To był wtedy piękny październik. Bardzo ciepły jak na tę porę roku. Mała kościelna kaplica, a wokół wielu życzliwych nam ludzi i sympatyczny młody ksiądz.
Dwa lata temu nie wydarzyło się to co najważniejsze bo to już było wcześniej, ale otrzymało odpowiednią oprawę liturgiczną.
Tego dnia bohaterkami były dwie najważniejsze dla mnie kobiety - maleńka, kilkumiesięczna Olga i jej mama - piękna, inteligentna i najważniejsze, moja Iwona.
Dziękuję Ci Kochanie za te dwa lata i jednocześnie przepraszam za te zawinione przeze mnie momenty, które Cię zasmuciły.
Mojej Kochanej Iwonce, którą bardzo kocham i podziwiam.
Maciejówka, 14.10.2008 r.
wtorek, 14 października 2008
niedziela, 1 czerwca 2008
Kłodzko 2008
Wyprawa rowerowa - Boguszów Gorce – Kłodzko – Trutnov - Jelenia Góra
ok. 241 km
31.05 – 01.06
Dzień I 31.05.2008 / sobota / ok. 124 km.
Trochę grzmiało ale na szczęście burza przeszła bokiem i możemy spokojnie kontynuować nasze pedałowanie. W Starym Wielisławiu zatrzymujemy się przy Kaplicy będącej jednocześnie Mauzoleum upamiętniającym miejsce w którym w 1428 roku poległ w walce z Husytami jeden z ostatnich z rodu Piastów – książe Jan z Ziębic.

W Dusznikach Śląskich podziwiamy, ciekawy architektonicznie, budynek Muzeum Papiernictwa i zaczynamy długi około 5-cio kilometrowy podjazd w kierunku na Lewin Kłodzki, który omijamy obwodnicą i wreszcie koniec tego podjazdu. Następuje długi szybki zjazd aż do samej Kudowy. Potem granica i znów Czechy, a konkretnie duże powiatowe miasto Nachod, gdzie zaledwie przed tygodniem byli i nocowali nasi młodzi małżonkowie, Magda i Marek wraz z przyjaciółmi. Nie możemy niestety znaleźć pensjonatu, w którym spali a jest już późno około 21.00 i ostatecznie znajdujemy nocleg w Motoreście/600 koron za pokój dwułóżkowy/. Jeszcze tylko po szklance doskonałego czeskiego piwa i idziemy do swojego pokoju biorąc po drodze z bufetu dwa kieliszki, wiadomo w jakim celu. Robimy kolację jeszcze z naszych zapasów i nadchodzi moment uczczenia tego dnia. Otwieram butelkę, trochę dziwną bo z kapslem, rozlewam i tu spotyka nas niespodzianka bo zamiast solidnego 40-to procentowego Smirnoffa Czesiu pomyłkowo kupił Smirnoffa, ale w postaci niskoprocentowego drinka /5%/, w dodatku lekko gazowanego. Jednak mimo braku odpowiednich mocy w tym napitku i tak w doskonałych humorach kończyliśmy ten długi i bogaty w wydarzenia dzień.
Dzień II 01.06.2008 / niedziela / ok. 117 km.
Nachod - Dol. Radechova – Cerveny Kostelec – Rtyne – Upice – Havlovice – Studenec – Trutnov – Mlade Buky – Svoboda N. Upov – Hor. Marsov – Temny Dul – Dolni M. Upa – Przełęcz Okraj /Polska/ - Kowary – Mysłakowice – Łomnica – Wojanów – Jelenia Góra /Maciejówka/

Po dobrze przespanej nocy, chociaż była burza i gdzieś tam grzmiało, około 7 - mej już jesteśmy na swoich stalowych rumakach i jedziemy przez prawie pusty Nachod. Po drodze na stacji benzynowej dobra kawa i uzupełnienie napojów. W miejscowości Rtyne v Podkrkonosi ładny, świeżo odnowiony Kościół św. Jana Chrzciciela i oryginalna drewniana dzwonnica z XVI wieku z trzema dzwonami, z których najstarszy pochodzi z 1471 roku. Początki samego kościoła to XIV wiek, jednak potem zniszczony przez wojny husyckie tak więc obecny kształt tej świątyni pochodzi z 1768 roku. Akurat jest msza, korzystamy z okazji i po cichutku wchodzimy na balkon. Pomimo niedzieli i tylko jednej mszy dziennie, w nabożeństwie uczestniczy niewiele osób, ale sporo młodych z małymi dziećmi. Obrządek taki sam jak w naszych kościołach, oczywiście w języku czeskim. Przy modlitwie „Ojcze Nasz” mam okazję i satysfakcję powtarzać po czesku wraz z innymi jej słowa. Jedna z tutejszych pań filmowała niektóre fragmenty liturgii co i nas ośmieliło do kilku fotografii.


Posileni strawą duchową w doskonałych nastrojach jedziemy dalej na Upice, a w drodze towarzyszy nam dopływ Łaby - rzeka Upa, która ma swoje źródła w czeskich Karkonoszach, 2 km od Śnieżki na wysokości 1432 metry i ten sposób jest rzeką o najwyżej położonych żródłach w Czechach. Po drodze mijamy po lewej stronie swoisty pomnik przyrody ożywionej - „Pamatna Lipa” z 1525 roku / małe złośliwe pytanko do ewentualnego czytelnika – co takiego ważnego wydarzyło się wtedy w Polsce ? /. W Upicach sporo starych, drewnianych domów, wśród nich wyróżniają się dwa. Starszy z 1559 roku wykonany z nieociosanych bali, w którym jeszcze do 1990 roku mieściła się restauracja, natomiast drugi, nieznacznie młodszy, zbudowany w 1577 roku.

Z Upic do Trutnova nie chcemy jechać główną drogą i próbujemy znaleźć inną, przez Radec. Napotkana na rynku zmotoryzowana pani wskazała nam właściwą według niej drogę, która zamiast przez Radec poprowadziła nas okrężną trasą przez Havlovice i Studenec. W konsekwecji zamiast przejechać 12 km, przejechaliśmy około 20, ale nie żałowaliśmy bo droga była dobra, mały ruch i możliwość obserwacji mijanych wsi. W miejscowości Studenec i w samym Trutnovie wiele pomników i tablic upamiętniających wojnę prusko-austriacką z 1866 roku.
W samo południe wjeżdżamy na olbrzymi i pustawy rynek powiatowego miasta Trutnov, robimy kilka zdjęć, próbujemy wejść do kościoła tuż obok rynku, ale niestety zamknięty. Z uwagi na upał rezygnujemy z dalszego zwiedzania miasta i następną godzinę spędzamy w jednej z miejscowych knajpek, gdzie konsumujemy jakieś czeskie danie, popijając miejscowym, zimnym piwkiem. Pusto, oprócz nas jeden miejscowy obywatel, który raczył się tylko piwem, a wypił go przy nas ze trzy szklanice, a ile wypił przed naszym przyjściem i po nas, to tylko wie chyba on, a z pewnością kelnerka.

