zaczyna się chmurzyć, przyspieszam, osiągam Radomice i potem w dół do Łupek, a tam już główną drogą do Wlenia. W domu jestem około 13.00. Po południu zaczęło lekko padać.



Dzień II

2001-10-14 / niedziela / ok. 40 km

Wleń – Łupki – Marczów – Przeżdziedza – Górczyca – Radomiłowice – Bełczyna – Rząśnik – Janówek – Czenica – Wleń

Pogoda wspaniała, podobnie jak tydzień temu. Tym razem wyjeżdżam o 8.30 w kierunku na Łupki, gdzie skręcam z asfaltówki w polną drogę, słabo oznaczoną żółtymi znakami. Ten odcinek okazał się najtrudniejszy, co zmuszało niekiedy do zejścia z roweru. W Marczowie oryginalnie usytuowany budynek nr 80, otoczony z trzech stron rzeczką Osną, jakby fosą. Na moment zatrzymuję się na moście na Bobrze i obserwuję jak człowiek zmusił rzekę aby pracowała na jego rzecz (mała elektrownia wodna). Od Przeździedzy na Górczycę ostry podjazd pod górę i potem lekko w dół. Od Górczycy do Radomiłowic dość płasko, przyjemna droga, równa asfaltówka i bardzo mały ruch. Podobnie na odcinku Radomiłowice – Bełczyna. Od Bełczyny w kierunku na Rząśnik nadal asfaltówką, ale już węższą i znacznie gorszej jakości, co bardziej szkodzi samochodowym resorom niż rowerowi. Początkowo pod górę a potem już dość długi zjazd do Rząśnika. Tam w sklepie na rozstaju dróg chwila odpoczynku przy kuflowym piwie (2 zł.). W samym sklepie spory ruch, jednak większość transakcji przebiega bezgotówkowo, co polega na odpowiednich wpisach do zeszytu. Nawiasem mówiąc ten zeszyt mógłby być dla socjologa ciekawym materiałem badawczym, mówiącym dużo o ekonomicznej sytuacji tutejszych mieszkańców. W tymże Rząśniku na budynku nr 25 zachowała się, co jest dość dziwne, pamiątkowa tablica poświęcona pamięci zabitego, ówczesnego Komendanta Posterunku MO – Władysława Jarzęckiego. Data śmierci jest dla mnie osobiście bardzo znamienna, dzień przed moim urodzeniem – 30.09.1950 r. Od Rząśnika ostro pod górę serpentynami ze wspaniałymi widokami, aż do Przełęczy Rząśnickiej (ok.480m.n.p.m) Potem ładny zjazd, mijam Janówek i dojeżdżam do Czernicy. Przy mostku na Lipce skręcam w polną drogę, dość dobrze oznakowaną czarnymi znakami. Początkowo ostro pod górę, potem już bardziej płasko. Droga niezła z pięknym widokiem na pasmo Karkonoszy. Na trasie samotny, niezbyt chwalebnie osławiony, dom, w którego wnętrzach i w pobliżu doszło w 1997 roku do gangsterskich porachunków, zakończonych śmiercią trzech młodych mieszkańców Wlenia. Obecnie ten dom wydaje się zamieszkany, gdyż jest odnowiony, a jego obejścia strzegą dwa potężne brytany. Trochę dalej szczególne dla mnie miejsce, przypominające inne przykre już bardziej osobiste zdarzenie, gdzie w 1990 roku Marcin złamał nogę.
Z oddali widać już wleńską wieżę zamkową i po krótkim zjeździe w dół jestem już w miasteczku i w domu około 12.20.