Od Trutnova nasza jazda to przejazd przez czeskie Karkonosze i popularne, turystyczne miejscowości. Czesi w ostatnich latach uczynili bardzo wiele dla rozwoju tej gałęzi gospodarki, doskonała infrastruktura, świetna komunikacja.Między innymi specjalne autobusy z przyczepami na rowery do wszystkich znanych miejsc. Jeździ także pociąg z Trutnova do Svobody n. Upov. W następnej miejscowości Hor. Marsov zatrzymujemy się na moment przy gotyckim Kościele Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny z XIX wieku. W Temnym Dole wchodzimy do informacj turystycznej mieszczącej się w pensonacie „Vesely vylet”, gdzie jest także, potrzebny nam, kantor wymiany walut. Wychodząc zabieramy ze sobą różne, bezpłatne materiały promocyjne i co ciekawe – w języku polskim, co jeszcze kilka lat wcześniej było rzadkością, gdyż Czesi, mówiąc delikatnie, niezbyt zauważyli polskich turystów i ich potrzeby, a my odpłacaliśmy im podobnym działaniem.Na szczęście mamy już to za sobą. Przed nami jeszcze sporo jazdy, a właściwie górskiej wspinaczki i tak już będzie do samej przełęczy. Bardzo ciepło, dobrze, że obok płynie Upa, której strumyki przebijają się w niektórych miejscach w skale tuż przy drodze. Oczywiście korzystamy obficie z tych naturalnych, zimnych natrysków aby się odświeżyć. Około 18 jesteśmy już na granicy, a stamtąd szaleńcza jazda w dół aż do Mysłakowic. Około 19 dojeżdżamy do mostu w Wojanowie i tam rozstajemy się. Czesław jedzie na swoje Zabobrze, a ja do swojej „Maciejówki”, do moich kochanych dziewczyn.
ok. 241 km
31.05 – 01.06
Dzień I 31.05.2008 / sobota / ok. 124 km.
Jelenia Góra/Maciejówka/ - Wojanów - /pociąg/ - Boguszów Gorce - Wałbrzych – Unisław Śląski – Mieroszów – Golińsk – Mezimesti /Czechy/ - Broumov – Otovice – Tłumaczów/Polska/ - Ścinawka Średnia – Ścinawka Dolna – Gorzuchów – Kłodzko – Stary Wielisaw – Szczytna – Duszniki Zdrój – Lewin Kłodzki – Kudowa Zdrój – Nachod /Czechy/
Wyjeżdżam około 5.35 zostawiając trzy panie / Iwonkę, Olę i babcię Lucynę / w głębokim śnie, na dworzu jeszcze dość chłodno, ale zapowiadany jest 30-to stopniowy upał.
Po około 12 minutach bardzo szybkiej jazdy jestem już na stacji kolejowej w Wojanowie, gdzie oprócz dyżurnego ruchu i jego kolegi nie ma nikogo. O 6.00 ten „najszybszy” na Dolnym Ślasku pociąg przyjeżdża do Wojanowa wioząc nielicznych pasażerów, a wśród nich mojego towarzysza podróży, Czesława. Będąc sami w wagonie możemy bez skrępowania przebrać się w lżejsze wdzianka bo już jest ciepło.
Po godzinnej jeździe wysiadamy w Boguszowie Wschodnim, wkładamy kaski, tu warto zaznaczyć, że jest to nasza pierwsza wyprawa w tych nakryciach głowy i zaczynamy pedałować. Kierujemy się na Mieroszów ale na wskutek fatalnego oznakowania a właściwie jego braku oraz wskazówek „tubylców” okazało się, że jesteśmy w Wałbrzychu i do granicy w Golińsku docieramy okrężną drogą. Po drodze widzimy oznakowania szlaków turystycznych, prowadzących do ciekawszych miejsc w Górach Kamiennych. Granicę przejeżdżamy trochę dziwnie bo nie zsiadając z rowerów bo przecież już jesteśmy w strefie Schengen i na przejściach nie ma kontrolerów. W pierwszym czeskim miasteczku – Mezimesti zatrzymujemy się na moście z kamiennymi figurami i robimy sobie nawzajem zdjęcia. Za Broumowem w Otowicach robimy sobie drugie śniadanko albo lunch jak kto woli. Siedzimy w wysokiej trawie nad rzeką Stenavą i spożywamy wleński boczek, zabobrzański chlebek i popijamy to piwkiem z miejscowego browaru w Broumowie. Upał już daje się we znaki ale na szczęście jest trochę wietrznie i blisko rzeki. Pokrzepieni jedziemy szybko i znów mamy granicę czesko-polską, gdzie czeska rzeka Stenava staje się polską Ścinawką, wpadającą do Nysy Kłodzkiej. Około 13- tej osiągnęliśmy główny cel naszej eskapady – Kłodzko. Byłem już raz w tym mieście samochodem, wraz z Helenką w 1998 roku, ale Czesław jest tu pierwszy raz.
Bardzo gorąco, mimo to w centrum spaceruje wielu turystów. Pierwsze kroki kierujemy na pochodzący z końca XV wieku kamienny most gotycki, przypominający sławny most Karola w Pradze. Obok Kościół Franciszkański, który w tragicznym dla Kłodzka lipcu 1997 roku był zalany wodą aż do wysokości 4 metrów. Następnie mozolnie wspinamy się na dominującą nad miastem Twierdzę skąd oczywiście piękna panorama całej starówki i jej okolic. Około 15 w jednej z tutejszych restauracji spożywamy, nawet smaczny, placek po węgiersku. W międzyczasie mój kolega robi zakupy pieczywa na kolację i małą 0,2 l buteleczkę Smirnoffa.
Wyjeżdżam około 5.35 zostawiając trzy panie / Iwonkę, Olę i babcię Lucynę / w głębokim śnie, na dworzu jeszcze dość chłodno, ale zapowiadany jest 30-to stopniowy upał.
Po około 12 minutach bardzo szybkiej jazdy jestem już na stacji kolejowej w Wojanowie, gdzie oprócz dyżurnego ruchu i jego kolegi nie ma nikogo. O 6.00 ten „najszybszy” na Dolnym Ślasku pociąg przyjeżdża do Wojanowa wioząc nielicznych pasażerów, a wśród nich mojego towarzysza podróży, Czesława. Będąc sami w wagonie możemy bez skrępowania przebrać się w lżejsze wdzianka bo już jest ciepło.
Po godzinnej jeździe wysiadamy w Boguszowie Wschodnim, wkładamy kaski, tu warto zaznaczyć, że jest to nasza pierwsza wyprawa w tych nakryciach głowy i zaczynamy pedałować. Kierujemy się na Mieroszów ale na wskutek fatalnego oznakowania a właściwie jego braku oraz wskazówek „tubylców” okazało się, że jesteśmy w Wałbrzychu i do granicy w Golińsku docieramy okrężną drogą. Po drodze widzimy oznakowania szlaków turystycznych, prowadzących do ciekawszych miejsc w Górach Kamiennych. Granicę przejeżdżamy trochę dziwnie bo nie zsiadając z rowerów bo przecież już jesteśmy w strefie Schengen i na przejściach nie ma kontrolerów. W pierwszym czeskim miasteczku – Mezimesti zatrzymujemy się na moście z kamiennymi figurami i robimy sobie nawzajem zdjęcia. Za Broumowem w Otowicach robimy sobie drugie śniadanko albo lunch jak kto woli. Siedzimy w wysokiej trawie nad rzeką Stenavą i spożywamy wleński boczek, zabobrzański chlebek i popijamy to piwkiem z miejscowego browaru w Broumowie. Upał już daje się we znaki ale na szczęście jest trochę wietrznie i blisko rzeki. Pokrzepieni jedziemy szybko i znów mamy granicę czesko-polską, gdzie czeska rzeka Stenava staje się polską Ścinawką, wpadającą do Nysy Kłodzkiej. Około 13- tej osiągnęliśmy główny cel naszej eskapady – Kłodzko. Byłem już raz w tym mieście samochodem, wraz z Helenką w 1998 roku, ale Czesław jest tu pierwszy raz.
Bardzo gorąco, mimo to w centrum spaceruje wielu turystów. Pierwsze kroki kierujemy na pochodzący z końca XV wieku kamienny most gotycki, przypominający sławny most Karola w Pradze. Obok Kościół Franciszkański, który w tragicznym dla Kłodzka lipcu 1997 roku był zalany wodą aż do wysokości 4 metrów. Następnie mozolnie wspinamy się na dominującą nad miastem Twierdzę skąd oczywiście piękna panorama całej starówki i jej okolic. Około 15 w jednej z tutejszych restauracji spożywamy, nawet smaczny, placek po węgiersku. W międzyczasie mój kolega robi zakupy pieczywa na kolację i małą 0,2 l buteleczkę Smirnoffa.
Trochę grzmiało ale na szczęście burza przeszła bokiem i możemy spokojnie kontynuować nasze pedałowanie. W Starym Wielisławiu zatrzymujemy się przy Kaplicy będącej jednocześnie Mauzoleum upamiętniającym miejsce w którym w 1428 roku poległ w walce z Husytami jeden z ostatnich z rodu Piastów – książe Jan z Ziębic.
W Dusznikach Śląskich podziwiamy, ciekawy architektonicznie, budynek Muzeum Papiernictwa i zaczynamy długi około 5-cio kilometrowy podjazd w kierunku na Lewin Kłodzki, który omijamy obwodnicą i wreszcie koniec tego podjazdu. Następuje długi szybki zjazd aż do samej Kudowy. Potem granica i znów Czechy, a konkretnie duże powiatowe miasto Nachod, gdzie zaledwie przed tygodniem byli i nocowali nasi młodzi małżonkowie, Magda i Marek wraz z przyjaciółmi. Nie możemy niestety znaleźć pensjonatu, w którym spali a jest już późno około 21.00 i ostatecznie znajdujemy nocleg w Motoreście/600 koron za pokój dwułóżkowy/. Jeszcze tylko po szklance doskonałego czeskiego piwa i idziemy do swojego pokoju biorąc po drodze z bufetu dwa kieliszki, wiadomo w jakim celu. Robimy kolację jeszcze z naszych zapasów i nadchodzi moment uczczenia tego dnia. Otwieram butelkę, trochę dziwną bo z kapslem, rozlewam i tu spotyka nas niespodzianka bo zamiast solidnego 40-to procentowego Smirnoffa Czesiu pomyłkowo kupił Smirnoffa, ale w postaci niskoprocentowego drinka /5%/, w dodatku lekko gazowanego. Jednak mimo braku odpowiednich mocy w tym napitku i tak w doskonałych humorach kończyliśmy ten długi i bogaty w wydarzenia dzień.
Dzień II 01.06.2008 / niedziela / ok. 117 km.
Nachod - Dol. Radechova – Cerveny Kostelec – Rtyne – Upice – Havlovice – Studenec – Trutnov – Mlade Buky – Svoboda N. Upov – Hor. Marsov – Temny Dul – Dolni M. Upa – Przełęcz Okraj /Polska/ - Kowary – Mysłakowice – Łomnica – Wojanów – Jelenia Góra /Maciejówka/
Po dobrze przespanej nocy, chociaż była burza i gdzieś tam grzmiało, około 7 - mej już jesteśmy na swoich stalowych rumakach i jedziemy przez prawie pusty Nachod. Po drodze na stacji benzynowej dobra kawa i uzupełnienie napojów. W miejscowości Rtyne v Podkrkonosi ładny, świeżo odnowiony Kościół św. Jana Chrzciciela i oryginalna drewniana dzwonnica z XVI wieku z trzema dzwonami, z których najstarszy pochodzi z 1471 roku. Początki samego kościoła to XIV wiek, jednak potem zniszczony przez wojny husyckie tak więc obecny kształt tej świątyni pochodzi z 1768 roku. Akurat jest msza, korzystamy z okazji i po cichutku wchodzimy na balkon. Pomimo niedzieli i tylko jednej mszy dziennie, w nabożeństwie uczestniczy niewiele osób, ale sporo młodych z małymi dziećmi. Obrządek taki sam jak w naszych kościołach, oczywiście w języku czeskim. Przy modlitwie „Ojcze Nasz” mam okazję i satysfakcję powtarzać po czesku wraz z innymi jej słowa. Jedna z tutejszych pań filmowała niektóre fragmenty liturgii co i nas ośmieliło do kilku fotografii.
Posileni strawą duchową w doskonałych nastrojach jedziemy dalej na Upice, a w drodze towarzyszy nam dopływ Łaby - rzeka Upa, która ma swoje źródła w czeskich Karkonoszach, 2 km od Śnieżki na wysokości 1432 metry i ten sposób jest rzeką o najwyżej położonych żródłach w Czechach. Po drodze mijamy po lewej stronie swoisty pomnik przyrody ożywionej - „Pamatna Lipa” z 1525 roku / małe złośliwe pytanko do ewentualnego czytelnika – co takiego ważnego wydarzyło się wtedy w Polsce ? /. W Upicach sporo starych, drewnianych domów, wśród nich wyróżniają się dwa. Starszy z 1559 roku wykonany z nieociosanych bali, w którym jeszcze do 1990 roku mieściła się restauracja, natomiast drugi, nieznacznie młodszy, zbudowany w 1577 roku.
Z Upic do Trutnova nie chcemy jechać główną drogą i próbujemy znaleźć inną, przez Radec. Napotkana na rynku zmotoryzowana pani wskazała nam właściwą według niej drogę, która zamiast przez Radec poprowadziła nas okrężną trasą przez Havlovice i Studenec. W konsekwecji zamiast przejechać 12 km, przejechaliśmy około 20, ale nie żałowaliśmy bo droga była dobra, mały ruch i możliwość obserwacji mijanych wsi. W miejscowości Studenec i w samym Trutnovie wiele pomników i tablic upamiętniających wojnę prusko-austriacką z 1866 roku.
W samo południe wjeżdżamy na olbrzymi i pustawy rynek powiatowego miasta Trutnov, robimy kilka zdjęć, próbujemy wejść do kościoła tuż obok rynku, ale niestety zamknięty. Z uwagi na upał rezygnujemy z dalszego zwiedzania miasta i następną godzinę spędzamy w jednej z miejscowych knajpek, gdzie konsumujemy jakieś czeskie danie, popijając miejscowym, zimnym piwkiem. Pusto, oprócz nas jeden miejscowy obywatel, który raczył się tylko piwem, a wypił go przy nas ze trzy szklanice, a ile wypił przed naszym przyjściem i po nas, to tylko wie chyba on, a z pewnością kelnerka.
Od Trutnova nasza jazda to przejazd przez czeskie Karkonosze i popularne, turystyczne miejscowości. Czesi w ostatnich latach uczynili bardzo wiele dla rozwoju tej gałęzi gospodarki, doskonała infrastruktura, świetna komunikacja.Między innymi specjalne autobusy z przyczepami na rowery do wszystkich znanych miejsc. Jeździ także pociąg z Trutnova do Svobody n. Upov. W następnej miejscowości Hor. Marsov zatrzymujemy się na moment przy gotyckim Kościele Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny z XIX wieku. W Temnym Dole wchodzimy do informacj turystycznej mieszczącej się w pensonacie „Vesely vylet”, gdzie jest także, potrzebny nam, kantor wymiany walut. Wychodząc zabieramy ze sobą różne, bezpłatne materiały promocyjne i co ciekawe – w języku polskim, co jeszcze kilka lat wcześniej było rzadkością, gdyż Czesi, mówiąc delikatnie, niezbyt zauważyli polskich turystów i ich potrzeby, a my odpłacaliśmy im podobnym działaniem.Na szczęście mamy już to za sobą. Przed nami jeszcze sporo jazdy, a właściwie górskiej wspinaczki i tak już będzie do samej przełęczy. Bardzo ciepło, dobrze, że obok płynie Upa, której strumyki przebijają się w niektórych miejscach w skale tuż przy drodze. Oczywiście korzystamy obficie z tych naturalnych, zimnych natrysków aby się odświeżyć. Około 18 jesteśmy już na granicy, a stamtąd szaleńcza jazda w dół aż do Mysłakowic. Około 19 dojeżdżamy do mostu w Wojanowie i tam rozstajemy się. Czesław jedzie na swoje Zabobrze, a ja do swojej „Maciejówki”, do moich kochanych dziewczyn.
sobota, 9 czerwca 2007
Opole 2007
Wyprawa rowerowa Ząbkowice Śląskie – Opole / ok. 240 km / 07.06 – 09.06
Dzień I 07.06.2006 / czwartek / ok. 88 km.
Wleń-Jelenia Góra - /pociąg/ - Jaworzyna Śląska - /pociąg/ - Ząbkowice Śląskie-Kamieniec Ząbkowicki-Śrem-Topola-Błotnica-Kozielno-Paczków-Stary Paczków-Ścibórz-Otmuchów-Wójcice-Głębinów-Skorochów-Nysa
Wyjeżdżam spod domu około 6.15 zostawiając moje dwie ukochane dziewczyny w głębokim śnie, na dworzu ciepło, 15 st.C. Jadę przez Strzyżowiec na Jelenią, po drodze pomimo „Bożego Ciała” dość sporo samochodów i jeden samotny rowerzysta w mojej skromnej osobie. Około 7.45 docieram do dworca PKP, gdzie już czeka mój towarzysz w wyprawie – Czesław S. O godz. 7.57 „najszybszym pociągiem” z przeciętną około 40 km/godz. ale stosunkowo wygodnie, dojeżdżamy do Jaworzyny Śląskiej, gdzie przesiadamy się do zdecydowanie szybszego i nowocześniejszego, bo nawet była klimatyzacja i miejsce na rowery, szynobusu, którym o 11.20 dojechaliśmy do Ząbkowic Śląskich, skąd faktycznie rozpoczynamy naszą rowerową wyprawę. Zabrałem ze sobą „Nikona”, którym mam zamiar dokumentować nasze dokonania. Pierwsza fotografia to oczywiście symbol Ząbkowic – XVI-to wieczna „Krzywa Wieża”, nazwa nie bez kozery, gdyż aktualne odchylenie w pionie to dwa metry. Dzięki temu miasto określa się niekiedy jako śląską „Pizę”.