poniedziałek, 7 sierpnia 2000

Polska-Czechy-Niemcy 2000

Samochodowo-rowerowa wyprawa
z Markiem

Rowerem ok. 70 km

6.8.2000/ niedziela /


Wleń -----Świeradów Czerniawa/gr.przejście/------Frydlant/Cz/-Andelka/gr.przejście/-Lutogniewice/PL/-Krzewina/PL/-Ostritz/D//gr.przejście/-Marienthal-Zittau-Porajów/PL//gr.przejście/-Hradek n.Nisou/Cz//gr.przejście/-Kpoaczów/PL/-Bogatynia/gr.przejście/-Frydlant/Cz/--------Zawidów/PL//gr.przejście/------Platerówka------Wleń

Wyjeżdżamy samochodem ok. 8.30 do Frydlantu przez przejście graniczne w Czerniawie /dzielnica Świeradowa/. Rowery na dachu samochodu, a my w środku. Pogoda w sam raz, ani za ciepło, ani za zimno. Zostawiamy auto w centrum małego, czeskiego miasteczka – Frydlantu i stamtąd, już na rowerach do Andelki, gdzie utworzono nowe turystyczne przejście. Niestety, brak jakiegokolwiek oznakowania jak tam dojechać, pozostaje pytać się miejscowych. Po krótkiej rozmowie z sympatycznym i nudzącym się żołnierzem naszej Straży Granicznej przekraczamy granicę i wjeżdżamy do pobliskich Lutogniewic, dalej Krzewina i następne przejście turystyczne do niemieckiego Ostritz.
Stamtąd, dobrze oznakowaną ścieżką rowerową wzdłuż Nysy Łużyckiej i Odry, jedziemy do pięknego zespołu klasztornego Mariethal, gdzie robimy półgodzinny postój i zwiedzamy. Wśród zwiedzających przeważają Niemcy w starszym wieku, Polaków nie widać. Ma tu swoją siedzibę najstarszy zakon żeński – Cysterki w Niemczech. Żyją one w tych murach, według reguły św. Benedykta, nieprzerwanie od 1234 roku.

Po spożyciu batonów „Snickers” jedziemy dalej piękną trasą rowerową do samego Zittau. Po drodze widać wielu wielu rowerzystów, przeważnie Niemców. W Zittau przekraczamy znów granicę i wjeżdżamy do Porajowa, kawałeczek Polski i następne przejście do czeskiego Hradka n.Nisou. Tam jemy bardzo dobry obiad /z piwami i kawą – ok.40 zł/ i wracamy przez te same przejście do Polski.
Po czeskiej stronie dość dobrze oznakowana trasa rowerowa, niestety brak takowej po polskiej stronie. Podobnie brakuje tablic informujących o odległościach do danej miejscowości, a w Czechach są. Jedziemy przez Kopaczów, rozciągniętą wieś graniczną, raczej ubogie domy, gdzieniegdzie w starych murach nowe, plastikowe okna. Dalej już asfaltową drogą wśród samochodów do samej Bogatyni. Widać po pięknych willach, że to najbogatsza gmina w Polsce. Oczywiście oprócz tych wysepek luksusu jest tu także dużo bloków, dość pospolitych.
Z Bogatyni ścieżką, wskazaną przez usłużnego tubylca, docieramy do przejścia granicznego i po kilku kilometrach jesteśmy z powrotem we Frydlancie, kończąc w ten sposób rowerową część naszej wyprawy. Lekko zmęczeni, ale zadowoleni ładujemy rowery na dach samochodu i jedziemy w kierunku na Zawidów. Przed samą granicą robimy alkoholowe zakupy / koniak, wódka / i już ostatnia dzisiaj granica. W sumie pokazywaliśmy 8 razy nasze paszporty na 7 przejściach granicznych.

poniedziałek, 19 czerwca 2000

Liberec 2000

2000-06-18 / niedziela / ok. 105 km z Z.J.