Rynek jest opanowany przez uczestników procesji z okazji święta. Jadąc do Kamieńca mijamy bajecznie czerwone pola, czego sprawcami są uważane za chwasty maki polne. Odnosi się wrażenie, że są to pola maków, a zboża są tylko dodatkiem, a nie na odwrót.

Bardzo ciepło, więc jedziemy w krótkich spodenkach i koszulkach, a po drodze często uzupełniamy płyny w organizmie, najczęściej niegazowaną wodą mineralną. W Kamieńcu oglądamy kościół, w którym kilkaset lat przebywali cystersi, a których zakon odegrał znaczącą rolę w zagospodarowywaniu całej ziemi śląskiej. Dominuje natomiast nad miasteczkiem potężny pałac z czterema 50-cio metrowymi wieżami, które nadają całej budowli wygląd mauretańskiej twierdzy. Wybudowany w XIX wieku należał do pruskich władców – rodu Hohenzollernów. Jeden z nich Albrecht IV wybudował go dla swojej żony MariannyWilhelminy Orańskiej, ale ona, podobnie jak caryca Katarzyna II, bardziej ceniła „końskie klimaty”, bo zdradziła go z koniuszym.

Wyjeżdżamy z Kamieńca i przekraczamy Nysę Kłodzką, następnie jedziemy wzdłuż niej do samego Paczkowa. W okolicach wsi Błotnica Czesław „łapie gumę” w przednim kole, ale to żaden kłopot dla niego, gdyż profesjonalnie, w ciągu kilku minut zmienia dętkę i jedziemy dalej. Niedaleko od tego miejsca widzimy ładną tablicę, która cieszy każdego rowerzystę, gdyż jest tam opisana trasa R-9, która doprowadza nas do Paczkowa. Tam zatrzymujemy się na trochę dłużej. W jednej z knajpek na rynku jemy niezbyt wyszukane potrawy, bo golonkę bez kości z chlebkiem, a do tego małe, zimne piwko. Dla mnie to już druga wizyta w tym polskim „Carcassonne”, przed kilku laty byłem tu z Markiem i też rowerami, natomiat dla mojego kolegi jest to pierwszy raz. Bardzo ciekawe miasteczko z mnóstwem średniowiecznych obiektów architektury obronnej, do których można też zaliczyć kościół pod wezwaniem św. Jana Ewangelisty z XIV wieku. Bardzo dużo i kompetentnie opowiadał nam o swoim mieście miejscowy czwartoklasista, którego pasją jest historia.

Następny etap to Otmuchów, do którego nasza droga prowadzi wzdłuż południowego brzegu Jeziora Otmuchowskiego. Po drodze nad jeziorem, w Ściborzu spory ośrodek sportów wodnych i wypoczynku oraz dużo ludzi z tego korzystających. Nie mamy zbyt dużo czasu i niestety musi jechać dalej, chociaż jezioro zachęca do kąpieli. Otmuchów nie chce być gorszy od Paczkowa i też ma drugą nazwę – śląski Salzburg. Miasteczko ma ciekawą architekturę i cenne, zabytkowe budowle. Najważniejszym z nich jest zamek biskupi z XIII wieku, do którego odwiedzenia zachęcał nas gorąco, będący na lekkim rauszu miejscowy obywatel z pieskiem.

Drugi ciekawy obiekt to renesansowy ratusz z 1538 roku z dwoma zegarami słonecznymi.

Architekturę sakralną reprezentuje tutaj barokowy kościół z 1693 roku.
Opuszczamy miasto i teraz jedziemy już wzdłuż północnego brzegu Jeziora Nyskiego czyli zbiornika retencyjnego na Nysie Kłodzkiej. Ten duży akwen dzięki czystejwodzie i piaszczystym plażom stwarza doskonałe warunki do uprawiania sportów wodnych, a w dodatku patrząc na południe można oglądać pobliskie Góry Opawskie, Jesioniki z Pradziadem, Góry Rychlebskie, Góry Złote i Bardzkie. Natomiast Głębinów i sąsiedni Skorochów to miejsca najbardziej oblegane, szczególnie przez mieszkańców pobliskiej Nysy. Piękna pogoda, święto i atmosfera tej tutejszej „riviery” napełniły te miejsca mnóstwem ludzi, kąpiących się, pływających na różnym sprzęcie oraz opalających się na plaży. Można pozazdrościć mieszkańcom Nysy i okolic takich warunków, gdyż piaszczyste plaże i ich zaplecze do złudzenia przypominają morskie wybrzeże.
Około 18.00 osiągamy duże powiatowe miasto Nysę, jest trochę młodsze od mojego Wlenia, gdyż prawa miejskie uzyskało w 1223 roku. W XV wieku było to trzecie miasto na Śląsku po Wrocławiu i Legnicy. Obecnie jest jednym z najładniejszych miast śląskich, posiadającym liczne zabytki. Zwiedzamy gotycki Kościół św. Jakuba, podziwiamy uroczy rynek i zatrzymujemy się przy „Pięknej Studni”. Ta ostatnia to prawdziwe dzieło sztuki kowalskiej z 1686 roku.


Jesteśmy już zmęczeni, więc zgodnie z planem nocujemy w tutejszym Szkolnym Schronisku Młodzieżowym, no cóż człowiek chce się na siłę odmłodzić chociażby przez takie nazwy. Nocleg w dwupokojowym pokoju z pościelą kosztuje nas po 25 złotych, poza nami może jeszcze jest parę osób w schronisku. Robimy sobie kolację z domowych zapasów / pyszny domowy chlebek i smalec – dzięki Ci Iwonko /, prysznic i spanie, przerywane od czasu do czasu przez przejeżdżający pociąg lub samochód, bo takie, niestety jest położenie tego obiektu.

Dzień II 08.06.2007 / piątek / ok. 120 km.
Nysa-Włodary-Korfantów-Łącznik-Moszna-Strzeleczki-Dobra-Krapkowice-Jasiona-Góra Świętej Anny-Wysoka-Kalinowice-Kamień Śląski-Miedziana-Przywory-Opole
Po śniadanku zjedzonym w schronisku startujemy o 7.10 w dalszą drogę. Pogoda jak wczoraj, na razie jeszcze znośnie ale z upływem dnia jest coraz bardziej gorąco i parno. Bardzo szybko dojeżdżamy do miłego, czystego miasteczka- Korfantów, gdzie w miejscowej bibliotece, pełniącej także funkcje informacji turystycznej, otrzymałem mapkę i przewodnik pod wspólnym tytułem „Rowerem po pograniczu nysko-jesenickim”. Widzimy piękny, neobarokowy Kościół Świętej Trójcy, który na nasze szczęście jest otwarty, gdyż widok wspaniałego wnętrza zapiera nam dech w piersiach. Oprócz nas nie ma nikogo co pozwala nam na swobodne fotografowanie i chwilę modlitwy.


Wyjeżdżając z tej sympatycznej miejscowości widzimy, że jej władze dbają nie tylko o potrzeby duchowe, ale i mają coś dla ciała, gdyż przejeżdżamy obok nowoczesnej hali sportowej i stadionu.
W trakcie jazdy przekonuję się, że Czesław to znakomity znawca ptaków, który potrafi rozpoznać prawie 40 gatunków po ich śpiewie, co i raz słyszę jak mówi – to trzcinnik, a to słowik, a tam drozd.
Zamek w Mosznej jest tego rodzaju zjawiskiem architektonicznym, że nie sposób go pominąć. Wygląd jak z Disneylandu, 99 wież i 365 pomieszczeń oraz prawie 100 ha parku z licznymi kanałami i romantycznymi mostkami.



Najpiękniej jest tu w maju, gdyż jest to mnóstwo rodendronów i azalii. Bardzo dobrym pomysłem było umieszczenie tutaj Centrum Terapii Nerwic, na szczęście nie musimy jeszcze z tego korzystać, natomiast wypiliśmy w pięknej zamkowej kawiarni po małej kawce z „kożuszkiem”. Potem nasza dalsza droga wiodła przez park ścieżką rowerową, która prowadziła nas trochę na manowce i musieliśmy zdawać się na przysłowiowego nosa co wyszło nan na dobre bo dojechaliśmy do gminy Strzeleczki, gdzie była piękna tablica z trasami rowerowymi, wybraliśmy szlak z niebieskimi znakami, który zaprowadził nas do tablicy „Ptasi zegar” wykonanej przez nadleśnictwo Prószków, dla mnie to zupełna nowość, ale dla takiego „ornitologa” jak mój kolega to tylko mały wycinek jego wiedzy.

W Dobrej obserwujemy zjawisko, które u nas praktycznie nie istnieje. Mianowicie pięknie odnowione tablice pamiątkowe w dwóch językach /niemiecki i polski/ ku pamięci wszystkich ofiar I i II wojny światowej czy też uczczenia 700 lecia tej miejscowości.

Pod Krapkowicami zatrzymujemy się w restauracji „Daniels”, gdzie jemy dość solidny obiad z nieodłącznym małym piwem, był to o wiele lepszy obiad niż w Paczkowie, a w tej samej cenie. Siedzibę powiatu – Krapkowice oglądamy dość pobieżnie bo przed nami jeszcze sporo drogi, naszą uwagę zwraca czysty, zadbany rynek.

Przed nami rzeka Odra, za którą znajduje się dzielnica Krapkowic – Otmęt. Jedziemy dalej na południowy wschód oznakowaną trasą rowerową, która doprowadza nas do małego jeziorka, gdzie widać wielu kąpiących się. Nie pozostaje nam nic innego jak tylko się przyłączyć. Jest to nasza pierwsza kąpiel w tym roku, woda już ciepła więc pływa się przyjemnie.

Orzeźwieni kąpielą wracamy na szlak, ale gdzieś nam zginęły znaki kierunkowe, dlatego musimy kierować się wyczuciem, gdyż na ten etap nie mamy niestety dokładnej mapy. W okolicach wsi Jasiona spotykamy panią na rowerze, która urodziła się w Jeleniej Górze i mieszkała tam do 6-tego roku życia, a obecnie mieszka w Krapkowicach. Zgodnie z jej sugestiami, mając do wyboru dwie drogi do Góry Świętej Anny, wybraliśmy tę, przy ktorej rosły drzewa czereśniowe. Parę minut na konsumpcję tych owoców i dalej w drogę, tym bardziej, że zaczęły się przysłowiowe schody. Dotychczas było cały czas płasko, a teraz mamy stale pod górkę i w dodatku wiaterek z przodu. Było ciężko, a upał także nie pomagał. Odcinek około 8 km jechaliśmy godzinę, często zsiadając i prowadząc rowery. Ale w końcu przekraczając mostami dwukrotnie autostradę ujrzeliśmu docelową Górę.


Solidnie zmęczeni docieramy około 16.30 do Bazyliki i Sanktuarium św. Anny, prowadzonych przez franciszkanów, gdzie pogrążamy się w modlitwie i kontemplacji oraz podziwiamy piękne wnętrza. Potem, korzystając ze wskazówek młodego zakonnika, zwiedzamy sławny Pomnik Czynu Powstańczego oraz przyległy do niego amfiteatr, a właściwie to co z niego zostało. W latach 1934-1938 wykorzystując ukształtowanie terenu Niemcy wybudowali na zboczu góry amfiteatr, na 7 tysięcy miejsc siedzących i 23 tysiące stojących. W roku 1938 odsłonięto mauzoleum poświęcone niemieckim uczestnikom walk III powstania śląskiego. Po II wojnie wysadzono główne elementy niemieckiego pomnika, a w 1955 roku, według projektu Xawerego Dunikowskiego, postawiony obecny pomnik, tym razem upamiętniający polskich powstańców.