Wleń-----Jakuszyce-Harrachow/Cz/-Tanvald-Jablonec-Liberec-Frydlant-Nove Mesto-­Czerniawa/PL/-Świeradów Zdrój-Orle-Jakuszyce----- Wleń

Wyjeżdżamy moim samochodem około 8.30. Niedzielny poranek, więc pusto na drodze. Przed Jelenią Górą jesteśmy zatrzymani przez dwóch nudzących się policjantów, których z pewnością zaciekawiły nasze rowery na dachu samochodu, po stwierdzeniu, że nie jesteśmy złodziejami rowerów, uprzejmi funkcjonariusze puszczają nas wolno. Podobną historię mieliśmy z Markiem w 1994 roku w Austrii.
W Jakuszycach zostawiamy samochód na parkingu i przesiadamy się na rowery. Początkowo chłodniej, potem już cieplej, a nawet gorąco. Od Jakuszyc przyjemna jazda bo w dół. Piwo w Desnie, krótki postój w Jablonecu i dalej do Liberca. Tam na rynku, wokół wspaniałego ratusza, mnóstwo ludzi, oglądających między innymi występy ulicznych artystów w historycznych strojach. Wszędzie atmosfera zabawy, a właściwie pikniku. Dużym zainteresowaniem cieszył się, ale nie on, opiekany na rożnie, smakowicie wyglądający, prosiak. Oczywiście spróbowaliśmy, delektując się tym smakołykiem i zapijając piwem.
Najedzeni i odprężeni, po długim wypoczynku, opuszczamy sympatyczny Liberec i jedziemy na północ do Frydlantu, po drodze ładny widok na Bogatynię i kopalnię odkrywkową. We Frydlancie kawa i przez Nove Mesto do granicy, a dalej do Świeradowa. Potem zaczęła się już męka, wysokie wzniesienia, uniemożliwiające jazdę i konieczność prowadzenia roweru powodują szybkie zmęczenie. Wreszcie bardzo wyczerpani docieramy do samochodu, a ja jeszcze niestety muszę go prowadzić. W domu jestem ok. 20.30, śmiertelnie zmęczony idę do wanny i do łóżka.

niedziela, 22 czerwca 1997

Wyspy Kanaryjskie 1997

15-06-1997 - Niedziela
PLAYA DEL CURA

Około 5-tej czasu miejscowego przyjazd z lotniska, niedaleko Las Palmas i zajęcie pokoi. My trochę niżej ( M.-5 ), chłopcy nad nami (M.-3 ). Warunki komfortowe, których się nawet nie spodziewaliśmy (pokój dzienny, aneks kuchenny, sypialnia, łazienka i około 30 m tarasu z dwoma wyjściami). Rano śniadanie w formie bufetu, co oczywiście najbardziej odpowiadało naszym chłopcom. Dużo urozmaiconego jedzenia. Wieczorem obiadokolacja, również obfita, jedyny mankament to brak napojów. Co spowodowało, że na tej pierwszej kolacji wypiliśmy butelkę czerwonego wina. Sam hotel to zespół około 200 apartamentów, rozlokowanych na skałach wulkanicznych, na różnych wysokościach, do których można się dostać poprzez system wind i schodów. Wszędzie mnóstwo alejek i schodów z poręczami. Z roślinności podziwiamy szeflery, rosnące tutaj jako drzewa, żywopłoty z datury i wiele innych. Bardzo ciepło, również w nocy, a jednocześnie dość ożywczy wiatr od oceanu.


16-06-1997 - Poniedziałek
LAS PALMAS

Wycieczka autokarowa do stolicy Gran Canarii - Las Palmas. Tam przeważnie chodzimy po sklepach, oczywiście chłopcy szukają nowych gier na Playstation, kaset ,,Mangi" i plakatów. Samo Las Palmas nie robi większego wrażenia. Mieszanka rozmaitych stylów i epok. Miasto jak wszystkie inne jest położone na skałach wulkanicznych. Wyżej położone dzielnice miasta są znacznie biedniejsze niż te, położone niżej. Ciekawsza była droga do Las Palmas i z powrotem. Piękne widoki, chociaż pozbawione roślinności góry i skały przypominają raczej krajobraz księżycowy.


17-06-1997 - Wtorek
PUERTO RICO

Przy słonecznej pogodzie -29 stopni, po śniadaniu piesza wyprawa do Puerto Rico. Po drodze oglądamy, prowadzoną przez firmę "Tito", budowę nowego super-hotelu. Widać wielu pracowników i dobrą organizację. Samo Puerto Rico imponuje oprócz oczywiście architektury, pouczepianej w skały wulkaniczne, dość bogatą roślinnością, Helenka co i raz odkrywa rośliny, które w europejskich warunkach ( polskich) rosną w doniczkach, a tu są dumnymi drzewami, jak np. kretony, fikusy i araukarie. Dużo żywopłotów z chińskich róż.

Wszędzie mnóstwo Anglików, mają nawet własny miesięcznik. Kąpiel w oceanie i powrót do naszego puebla. Po drodze obserwujemy zatrzymanie dość dużego ruchu samochodowego przez robotników wysadzających skały przy drodze. Przy okazji - zadziwia nas, a właściwie przeraża brak wyobraźni pracujących, związany z zagrożeniami od strony spadających skał. Nie ma żadnych zabezpieczających siatek, a tam w górze trzyma się to wszystko na słowo honoru. Blisko nas Camping i zabudowania Playa de Tauro. Duży kontrast z dominującymi wszędzie bogatymi hotelami. Dachy z falistej blachy, brak szyb w oknach i niechlujne otoczenie tych domów. Na dachach pełno brzydkich beczek z wodą, nagrzewającą się od słońca. Obok niewiele lepsza knajpa " A cucaracha "

18-06-1997 - środa
MASPALOMAS

Około 9.30 wyprawa autobusowa do Ocean Park ( Maspalomas - bilet 340 peset ). Byliśmy trochę zawiedzeni, gdyż spodziewaliśmy się więcej atrakcji. Dobrze, że przyjechaliśmy wcześniej i mogliśmy bez tłoku korzystać kilkakrotnie z różnych urządzeń, przeważnie wodnych ślizgów. Potem zrobiło się znacznie gorzej, mnóstwo ludzi i duże kolejki. Marcin z Markiem oczywiście wielokrotnie wypróbowywali te atrakcje, a i we mnie odezwała się chłopięca dusza. Helenka spłynęła torem wodnym na dużym kole.

Następnie przy palącym słońcu długi spacer do wydm, na najbardziej wysunięty na południe kraniec Gran Canarii. Mnóstwo ludzi, duża ilość kobiet w stroju "topless". Jedna mała uwaga - niektóre z tych pań powinny przed rozebraniem się na plaży spojrzeć w lustro. Nie jest to zbyt estetyczne przeżycie, oglądanie starszych kobiet w takim stroju, a właściwie bez. Zmęczeni i spaleni słońcem wracamy autobusem. Kierowcy tych pojazdów to prawdziwe asy kierownicy.


19-06-1997 - czwartek
PUERTO DE MOGAN

Po wczorajszym, palącym słońcem, dniu chłopcy byli zmęczeni, a więc z Helenką poszliśmy na spacer po okolicznych drogach, podziwiając wytrwałość budowniczych, lokujących swe domy na nieprawdopodobnych wysokościach. U mieszkańców Wysp Kanaryjskich (tubylców), ustrojone kwitnącymi krzewami i drzewami budynki kontrastują z ich zaśmieconym zapleczem. Po południu wyprawa autobusem do Puerto de Mogan. Niesamowita droga, miejscami tak wąska i o takim stopniu skrętu, że dwa pojazdy nie mogą się wyminąć. Strach czasami patrzeć, a co mówić o jechaniu tą drogą. Jednak, jak już wcześniej wspomniałem, miejscowi kierowcy autobusów i pozostałych pojazdów, to mistrzowie kierownicy, hamulca i gazu, nie mówiąc już o klaksonie, którego używają bardzo często w trudnych sytuacjach. W samym Puerto de Mogan zaskoczyło nas mnóstwo kwitnących krzewów, rosnących wszędzie, na dachach, tarasach i przy domach; żywopłoty przy elewacjach. Helenka była zachwycona i stwierdziła, że tu jest najładniej. Ładny port, pełen bogatych jachtów i rybackich łodzi. Obok portu, prawdziwa mała "Wenecja". Piękne, bogato strojone kwiatami budynki z wąskimi ulicami, bardzo dużo mostków i trochę kanałów. Zrobiliśmy sporo zdjęć. Natomiast druga część miasteczka, ta górna, to już biedniejsza dzielnica, przeważnie hiszpańska z wieloma schodkami do domków, poprzyczepianych do skał wulkanicznych. Mało turystów, a więcej naturalnego życia tubylców.