Z wysokości 400 m. n.p.m. jedzie się w dól nie dość, że przyjemnie to jeszcze bardzo szybko. Zapominamy o wcześniejszym zmęczeniu i łapiemy drugi oddech, jeszcze tylko krótki posiłek na jednym z przystanków autobusowych i już bez zatrzymywania do samego Opola. Jedzie się nam bardzo dobrze, korzystając przy tym z różnych skrótów i wskazówek jednej sympatycznej rowerzystki, co znacznie skraca nam czas podróży. W Kamieniu Śląskim mój towarzysz bije swój własny, dzienny rekord długości jazdy i po raz pierwszy przekracza 100 km. Jeszcze następne 20 km i około godz. 21.00 jesteśmy wreszcie w stolicy województwa.
Nocujemy, podobnie jak w Nysie i za taką samą cenę w schronisku młodzieżowym przy ulicy Torowej 7, ale tym razem mamy do dyspozycji pokój czteroosobowy. Jeszcze tylko kolacyjka, zakrapiana lekko mocniejszym alkoholem, czyli po „setce” z okazji tej pierwszej setki Czesława i spać.
Dzień III 09.06.2007 / sobota / ok. 32 km.
Opole-Opole-/pociąg/-Wrocław-/pociąg/-Jelenia Góra-Płoszczynka-Czernica-Wleń
Mamy szczęście do noclegów w pobliżu torów, ale byliśmy na tyle zmęczeni, że nie reagowaliśmy na przejeżdżające pociągi. Około 7.10 rozpoczynamy nasz opolski rekonesans, bardzo ładne dwa budynki użyteczności publicznej – stacja kolejowa i obok niej poczta. Trochę paradoksalne zestawienie dwóch rzeczy – pomnik „ Bojownikom o polskość Śląska Opolskiego”, a z drugiej strony, ustawiona obok ratusza wystawa „Twarze opolskiej bezpieki” o zdecydowanie negatywnym wydźwięku.


Paradoksem jest tu dla mnie fakt, że te „twarze” mimo wszystko walczyły także o polskość tych ziem, co oczywiście nie jest obecnie „political correct”. Zostawmy jednak te przemijające, zmienne i nietrwałe sprawy, a skupmy się na przedmiotach trwałych. Takim z pewnością jest Katedra Św. Krzyża, która jak wynika z półlegendarch przekazów stoi na miejscu drewnianego kościoła z XI wieku.

Wchodzimy do środka i staramy się jak namniej naruszać sacrum tejże budowli. W prawej nawie znajduje się ołtarz barokowy z 1713 roku a w nim cudowny obraz M.B. Opolskiej z 1480 roku, ukoronowany przez Jana Pawła II na Górze Świetej Anny w 1983 roku. Natomiast w bocznej kaplicy tej nawy mieści się tablica nagrobna ostatniego księcia opolskiego Jana Dobrego zmarłego w 1532 roku. Po wyjściu z katedry dzwoni na moją komórkę Krzysiek P. z Białegostoku, Marka chrzestny, który otrzymał zaproszenie na jego ślub i obiecał przyjechać.
Przemieszczamy się teraz w okolice Wieży Piastowskiej, gdzie w oczekiwaniu na jej otwarcie obserwujemy pracę mnóstwa ludzi z ekipy TVP przy organizacji corocznego festiwalu polskiej piosenki w tutejszym amfiteatrze, początek festiwalu już w następnym tygodniu. Tuż obok romantycznego stawku zamkowego próbujemy odszukać obelisk poświęcony spalonej synagodze, trochę nam zeszło bo nie rzucał się w oczy, a może tak miało być. Wreszcie udało się i możemy odczytać na nim napisy w trzech językach, po hebrajsku, polsku i po niemiecku mówiące o tym, że w tym miejscu stała synagoga spalona przez nazistów w czasie kryształowej nocy 9.XI.1938 r. Oraz jeszcze jeden znamienny napis „Na pastwę ognia świątynię twą wydali” i „Ludzie tego nie zapomną”

Jesteśmy pierwszymi zwiedzającymi wieżę, co skutkuje tym, że zamiast po 3 zł zapłaciliśmy po 2. Teraz już tylko 164 stopnie i możemy podziwiać wspaniałą panoramę Opola.

Z uwagi na sobotę możemy jeszcze za darmo zwiedzić Muzeum Śląska Opolskiego i prześledzić jego dzieje począwszy od epoki kamienia do czasów współczesnych.

I już w tej współczesności, a konkretnie w jednej z restauracji na centralnym deptaku pałaszujemy „ucztę Radziwiłła” to jest danie dla dwóch osób, składające się z trzech rodzajów mięs, trzech różnych sałatek i ziemniaków na trzy sposoby. Przy rachunku na szczęście nie był potrzebny majątek Radziwiłła, bo z dwoma małymi piwami zmieściliśmy się w 45 złotych.
Dworzec PKP w Opolu nie jest, trzeba przyznać niestety, przyjazny rowerzystom czy też inwalidom na wózkach. Trzeba nieść rowery najpierw schodami w dół, a potem w górę. Czekamy na pociąg, który pokonuje najdłuższą trasę w Polsce, a mianowicie Przemyśl-Szczecin, który ma nas zawieźć do Wrocławia, ma 25 minut spóźnienia, ale mamy dużą rezerwę czasową więc spokojnie podróżujemy. We Wrocławiu wsiadamy znów do tego „najszybszego” pociągu do Jeleniej Góry, który z uwagi na nowy wynalazek koleji, tzw. skomunikowanie, musi czekać kilkanaście minut na pociąg z Warszawy. W pociągu około godz. 18.00 nieprzyjemny telefon od Iwonki, okazuje się, że po południu przeszła nad Wleniem gwałtowna burza połączona z obfitymi opadami deszczu, a nawet gradu. Na wskutek czego pozapychały się studzienki uliczne i podtopiło nam piwnicę. Na szczęście był akurat Marcin z Anią, którzy razem z Iwonką ratowali sytuację wylewając z pomieszczeń piwnicznych prawie 60 wiader wody.
W Jeleniej pożegnałem się z Czesiem na Zabobrzu i stamtąd przez Płoszczynę i Czernicę, bez zatrzymywania się, dojechałem do Wlenia w 53 minuty, tak więc w domu byłem kilkanaście minut po dwudziestej.
Dzień I 07.06.2006 / czwartek / ok. 88 km.
Wleń-Jelenia Góra - /pociąg/ - Jaworzyna Śląska - /pociąg/ - Ząbkowice Śląskie-Kamieniec Ząbkowicki-Śrem-Topola-Błotnica-Kozielno-Paczków-Stary Paczków-Ścibórz-Otmuchów-Wójcice-Głębinów-Skorochów-Nysa
Wyjeżdżam spod domu około 6.15 zostawiając moje dwie ukochane dziewczyny w głębokim śnie, na dworzu ciepło, 15 st.C. Jadę przez Strzyżowiec na Jelenią, po drodze pomimo „Bożego Ciała” dość sporo samochodów i jeden samotny rowerzysta w mojej skromnej osobie. Około 7.45 docieram do dworca PKP, gdzie już czeka mój towarzysz w wyprawie – Czesław S. O godz. 7.57 „najszybszym pociągiem” z przeciętną około 40 km/godz. ale stosunkowo wygodnie, dojeżdżamy do Jaworzyny Śląskiej, gdzie przesiadamy się do zdecydowanie szybszego i nowocześniejszego, bo nawet była klimatyzacja i miejsce na rowery, szynobusu, którym o 11.20 dojechaliśmy do Ząbkowic Śląskich, skąd faktycznie rozpoczynamy naszą rowerową wyprawę. Zabrałem ze sobą „Nikona”, którym mam zamiar dokumentować nasze dokonania. Pierwsza fotografia to oczywiście symbol Ząbkowic – XVI-to wieczna „Krzywa Wieża”, nazwa nie bez kozery, gdyż aktualne odchylenie w pionie to dwa metry. Dzięki temu miasto określa się niekiedy jako śląską „Pizę”.

Rynek jest opanowany przez uczestników procesji z okazji święta. Jadąc do Kamieńca mijamy bajecznie czerwone pola, czego sprawcami są uważane za chwasty maki polne. Odnosi się wrażenie, że są to pola maków, a zboża są tylko dodatkiem, a nie na odwrót.

Bardzo ciepło, więc jedziemy w krótkich spodenkach i koszulkach, a po drodze często uzupełniamy płyny w organizmie, najczęściej niegazowaną wodą mineralną. W Kamieńcu oglądamy kościół, w którym kilkaset lat przebywali cystersi, a których zakon odegrał znaczącą rolę w zagospodarowywaniu całej ziemi śląskiej. Dominuje natomiast nad miasteczkiem potężny pałac z czterema 50-cio metrowymi wieżami, które nadają całej budowli wygląd mauretańskiej twierdzy. Wybudowany w XIX wieku należał do pruskich władców – rodu Hohenzollernów. Jeden z nich Albrecht IV wybudował go dla swojej żony MariannyWilhelminy Orańskiej, ale ona, podobnie jak caryca Katarzyna II, bardziej ceniła „końskie klimaty”, bo zdradziła go z koniuszym.

Wyjeżdżamy z Kamieńca i przekraczamy Nysę Kłodzką, następnie jedziemy wzdłuż niej do samego Paczkowa. W okolicach wsi Błotnica Czesław „łapie gumę” w przednim kole, ale to żaden kłopot dla niego, gdyż profesjonalnie, w ciągu kilku minut zmienia dętkę i jedziemy dalej. Niedaleko od tego miejsca widzimy ładną tablicę, która cieszy każdego rowerzystę, gdyż jest tam opisana trasa R-9, która doprowadza nas do Paczkowa. Tam zatrzymujemy się na trochę dłużej. W jednej z knajpek na rynku jemy niezbyt wyszukane potrawy, bo golonkę bez kości z chlebkiem, a do tego małe, zimne piwko. Dla mnie to już druga wizyta w tym polskim „Carcassonne”, przed kilku laty byłem tu z Markiem i też rowerami, natomiat dla mojego kolegi jest to pierwszy raz. Bardzo ciekawe miasteczko z mnóstwem średniowiecznych obiektów architektury obronnej, do których można też zaliczyć kościół pod wezwaniem św. Jana Ewangelisty z XIV wieku. Bardzo dużo i kompetentnie opowiadał nam o swoim mieście miejscowy czwartoklasista, którego pasją jest historia.

Następny etap to Otmuchów, do którego nasza droga prowadzi wzdłuż południowego brzegu Jeziora Otmuchowskiego. Po drodze nad jeziorem, w Ściborzu spory ośrodek sportów wodnych i wypoczynku oraz dużo ludzi z tego korzystających. Nie mamy zbyt dużo czasu i niestety musi jechać dalej, chociaż jezioro zachęca do kąpieli. Otmuchów nie chce być gorszy od Paczkowa i też ma drugą nazwę – śląski Salzburg. Miasteczko ma ciekawą architekturę i cenne, zabytkowe budowle. Najważniejszym z nich jest zamek biskupi z XIII wieku, do którego odwiedzenia zachęcał nas gorąco, będący na lekkim rauszu miejscowy obywatel z pieskiem.

Drugi ciekawy obiekt to renesansowy ratusz z 1538 roku z dwoma zegarami słonecznymi.

Architekturę sakralną reprezentuje tutaj barokowy kościół z 1693 roku.
Opuszczamy miasto i teraz jedziemy już wzdłuż północnego brzegu Jeziora Nyskiego czyli zbiornika retencyjnego na Nysie Kłodzkiej. Ten duży akwen dzięki czystejwodzie i piaszczystym plażom stwarza doskonałe warunki do uprawiania sportów wodnych, a w dodatku patrząc na południe można oglądać pobliskie Góry Opawskie, Jesioniki z Pradziadem, Góry Rychlebskie, Góry Złote i Bardzkie. Natomiast Głębinów i sąsiedni Skorochów to miejsca najbardziej oblegane, szczególnie przez mieszkańców pobliskiej Nysy. Piękna pogoda, święto i atmosfera tej tutejszej „riviery” napełniły te miejsca mnóstwem ludzi, kąpiących się, pływających na różnym sprzęcie oraz opalających się na plaży. Można pozazdrościć mieszkańcom Nysy i okolic takich warunków, gdyż piaszczyste plaże i ich zaplecze do złudzenia przypominają morskie wybrzeże.
Około 18.00 osiągamy duże powiatowe miasto Nysę, jest trochę młodsze od mojego Wlenia, gdyż prawa miejskie uzyskało w 1223 roku. W XV wieku było to trzecie miasto na Śląsku po Wrocławiu i Legnicy. Obecnie jest jednym z najładniejszych miast śląskich, posiadającym liczne zabytki. Zwiedzamy gotycki Kościół św. Jakuba, podziwiamy uroczy rynek i zatrzymujemy się przy „Pięknej Studni”. Ta ostatnia to prawdziwe dzieło sztuki kowalskiej z 1686 roku.


Jesteśmy już zmęczeni, więc zgodnie z planem nocujemy w tutejszym Szkolnym Schronisku Młodzieżowym, no cóż człowiek chce się na siłę odmłodzić chociażby przez takie nazwy. Nocleg w dwupokojowym pokoju z pościelą kosztuje nas po 25 złotych, poza nami może jeszcze jest parę osób w schronisku. Robimy sobie kolację z domowych zapasów / pyszny domowy chlebek i smalec – dzięki Ci Iwonko /, prysznic i spanie, przerywane od czasu do czasu przez przejeżdżający pociąg lub samochód, bo takie, niestety jest położenie tego obiektu.

Dzień II 08.06.2007 / piątek / ok. 120 km.
Nysa-Włodary-Korfantów-Łącznik-Moszna-Strzeleczki-Dobra-Krapkowice-Jasiona-Góra Świętej Anny-Wysoka-Kalinowice-Kamień Śląski-Miedziana-Przywory-Opole
Po śniadanku zjedzonym w schronisku startujemy o 7.10 w dalszą drogę. Pogoda jak wczoraj, na razie jeszcze znośnie ale z upływem dnia jest coraz bardziej gorąco i parno. Bardzo szybko dojeżdżamy do miłego, czystego miasteczka- Korfantów, gdzie w miejscowej bibliotece, pełniącej także funkcje informacji turystycznej, otrzymałem mapkę i przewodnik pod wspólnym tytułem „Rowerem po pograniczu nysko-jesenickim”. Widzimy piękny, neobarokowy Kościół Świętej Trójcy, który na nasze szczęście jest otwarty, gdyż widok wspaniałego wnętrza zapiera nam dech w piersiach. Oprócz nas nie ma nikogo co pozwala nam na swobodne fotografowanie i chwilę modlitwy.


Wyjeżdżając z tej sympatycznej miejscowości widzimy, że jej władze dbają nie tylko o potrzeby duchowe, ale i mają coś dla ciała, gdyż przejeżdżamy obok nowoczesnej hali sportowej i stadionu.
W trakcie jazdy przekonuję się, że Czesław to znakomity znawca ptaków, który potrafi rozpoznać prawie 40 gatunków po ich śpiewie, co i raz słyszę jak mówi – to trzcinnik, a to słowik, a tam drozd.
Zamek w Mosznej jest tego rodzaju zjawiskiem architektonicznym, że nie sposób go pominąć. Wygląd jak z Disneylandu, 99 wież i 365 pomieszczeń oraz prawie 100 ha parku z licznymi kanałami i romantycznymi mostkami.



Najpiękniej jest tu w maju, gdyż jest to mnóstwo rodendronów i azalii. Bardzo dobrym pomysłem było umieszczenie tutaj Centrum Terapii Nerwic, na szczęście nie musimy jeszcze z tego korzystać, natomiast wypiliśmy w pięknej zamkowej kawiarni po małej kawce z „kożuszkiem”. Potem nasza dalsza droga wiodła przez park ścieżką rowerową, która prowadziła nas trochę na manowce i musieliśmy zdawać się na przysłowiowego nosa co wyszło nan na dobre bo dojechaliśmy do gminy Strzeleczki, gdzie była piękna tablica z trasami rowerowymi, wybraliśmy szlak z niebieskimi znakami, który zaprowadził nas do tablicy „Ptasi zegar” wykonanej przez nadleśnictwo Prószków, dla mnie to zupełna nowość, ale dla takiego „ornitologa” jak mój kolega to tylko mały wycinek jego wiedzy.

W Dobrej obserwujemy zjawisko, które u nas praktycznie nie istnieje. Mianowicie pięknie odnowione tablice pamiątkowe w dwóch językach /niemiecki i polski/ ku pamięci wszystkich ofiar I i II wojny światowej czy też uczczenia 700 lecia tej miejscowości.

Pod Krapkowicami zatrzymujemy się w restauracji „Daniels”, gdzie jemy dość solidny obiad z nieodłącznym małym piwem, był to o wiele lepszy obiad niż w Paczkowie, a w tej samej cenie. Siedzibę powiatu – Krapkowice oglądamy dość pobieżnie bo przed nami jeszcze sporo drogi, naszą uwagę zwraca czysty, zadbany rynek.

Przed nami rzeka Odra, za którą znajduje się dzielnica Krapkowic – Otmęt. Jedziemy dalej na południowy wschód oznakowaną trasą rowerową, która doprowadza nas do małego jeziorka, gdzie widać wielu kąpiących się. Nie pozostaje nam nic innego jak tylko się przyłączyć. Jest to nasza pierwsza kąpiel w tym roku, woda już ciepła więc pływa się przyjemnie.

Orzeźwieni kąpielą wracamy na szlak, ale gdzieś nam zginęły znaki kierunkowe, dlatego musimy kierować się wyczuciem, gdyż na ten etap nie mamy niestety dokładnej mapy. W okolicach wsi Jasiona spotykamy panią na rowerze, która urodziła się w Jeleniej Górze i mieszkała tam do 6-tego roku życia, a obecnie mieszka w Krapkowicach. Zgodnie z jej sugestiami, mając do wyboru dwie drogi do Góry Świętej Anny, wybraliśmy tę, przy ktorej rosły drzewa czereśniowe. Parę minut na konsumpcję tych owoców i dalej w drogę, tym bardziej, że zaczęły się przysłowiowe schody. Dotychczas było cały czas płasko, a teraz mamy stale pod górkę i w dodatku wiaterek z przodu. Było ciężko, a upał także nie pomagał. Odcinek około 8 km jechaliśmy godzinę, często zsiadając i prowadząc rowery. Ale w końcu przekraczając mostami dwukrotnie autostradę ujrzeliśmu docelową Górę.


Solidnie zmęczeni docieramy około 16.30 do Bazyliki i Sanktuarium św. Anny, prowadzonych przez franciszkanów, gdzie pogrążamy się w modlitwie i kontemplacji oraz podziwiamy piękne wnętrza. Potem, korzystając ze wskazówek młodego zakonnika, zwiedzamy sławny Pomnik Czynu Powstańczego oraz przyległy do niego amfiteatr, a właściwie to co z niego zostało. W latach 1934-1938 wykorzystując ukształtowanie terenu Niemcy wybudowali na zboczu góry amfiteatr, na 7 tysięcy miejsc siedzących i 23 tysiące stojących. W roku 1938 odsłonięto mauzoleum poświęcone niemieckim uczestnikom walk III powstania śląskiego. Po II wojnie wysadzono główne elementy niemieckiego pomnika, a w 1955 roku, według projektu Xawerego Dunikowskiego, postawiony obecny pomnik, tym razem upamiętniający polskich powstańców.

Z wysokości 400 m. n.p.m. jedzie się w dól nie dość, że przyjemnie to jeszcze bardzo szybko. Zapominamy o wcześniejszym zmęczeniu i łapiemy drugi oddech, jeszcze tylko krótki posiłek na jednym z przystanków autobusowych i już bez zatrzymywania do samego Opola. Jedzie się nam bardzo dobrze, korzystając przy tym z różnych skrótów i wskazówek jednej sympatycznej rowerzystki, co znacznie skraca nam czas podróży. W Kamieniu Śląskim mój towarzysz bije swój własny, dzienny rekord długości jazdy i po raz pierwszy przekracza 100 km. Jeszcze następne 20 km i około godz. 21.00 jesteśmy wreszcie w stolicy województwa.
Nocujemy, podobnie jak w Nysie i za taką samą cenę w schronisku młodzieżowym przy ulicy Torowej 7, ale tym razem mamy do dyspozycji pokój czteroosobowy. Jeszcze tylko kolacyjka, zakrapiana lekko mocniejszym alkoholem, czyli po „setce” z okazji tej pierwszej setki Czesława i spać.
Dzień III 09.06.2007 / sobota / ok. 32 km.
Opole-Opole-/pociąg/-Wrocław-/pociąg/-Jelenia Góra-Płoszczynka-Czernica-Wleń
Mamy szczęście do noclegów w pobliżu torów, ale byliśmy na tyle zmęczeni, że nie reagowaliśmy na przejeżdżające pociągi. Około 7.10 rozpoczynamy nasz opolski rekonesans, bardzo ładne dwa budynki użyteczności publicznej – stacja kolejowa i obok niej poczta. Trochę paradoksalne zestawienie dwóch rzeczy – pomnik „ Bojownikom o polskość Śląska Opolskiego”, a z drugiej strony, ustawiona obok ratusza wystawa „Twarze opolskiej bezpieki” o zdecydowanie negatywnym wydźwięku.


Paradoksem jest tu dla mnie fakt, że te „twarze” mimo wszystko walczyły także o polskość tych ziem, co oczywiście nie jest obecnie „political correct”. Zostawmy jednak te przemijające, zmienne i nietrwałe sprawy, a skupmy się na przedmiotach trwałych. Takim z pewnością jest Katedra Św. Krzyża, która jak wynika z półlegendarch przekazów stoi na miejscu drewnianego kościoła z XI wieku.

Wchodzimy do środka i staramy się jak namniej naruszać sacrum tejże budowli. W prawej nawie znajduje się ołtarz barokowy z 1713 roku a w nim cudowny obraz M.B. Opolskiej z 1480 roku, ukoronowany przez Jana Pawła II na Górze Świetej Anny w 1983 roku. Natomiast w bocznej kaplicy tej nawy mieści się tablica nagrobna ostatniego księcia opolskiego Jana Dobrego zmarłego w 1532 roku. Po wyjściu z katedry dzwoni na moją komórkę Krzysiek P. z Białegostoku, Marka chrzestny, który otrzymał zaproszenie na jego ślub i obiecał przyjechać.
Przemieszczamy się teraz w okolice Wieży Piastowskiej, gdzie w oczekiwaniu na jej otwarcie obserwujemy pracę mnóstwa ludzi z ekipy TVP przy organizacji corocznego festiwalu polskiej piosenki w tutejszym amfiteatrze, początek festiwalu już w następnym tygodniu. Tuż obok romantycznego stawku zamkowego próbujemy odszukać obelisk poświęcony spalonej synagodze, trochę nam zeszło bo nie rzucał się w oczy, a może tak miało być. Wreszcie udało się i możemy odczytać na nim napisy w trzech językach, po hebrajsku, polsku i po niemiecku mówiące o tym, że w tym miejscu stała synagoga spalona przez nazistów w czasie kryształowej nocy 9.XI.1938 r. Oraz jeszcze jeden znamienny napis „Na pastwę ognia świątynię twą wydali” i „Ludzie tego nie zapomną”

Jesteśmy pierwszymi zwiedzającymi wieżę, co skutkuje tym, że zamiast po 3 zł zapłaciliśmy po 2. Teraz już tylko 164 stopnie i możemy podziwiać wspaniałą panoramę Opola.

Z uwagi na sobotę możemy jeszcze za darmo zwiedzić Muzeum Śląska Opolskiego i prześledzić jego dzieje począwszy od epoki kamienia do czasów współczesnych.