20-06-1997 - Piątek
PUERTO DE MOGAN

Jeszcze jedna wyprawa autobusowa do Puerto de Mogan, tym razem komercyjna, na cotygodniowy bazar. Po drodze kilka refleksji. Bardzo mało rowerzystów (widziałem tylko jednego) na tych kanaryjskich drogach. Nie ma się zresztą co dziwić, gdyż jest to bardzo niebezpieczna jazda. W każdej chwili można zostać przyciśniętym do skał lub zepchniętym w przepaść, do oceanu. Podobnie jest też z pieszą turystyką, praktycznie nie ma żadnych szlaków. Sam bazar okazał się w istocie trochę mniejszy niż się spodziewaliśmy. Kapitalne sceny targowania się należą tutaj do rytuału, szczególnie wśród sprzedawców senegalskich, spośród których wyróżniały się dość pulchne murzynki w swoich narodowych strojach. Kupiliśmy płaskorzeźbę z hebanu - 2000 Peset /1 DM ­ok. 80 Peset /, kapelusz dla Helenki - 1000 i klapki - 1500. Dla chłopców nie było nic ciekawego, szukali noży, a znaleźli tylko finki. Kupiłem jeszcze kasetę audio z hiszpańską klasyką. Dla babci, opiekunki naszego domowego ogniska, kupiliśmy zestaw zapachów - 1000.


21-06-1997 - Sobota
TAURITO PLAYA

Był to najdłuższy dzień, a właściwie dzień, noc i znowu dzień. Do południa byliśmy w Taurito, maleńkiej miejscowości, składającej się z dwóch hotelowych kompleksów i sztucznego jeziora. Niestety można było tam wejść tylko za opłatą - 1000 Pes. Zrezygnowaliśmy i po zrobieniu kilku zdjęć wróciliśmy do hotelu.

Ostatnie spacery i długie oczekiwanie na wyjazd autokarem około 1.30 na lotnisko. Stamtąd samolotem o 4.20 najpierw na sąsiednią Teneryfę, a po zabraniu tamtejszych klientów "Scan Holiday", do Warszawy. Długi lot Boeingem 747 PLL Lot i około 12.45 Okęcie. Stolica nie przywitała nas zbyt przyjemnie. Pochmurnie, deszczowo i dużo chłodniej niż na Wyspach. Po drodze dobrze zorganizowana próba okradzenia mnie przy wyjściu z autobusu MPK linii 145. Na szczęście dla naszych finansów i dokumentów - nieudana. Dworzec Centralny i otoczenie Pałacu Kultury robi przykre wrażenie. Brak WC, brudno i śmierdząco. Pełno różnych typów, bezdomnych i naciągaczy. Po długim oczekiwaniu i kilku nerwowych chwilach, potwornie zmęczeni wsiadamy do pociągu i przesypiamy całą drogę do Jeleniej Góry dość wygodnie w kuszetce. / dzięki kolejowym legitymacjom zapłaciliśmy tylko za miejsca leżące, my po 29,a chopcy po 22 złote l. W domu około 6.30.