I już w tej współczesności, a konkretnie w jednej z restauracji na centralnym deptaku pałaszujemy „ucztę Radziwiłła” to jest danie dla dwóch osób, składające się z trzech rodzajów mięs, trzech różnych sałatek i ziemniaków na trzy sposoby. Przy rachunku na szczęście nie był potrzebny majątek Radziwiłła, bo z dwoma małymi piwami zmieściliśmy się w 45 złotych.
Dworzec PKP w Opolu nie jest, trzeba przyznać niestety, przyjazny rowerzystom czy też inwalidom na wózkach. Trzeba nieść rowery najpierw schodami w dół, a potem w górę. Czekamy na pociąg, który pokonuje najdłuższą trasę w Polsce, a mianowicie Przemyśl-Szczecin, który ma nas zawieźć do Wrocławia, ma 25 minut spóźnienia, ale mamy dużą rezerwę czasową więc spokojnie podróżujemy. We Wrocławiu wsiadamy znów do tego „najszybszego” pociągu do Jeleniej Góry, który z uwagi na nowy wynalazek koleji, tzw. skomunikowanie, musi czekać kilkanaście minut na pociąg z Warszawy. W pociągu około godz. 18.00 nieprzyjemny telefon od Iwonki, okazuje się, że po południu przeszła nad Wleniem gwałtowna burza połączona z obfitymi opadami deszczu, a nawet gradu. Na wskutek czego pozapychały się studzienki uliczne i podtopiło nam piwnicę. Na szczęście był akurat Marcin z Anią, którzy razem z Iwonką ratowali sytuację wylewając z pomieszczeń piwnicznych prawie 60 wiader wody.
W Jeleniej pożegnałem się z Czesiem na Zabobrzu i stamtąd przez Płoszczynę i Czernicę, bez zatrzymywania się, dojechałem do Wlenia w 53 minuty, tak więc w domu byłem kilkanaście minut po dwudziestej.
niedziela, 29 kwietnia 2007
Kolorowe Jeziorka 2007
29.04.2007 / niedziela / ok. 65 km / z Cz. S. /
Trasa: Jelenia Góra-Łomnica, Wojanów, Bobrów, Trzcińsko, Janowice Wielkie, , Przybkowice, Wieściszowice, Wielka Kopa/góra/, Rędziny, Czarnów, Wojków k. Kowar, Bukowiec, Łomnica, Jelenia Góra.
Wyjeżdżam z domu o 8.00, dość ciepło ubrany, bo jest zaledwie kilka stopni ciepła i bez słońca. Najpierw trasą rowerową wzdłuż ul. Sudeckiej, a potem przez Łomnicę do Wojanowa, gdzie przy moście na Bobrze spotykam się z moim partnerem na dalszą część wyprawy, Czesławem S. Jest to już nasza druga, wspólna wyprawa rowerowa, pierwsza to około 55 km do Wlenia i po jego okolicach. Tuż na początku Wojanowa wspaniale odrestaurowany i nadal rozbudowywany zespół pałacowy. Do Janowic jedziemy znaną już trasą rowerową ER-6, wzdłuż Bobru. Kilka kilometrów od Janowic, po dość długim podjeździe, dojeżdżamy do Miedzianki /Kupferberg/ miejscowości, która jeszcze nie tak dawno tętniła życiem, gdzie mieszkało nawet kilka tysięcy osób, działały kopalnie miedzi, srebra, kobaltu, a po wojnie uranu. Obecnie to tylko kościół i dosłownie kilka budynków i bardzo wiele zarośniętych, ledwie widocznych śladów dawnych zabudowań. Mamy szczęście, a może po prostu realizujemy jakiś plan „Wielkiego Reżysera”, bo wokół kościoła mnóstwo samochodów, świadczących o odbywanej właśnie mszy świętej. Korzystamy z tego i my wchodząc do tej dość skromnie wyposażonej, ale zapełnionej ludźmi, świątyni aby posilić się strawą duchową.
Dzięki moim spacerom z Olą odmawiam „ Modlitwę Pańską” w sześciu językach. Po polsku z oczywistych względów, potem w oryginalnym języku ewangelii, starogreckim „koine”, następnie po łacinie bo ten język wypromował chrześcijaństwo na cały ówczesny świat, po czesku gdyż ten język przez wiele lat dominował na tym terenie, po niemiecku z podobnych przyczyn, a w dodatku posługujący się tym językiem ludzie pozostawili na tych ziemiach bardzo wiele świadectw wysoko rozwiniętej kultury materialnej. Ostatnie „Ojcze Nasz” wypowiedziałem po rosyjsku, co niektórych może oburzać, ale „nolens volens” /chcąc nie chcąc / to im zawdzięczamy te piękne i bogate ziemie, których polskość, pominąwszy te legendarne, piastowskie początki, była dość wątpliwa, szczególnie tuż po wojnie, bo teraz, już po 60 latach mocno tu wrośliśmy.

Po nabożeństwie kościół i jego najbliższe okolice momentalnie opustoszały i znów byliśmy tylko my i nasze rowery. Zjeżdżamy w dół i zmieniamy szlak rowerowy na zielony, któru doprowadza nas do głównego celu naszej wyprawy, tzw. „Kolorowych Jeziorek” obok Wieściszowic. Same jeziorka są dobrze opisane przy pomocy dużych, czytelnych tablic.

Na parkingu sporo samochodów, co przy niedzieli jest normą. My swoje pojazdy ciągniemy ze sobą. Na miejscu jest oczywiście jakaś mała, skromna gastronomia, kilka koni dla turystów oraz zjazd na linie nad jeziorkiem. Odpoczywamy, pijemy piwko i jemy to co zabraliśmy z domów. Potem obchodzimy te kolorowe zbiorniki wodne, dobrze, że wziąłem aparat bo jest co fotografować. Największe z nich purpurowe, chociaż dla mnie kolor tego jeziorka jest bardziej czerwono-brunatny, a zawdzięcza go związkom żelaza, tutaj kopano piryt i zostało wyrobisko, napłynęła woda i stąd ten kolor.

Trochę wyżej położone, 635 m. n.p.m i mniejsze jest błękitne jeziorko, ale bardziej adekwatna nazwa by była szmaragdowe. To zasługa obecnych tu związków miedzi pozostałych po wyrobisku dawnej kopalni „Nowe Szczęście”.

Ostatni „zielony stawek” to tylko tablica informacyjna i bezwodna dziura w ziemi.
Opuszczamy jeziorka i w dalszym ciągu, szlakiem zielonym, jedziemy a właściwie prowadzimy rowery. Trasa jest dość trudna i pod górę, a ta góra to najwyższy szczyt wschodniej części Rudaw Janowickich – Wielka Kopa o wysokości 871 m. Na płaskim wierzchołku skały i fundament po dawnej, niemieckiej wieży widokowej.

Trochę odpoczynku i podziwiania panoramy przy słonecznej pogodzie, a potem już w dół, bardzo ekstremalnym szlakiem zielonym do Rędzin, po drodze oczywiście nie spotykamy innych rowerzystów, gdyż to szlak dla pieszych. Od Rędzin znów pod górę i znów prowadząc rowery, ale już znacznie łagodniej. Po prawej stronie mamy piękne zbocze idealnie nadające się na narty zjazdowe. Docieramy do Czarnowa i tam korzystając już z asfaltówki jedziemy obok kopalni dolomitu, dość mocno pedałując bo znów wzniesienie i już mamy schronisko „Czartak”. Brak bufetu uniemożliwia nam uzupełnienia płynów więc wysuszamy nasze ostatnie zapasy, robimy sobie wspólne zdjęcie i dalej w drogę już oznakowanymi trasami rowerowymi.

Ta część naszej wyprawy przebiega bezproblemowo, jedzie się dobrze i w miarę szybko, a po drodze już widać więcej rowerzystów.W okolicach Kowar obserwujemy skutki zeszłorocznego orkanu „Kirył” w postaci mnóstwa powalonych drzew iglastych, sporo drzew już sprzątnięto i pocięto na bale. W Bukowcu zauważamy przy drodze krzyż pokutny, który na wszelki wypadek uwieczniam fotografią, bo może się przyda do Marka galerii, chyba że on już go ma w swoich zbiorach. Sam Bukowiec to bardzo ładnie położona miejscowość z pięknymi krajobrazami. W Łomnicy rozstajemy się, ja jadę w kierunku Sudeckiej i potem na Głowackiego, a Czesław na Zabobrze. W domu jestem ostatecznie o 18.30 , trochę zmęczony, ale szczęśliwy jak zawsze gdy udaje mi się zrealizować jakiś cel.
Trasa: Jelenia Góra-Łomnica, Wojanów, Bobrów, Trzcińsko, Janowice Wielkie, , Przybkowice, Wieściszowice, Wielka Kopa/góra/, Rędziny, Czarnów, Wojków k. Kowar, Bukowiec, Łomnica, Jelenia Góra.
Wyjeżdżam z domu o 8.00, dość ciepło ubrany, bo jest zaledwie kilka stopni ciepła i bez słońca. Najpierw trasą rowerową wzdłuż ul. Sudeckiej, a potem przez Łomnicę do Wojanowa, gdzie przy moście na Bobrze spotykam się z moim partnerem na dalszą część wyprawy, Czesławem S. Jest to już nasza druga, wspólna wyprawa rowerowa, pierwsza to około 55 km do Wlenia i po jego okolicach. Tuż na początku Wojanowa wspaniale odrestaurowany i nadal rozbudowywany zespół pałacowy. Do Janowic jedziemy znaną już trasą rowerową ER-6, wzdłuż Bobru. Kilka kilometrów od Janowic, po dość długim podjeździe, dojeżdżamy do Miedzianki /Kupferberg/ miejscowości, która jeszcze nie tak dawno tętniła życiem, gdzie mieszkało nawet kilka tysięcy osób, działały kopalnie miedzi, srebra, kobaltu, a po wojnie uranu. Obecnie to tylko kościół i dosłownie kilka budynków i bardzo wiele zarośniętych, ledwie widocznych śladów dawnych zabudowań. Mamy szczęście, a może po prostu realizujemy jakiś plan „Wielkiego Reżysera”, bo wokół kościoła mnóstwo samochodów, świadczących o odbywanej właśnie mszy świętej. Korzystamy z tego i my wchodząc do tej dość skromnie wyposażonej, ale zapełnionej ludźmi, świątyni aby posilić się strawą duchową.
Dzięki moim spacerom z Olą odmawiam „ Modlitwę Pańską” w sześciu językach. Po polsku z oczywistych względów, potem w oryginalnym języku ewangelii, starogreckim „koine”, następnie po łacinie bo ten język wypromował chrześcijaństwo na cały ówczesny świat, po czesku gdyż ten język przez wiele lat dominował na tym terenie, po niemiecku z podobnych przyczyn, a w dodatku posługujący się tym językiem ludzie pozostawili na tych ziemiach bardzo wiele świadectw wysoko rozwiniętej kultury materialnej. Ostatnie „Ojcze Nasz” wypowiedziałem po rosyjsku, co niektórych może oburzać, ale „nolens volens” /chcąc nie chcąc / to im zawdzięczamy te piękne i bogate ziemie, których polskość, pominąwszy te legendarne, piastowskie początki, była dość wątpliwa, szczególnie tuż po wojnie, bo teraz, już po 60 latach mocno tu wrośliśmy.

Po nabożeństwie kościół i jego najbliższe okolice momentalnie opustoszały i znów byliśmy tylko my i nasze rowery. Zjeżdżamy w dół i zmieniamy szlak rowerowy na zielony, któru doprowadza nas do głównego celu naszej wyprawy, tzw. „Kolorowych Jeziorek” obok Wieściszowic. Same jeziorka są dobrze opisane przy pomocy dużych, czytelnych tablic.

Na parkingu sporo samochodów, co przy niedzieli jest normą. My swoje pojazdy ciągniemy ze sobą. Na miejscu jest oczywiście jakaś mała, skromna gastronomia, kilka koni dla turystów oraz zjazd na linie nad jeziorkiem. Odpoczywamy, pijemy piwko i jemy to co zabraliśmy z domów. Potem obchodzimy te kolorowe zbiorniki wodne, dobrze, że wziąłem aparat bo jest co fotografować. Największe z nich purpurowe, chociaż dla mnie kolor tego jeziorka jest bardziej czerwono-brunatny, a zawdzięcza go związkom żelaza, tutaj kopano piryt i zostało wyrobisko, napłynęła woda i stąd ten kolor.

Trochę wyżej położone, 635 m. n.p.m i mniejsze jest błękitne jeziorko, ale bardziej adekwatna nazwa by była szmaragdowe. To zasługa obecnych tu związków miedzi pozostałych po wyrobisku dawnej kopalni „Nowe Szczęście”.

Ostatni „zielony stawek” to tylko tablica informacyjna i bezwodna dziura w ziemi.
Opuszczamy jeziorka i w dalszym ciągu, szlakiem zielonym, jedziemy a właściwie prowadzimy rowery. Trasa jest dość trudna i pod górę, a ta góra to najwyższy szczyt wschodniej części Rudaw Janowickich – Wielka Kopa o wysokości 871 m. Na płaskim wierzchołku skały i fundament po dawnej, niemieckiej wieży widokowej.

Trochę odpoczynku i podziwiania panoramy przy słonecznej pogodzie, a potem już w dół, bardzo ekstremalnym szlakiem zielonym do Rędzin, po drodze oczywiście nie spotykamy innych rowerzystów, gdyż to szlak dla pieszych. Od Rędzin znów pod górę i znów prowadząc rowery, ale już znacznie łagodniej. Po prawej stronie mamy piękne zbocze idealnie nadające się na narty zjazdowe. Docieramy do Czarnowa i tam korzystając już z asfaltówki jedziemy obok kopalni dolomitu, dość mocno pedałując bo znów wzniesienie i już mamy schronisko „Czartak”. Brak bufetu uniemożliwia nam uzupełnienia płynów więc wysuszamy nasze ostatnie zapasy, robimy sobie wspólne zdjęcie i dalej w drogę już oznakowanymi trasami rowerowymi.

Ta część naszej wyprawy przebiega bezproblemowo, jedzie się dobrze i w miarę szybko, a po drodze już widać więcej rowerzystów.W okolicach Kowar obserwujemy skutki zeszłorocznego orkanu „Kirył” w postaci mnóstwa powalonych drzew iglastych, sporo drzew już sprzątnięto i pocięto na bale. W Bukowcu zauważamy przy drodze krzyż pokutny, który na wszelki wypadek uwieczniam fotografią, bo może się przyda do Marka galerii, chyba że on już go ma w swoich zbiorach. Sam Bukowiec to bardzo ładnie położona miejscowość z pięknymi krajobrazami. W Łomnicy rozstajemy się, ja jadę w kierunku Sudeckiej i potem na Głowackiego, a Czesław na Zabobrze. W domu jestem ostatecznie o 18.30 , trochę zmęczony, ale szczęśliwy jak zawsze gdy udaje mi się zrealizować jakiś cel.
niedziela, 22 kwietnia 2007
rocznicowe rozterki
Te dwa ostatnie dni to słoneczna i czasami trochę wietrzna pogoda i chłodne poranki. Wspaniale widać Karkonosze, które jeszcze ośnieżone sprawiają wrażenie jakby były bardzo blisko. To na prawdę duże szczęście mieszkać w Jeleniej Górze od dzieciństwa i móc codziennie obcować z takim krajobrazem.
Iwonka określiła swoje rodzinne miasto jako "bajeczne" i może rzeczywiście jest w nim coś, co powoduje, że można się w nim zakochać. Ja mam teraz przez to trochę "rozdartą duszę", z jednej strony Wleń i kilkanaście, w zdecydowanej większości, szczęśliwych lat i od prawie dwóch lat Jelenia, gdzie urodziły się najbliższe teraz mojemu sercu kobiety. Trudno jest być w dwóch miejscach na raz, nie tylko fizycznie ale i psychicznie, więc nieuchronnie zbliża się pora wyboru i podjęcia decyzji o jednym miejscu zamieszkania.
To tyle o moich osobistych rozterkach, przejdźmy teraz do innych osób i zdarzeń.
Sobota - to przede wszystkim dwa wydarzenia, 28 urodziny Marcina uświęcone wspólnym, rodzinnym obiadem u jego teściów w Lwówku oraz pierwszy, samodzielny wypiek chleba razowego przez Iwonkę. Debiut wypadł wspaniale, więc wypieki na pewno będą kontynuowane.
Niedziela - to 26 lat Marka i międzynarodowy dzień Ziemi. Te dwa wydarzenia uczciłem na spacerze z Olą przebiegnięciem wokół tzw. stawu Maćka 15 okrążeń co w przybliżeniu wyniosło około 3,5 km, bo na tyle pozwoliła mi Ola, a właściwie jej sen.
Najmłodsza Rudowska jest dzieckiem wybitnie towarzyskim, uśmiechającym się z ufnością do wszystkich i z każdym dniem staje się coraz bardziej mobilna także już nie można spuszczać z niej wzroku, bo jej ulubiona zabawa to wyrzucanie zabawek z łóżeczka , podciąganie się na kolankach i obserwacja tego, co jest na podłodze. Próbuje przy tym już wstawać i przechylać się co grozi upadkiem.
Babcia Lucyna, która jutro przyjedzie, będzie teraz musiała dużo więcej uwagi poświęcać swojej ukochanej "kruszynce".
Iwonka określiła swoje rodzinne miasto jako "bajeczne" i może rzeczywiście jest w nim coś, co powoduje, że można się w nim zakochać. Ja mam teraz przez to trochę "rozdartą duszę", z jednej strony Wleń i kilkanaście, w zdecydowanej większości, szczęśliwych lat i od prawie dwóch lat Jelenia, gdzie urodziły się najbliższe teraz mojemu sercu kobiety. Trudno jest być w dwóch miejscach na raz, nie tylko fizycznie ale i psychicznie, więc nieuchronnie zbliża się pora wyboru i podjęcia decyzji o jednym miejscu zamieszkania.
To tyle o moich osobistych rozterkach, przejdźmy teraz do innych osób i zdarzeń.
Sobota - to przede wszystkim dwa wydarzenia, 28 urodziny Marcina uświęcone wspólnym, rodzinnym obiadem u jego teściów w Lwówku oraz pierwszy, samodzielny wypiek chleba razowego przez Iwonkę. Debiut wypadł wspaniale, więc wypieki na pewno będą kontynuowane.
Niedziela - to 26 lat Marka i międzynarodowy dzień Ziemi. Te dwa wydarzenia uczciłem na spacerze z Olą przebiegnięciem wokół tzw. stawu Maćka 15 okrążeń co w przybliżeniu wyniosło około 3,5 km, bo na tyle pozwoliła mi Ola, a właściwie jej sen.
Najmłodsza Rudowska jest dzieckiem wybitnie towarzyskim, uśmiechającym się z ufnością do wszystkich i z każdym dniem staje się coraz bardziej mobilna także już nie można spuszczać z niej wzroku, bo jej ulubiona zabawa to wyrzucanie zabawek z łóżeczka , podciąganie się na kolankach i obserwacja tego, co jest na podłodze. Próbuje przy tym już wstawać i przechylać się co grozi upadkiem.
Babcia Lucyna, która jutro przyjedzie, będzie teraz musiała dużo więcej uwagi poświęcać swojej ukochanej "kruszynce".
niedziela, 20 sierpnia 2006
Jakuszyce 2006
20.08.2006 / niedziela / ok. 50 km
Trasa: Jakuszyce-Polana, Orle, przejście graniczne Orle-Jizerka, Chatka Górzystów, Rozdroże pod Cichą Równią, Zwalisko, Zakręt Śmierci, Zbójeckie Skały, Piechowice, Sobieszów, Cieplice, ul. Głowackiego
Ranek pochmurny, niezbyt zachęcający do jazdy rowerem, ale ja już się zdecydowałem. Około 9.50 na dworcu PKP w Jeleniej Górze uprzejmy kierowca PKS pozwala umieścić rower w luku bagażowym i w ten sposób docieram po 70 minutach, bez najmniejszego wysiłku, do Jakuszyc. Pomimo wakacyjnej niedzieli niezbyt wielu turystów, prawdopodobnie odstraszyła ich niekorzystna prognoza. Jadę trasą na Orle, którą nota bene przemieszczałem się zimą na nartach biegowych. W schronisku kilkanaście osób, w tym kilku rowerzystów, a największym powodzeniem cieszy się Lwóweckie piwo po 4 złote. Niektórzy z turystów łączą rekreację ze zbieraniem grzybów, które pojawiły się po ostatnich opadach deszczu. Następny etap to granica polsko-czeska na rzece Jizerka i drewniany most graniczny umożliwiający przejście turystyczne i dojście do oddalonej o 2 kilometry czeskiej miejscowości – Jizerka. Robię kilka zdjęć na przejściu i bezowocnie próbuję znaleźć jakieś grzyby.


Na trasie do Chatki Górzystów napotykam na przeszkody terenowe w postaci dwóch zawalonych przez ostatnią powódź mostków, na szczęście są to małe, płytkie rzeczki i można je pokonać, przedostając się na drugą stronę w węższych miejscach. Oprócz mnie dokonuje tego wielu rowerzystów.

W Chatce, jak się później zorientowałem było z soboty na niedzielę przyjęcie weselne, o czym świadczyły dwa duże drewniane stoły zastawione wszelkim jadłem i alkoholem. Rewelacją były posiłki i ceny, kiełbasa z rusztu z dodatkami oraz wieloskładnikowa sałatka to wydatek zaledwie 6 złotych, a w dodatku podane na normalnym talerzu, a nie papierowym czy plastikowym, a jak dodam, że przy konsumpcji towarzyszył mi śpiew przy akompaniamencie gitary w wykonaniu jednego z weselnych gości, to poczułem się jakbym był w renomowanej restauracji a nie w skromnym schronisku, w dodatku pozbawionym prądu.

Dobrze zaopatrzony jadę dalej i docieram po dość ciężkim odcinku trasy do Rozdroża pod Cichą Równią. Tam zakładam kurtkę przeciwdeszczową, chociaż nie mam wrażenia chłodu, ale to złudne i łatwo o przeziębienie. Trasy, którymi się przemieszczam są różne, niektóre, chociaż oznaczone jako rowerowe to raczej są przeznaczone dla ekstremalnych rowerzystów, mnóstwo kamieni, miejscami trzeba po prostu prowadzić rower.

Większość z rowerzystów ceni wygodę i dlatego na tych odcinkach prawie, bo za wyjątkiem jednego, nie spotykam innych cyklistów, ale za to sporo pieszych turystów.Przy zniszczonej przez ostatnią powódź drodze między Piechowicami a Szklarską Porębą jedna pani sprzedaje grzyby, ale ceny ma, zdecydowanie, europejskie. Tekturowy talerzyk z prawdziwkami kosztuje u niej 20 zł. Przejeżdżam przez Piechowice i zwracam uwagę co uczyniła tej miejscowości spokojna w tej chwili rzeka Kamienna, gdy się to obserwuje z zewnątrz, szczególnie gdy woda już opadła, nie widać wielkich zniszczeń, ale to tylko pozory. Około godz.16.30 wracam do moich ukochanych kobiet.
Trasa: Jakuszyce-Polana, Orle, przejście graniczne Orle-Jizerka, Chatka Górzystów, Rozdroże pod Cichą Równią, Zwalisko, Zakręt Śmierci, Zbójeckie Skały, Piechowice, Sobieszów, Cieplice, ul. Głowackiego
Ranek pochmurny, niezbyt zachęcający do jazdy rowerem, ale ja już się zdecydowałem. Około 9.50 na dworcu PKP w Jeleniej Górze uprzejmy kierowca PKS pozwala umieścić rower w luku bagażowym i w ten sposób docieram po 70 minutach, bez najmniejszego wysiłku, do Jakuszyc. Pomimo wakacyjnej niedzieli niezbyt wielu turystów, prawdopodobnie odstraszyła ich niekorzystna prognoza. Jadę trasą na Orle, którą nota bene przemieszczałem się zimą na nartach biegowych. W schronisku kilkanaście osób, w tym kilku rowerzystów, a największym powodzeniem cieszy się Lwóweckie piwo po 4 złote. Niektórzy z turystów łączą rekreację ze zbieraniem grzybów, które pojawiły się po ostatnich opadach deszczu. Następny etap to granica polsko-czeska na rzece Jizerka i drewniany most graniczny umożliwiający przejście turystyczne i dojście do oddalonej o 2 kilometry czeskiej miejscowości – Jizerka. Robię kilka zdjęć na przejściu i bezowocnie próbuję znaleźć jakieś grzyby.


Na trasie do Chatki Górzystów napotykam na przeszkody terenowe w postaci dwóch zawalonych przez ostatnią powódź mostków, na szczęście są to małe, płytkie rzeczki i można je pokonać, przedostając się na drugą stronę w węższych miejscach. Oprócz mnie dokonuje tego wielu rowerzystów.

W Chatce, jak się później zorientowałem było z soboty na niedzielę przyjęcie weselne, o czym świadczyły dwa duże drewniane stoły zastawione wszelkim jadłem i alkoholem. Rewelacją były posiłki i ceny, kiełbasa z rusztu z dodatkami oraz wieloskładnikowa sałatka to wydatek zaledwie 6 złotych, a w dodatku podane na normalnym talerzu, a nie papierowym czy plastikowym, a jak dodam, że przy konsumpcji towarzyszył mi śpiew przy akompaniamencie gitary w wykonaniu jednego z weselnych gości, to poczułem się jakbym był w renomowanej restauracji a nie w skromnym schronisku, w dodatku pozbawionym prądu.

Dobrze zaopatrzony jadę dalej i docieram po dość ciężkim odcinku trasy do Rozdroża pod Cichą Równią. Tam zakładam kurtkę przeciwdeszczową, chociaż nie mam wrażenia chłodu, ale to złudne i łatwo o przeziębienie. Trasy, którymi się przemieszczam są różne, niektóre, chociaż oznaczone jako rowerowe to raczej są przeznaczone dla ekstremalnych rowerzystów, mnóstwo kamieni, miejscami trzeba po prostu prowadzić rower.

Większość z rowerzystów ceni wygodę i dlatego na tych odcinkach prawie, bo za wyjątkiem jednego, nie spotykam innych cyklistów, ale za to sporo pieszych turystów.Przy zniszczonej przez ostatnią powódź drodze między Piechowicami a Szklarską Porębą jedna pani sprzedaje grzyby, ale ceny ma, zdecydowanie, europejskie. Tekturowy talerzyk z prawdziwkami kosztuje u niej 20 zł. Przejeżdżam przez Piechowice i zwracam uwagę co uczyniła tej miejscowości spokojna w tej chwili rzeka Kamienna, gdy się to obserwuje z zewnątrz, szczególnie gdy woda już opadła, nie widać wielkich zniszczeń, ale to tylko pozory. Około godz.16.30 wracam do moich ukochanych kobiet.
sobota, 13 maja 2006
BAŁTYK 2006
Wyprawa rowerowa Koszalin – Hel / ok. 305 km /
09.05 – 13.05
Prolog 09.05.2006 / wtorek /
Długa i dość nużąca / ok. 10 godzin / podróż autobusem z Wlenia do Koszalina, ja za 67 złotych, a mój rower, dzięki uprzejmości jeleniogórskiego kierowcy, za darmo. Zaraz po wyjściu z autobusu zostałem wzięty za tubylca przez młodych ludzi, gdyż pytano mnie o ulicę Piłsudskiego w Koszalinie. Rozczarowałem ich odpowiedzią, że jestem tu pierwszy raz, ale i tak im pomogłem, ponieważ nabyłem wcześniej, w Gorzowie plan Koszalina. Natomiast mój cel w tym mieście – schronisko młodzieżowe przy ulicy Gnieźnieńskiej okazało się dość trudne do znalezienia bo się niezbyt afiszuje i ma wejście od zaplecza. W dodatku jego położenie na II piętrze spowodowało, że tam trzeba było wtaszczyć rower, koszt noclegu 15 złotych, a przy tym bardzo dobre zaplecze kuchenne, sanitarne i świetlica z TV.
Po zakwaterowaniu i pozbyciu się sakw pojechałem rowerem do centrum, które mocno mnie rozczarowało. Praktycznie sama powojenna zabudowa i brak takiego rynku jaki mają nasze dolnośląskie miasta. Było jeszcze dość jasno więc pojechałem na górę Chełmską, na obrzeżach miasta, gdzie znajduje się sławne sanktuarium Matki Bożej „Trzykroć Przedziwnej”, poświęcone przez Jana Pawła II w dniu 01.06.1991 roku. Druga nazwa to sanktuarium „Przymierza”. Świętą górą opiekuje się od 1990 roku Szensztacki Instytut Sióstr Maryi. Malutka kaplica, ale tak przytulna i wyciszona, że ręce same składają się do modlitwy. Pusto, oprócz mnie tylko jedna pani. Modlę się za naszych drogich zmarłych oraz za Iwonkę i za tą, która już jest, ale jeszcze stanowi jedno ze swoją mamą.
Dzień I 10.05.2006 / środa / ok. 100 km.
Koszalin-Skwierzynka-Kleszcze-Osieki-Łazy-Osieki-Bielkowo-Dąbki-Bobolin-Darłowo-Wicie-Jarosławiec-Łącko-Królewo-Zaleskie-Duninowo-Ustka
Po nocy spędzonej samotnie w 16-to osobowej sali, porannych ablucjach i lekkim śniadanku, jadę przez Koszalin. W odróżnieniu od wczorajszego, wieczornego spokoju na ulicach, rano całe miasto jest mocno ożywione. Dużo ścieżek rowerowych wzdłuż głównych ulic ułatwia życie rowerzystom. Dojeżdżam do małej wioski Skwierzynka, tam kończy się asfaltówka i są trzy drogi gruntowe. Po konsultacji z miejscową panią wybieram właściwą drogę. Przez około dwa kilometry dróżka, a właściwie, oznakowany na niebiesko, pieszy szlak. Przedzieram się przez las i mokradła, dość wąską groblą. Miejscami jestem zmuszony do zejścia z roweru. Nagle przede mną przeszkoda wodna, rzeczka szerokości kilku metrów o nazwie „Unieść”. Widać pozostałości starego, przedwojennego mostu, na szczęście kilkadziesiąt metrów w bok jest drewniana kładka, którą z trudem można przejść na drugą stronę rzeczki. Dalej już zdecydowanie lepsza droga prowadzi do miejscowości Kleszcze, a stamtąd wspaniałą drogą asfaltową, bez żadnych dziur, do Osieków gmina Sianów nad przymorskim jeziorem Jamno. Ładna tablica informacyjna z napisem „Nie tylko plaża” zachęca do odwiedzin tej sympatycznej dla turystów gminy, gdzie nawet proponuje się spływ kajakowy tą wspomnianą wcześniej rzeczką Unieść. Dalej tą samą wspaniałą drogą, wybudowaną jak wynika z tablicy ze środków Unii, docieram do pierwszej nadmorskiej miejscowości Łazy, gdzie na plaży wdycham w swoje dolnośląskie płuca świeże, mocno jodowane powietrze. Na plaży mnóstwo ludzi, to znaczy tylko moja skromna osoba.
Próbuję jechać dalej jak najbliżej morza, ale to mi się nie udaje i po paru kilometrach jazdy przez las wracam niestety do Osieków, a tam drogą z betonowych płyt, oznaczoną jako trasa rowerowa R-10, skracam sobie drogę na Dąbki i Darłowo przez Rzepkowo i Iwięcino. W tym ostatnim widzę ładny, mały kościół, z czerwonej cegły. Do Bielkowa już normalna trasa z normalnym, wzmożonym ruchem samochodów. Dojeżdżając do znanej nadmorskiej miejscowości Dąbki mam po lewej stronie jezioro Bukowno. W Dębkach jestem około 12.00, tu już nawet sporo turystów, wiele placówek, wyłudzających od nich pieniądze, już działa, ale większość pozostaje jeszcze w zimowym letargu. Zauważam smażalnię, gdzie było dość sporo ludzi, a to znaczy najlepszą reklamę, dla tego typu usług. Zjadłem tam, no co mogłem zjeść, wiadomo rybę, a jak rybę to wiadomo – halibuta, który był w cenie 4 zł za 100 g. Okazał się dość smaczny, szczególnie zapity małym piwkiem marki „Sambor”. Po jedzonku dalej w drogę do Darłowa. Tam zwiedziłem największą atrakcję turystyczną – Zamek Książąt Pomorskich. Dużo ciekawych eksponatów,ale pusto, w zamku oprócz mnie tylko jedna osoba. Ładny i duży plac ratuszowy oraz deptak, przerobiony z jednej z głównych ulic, po którym spaceruje wielu turystów. Potem Darłówko, ale to właściwie dzielnica Darłowa. Od Darłówka jadę na Jarosławiec oznaczoną trasą rowerową R-10, która biegnie nadmorskim pasem. W okolicach jeziora Kopań jedzie się mając po jednej stronie te jezioro, a po drugiej morze. Cały czas jest słonecznie, jedynie trochę wietrznie, ale to chyba nad morzem naturalne. Jednak przez ten wiatr bardzo trudno mi było zagotować wodę na kawę, to chyba była najdłużej wyczekiwana kawa, dlatego tak bardzo smakowała, pita w dodatku z widokiem na morze.
Cały ten odcinek drogi jest o wielu stopniach trudności, najczęściej są to betonowe płyty z dziurami czasami przeplatane piaszczystą, leśną drogą, po której nie zawsze można jechać.
W miejscowości Wicie ładny, funkcjonalny drogowskaz dla rowerzystów, pierwszy na trasie.
Niedaleko Jarosławca wyjeżdżam z wąskiej drogi na szeroką, asfaltową, gdzie można byłoby zmieścić cztery pasy ruchu. Ciągnie się ta droga około dwa kilometry, a prawdopodobnie jest to lotnisko polowe, przez podobne przejeżdżałem wielokrotnie w latach osiemdziesiątych na Mazurach, na trasie Muszaki – Wielbark. W samym Jarosławcu już sporo turystów i ładne zejście na plażę. Oczywiście nikt się nie kąpie, niektórzy próbują się opalać. Ładny widok na morze i port. Opuszczam tę miłą miejscowość i jadę dalej trasą rowerową do Ustki przez Łącko, Królewno, Zaleskie, Duninowo. Przed Zaleskimi przejeżdżam granicę województw i już jestem w woj. Pomorskim. Jest już dość późno i czuję zmęczenie, rozglądam się za jakimś noclegiem ale w tych przejeżdżanych wioskach nie widać żadnych możliwości.
Docieram do Ustki około 19.30, a tam jedna z tablic reklamowych kieruje mnie do Domu Turysty „Doma”, gdzie zostaję miło przyjęty przez sympatycznych, starszych ludzi, którzy okazują się emerytowanymi nauczycielami. Dostaję pokoik z zapleczem sanitarnym i dostępem do kuchni za 25 zł. Biorę prysznic i już odświeżony oglądam trochę TV i czytam.
Dzień II 11.05.2006 / czwartek / ok. 105 km.
Ustka-Czysta-Gardna Wlk.-Smołdzino-Kluki-Główczyce-Izbica-Gać-Żarnowska-Łeba-Nowęcin-Sarbsk-Ulinia
Po dobrze przespanej nocy wstałem około 6.30, a około 8.00 wyjechałem z Ustki szlakiem rowerowym zwanym „szlakiem zwiniętych torów”, bo został poprowadzony starą, zdemontowaną wąskotorówką. Podobnie jak u nas, w Pławnej, ale tu ograniczono się tylko do ściągnięcia torów, nie położono asfaltu, pozostała tylko ubita, gruntowa droga. Dość dobrze oznakowana z tablicami kierunkowymi, na trasie mało rowerzystów, spotkałem tylko dwóch i to miejscowych. Jacyś wandale zniszczyli jeden z kierunkowskazów, skutkiem czego zamiast skręcić na Rowy pojechałem dalej tą „wąskotorówką” i w ten sposób wylądowałem obok kolejnego, nadmorskiego jeziora Gardno, już na terenie Słowińskiego Parku Narodowego. W Gardnie Wielkim spożywam zakupione w miejscowym sklepie wiktuały i patrzę na jezioro. Obok mnie na pobliskim trawniku leży przy swojej taczce prawdopodobnie psychicznie chory człowiek. Swoją taczkę traktuje jako samochód, dorobił do niej lusterko, stacyjkę z kluczykiem, rurę wydechową i chlapacze do kół, a przy tym prowadzi jakieś rozmowy przez atrapę telefonu komórkowego. Widać, że dobrze się czuje w tym swoim, wymyślonym świecie i to jest chyba najważniejsze, być z samym sobą w zgodzie.
W Smołdzinie niestety największa atrakcja czyli święta góra „Rowokół” zamknięta, jadę więc dalej, w Smołdzińskim Lesie, przy kościele, na tablicy informacyjnej o radiu „Maryja” ktoś dowcipny dopisał „Heavy rock station”. Przed Klukami zauważam w lesie ładne miejsce do wypoczynku, zatrzymuję się tam i robię sobie kawę. Obok Kluków stary, opuszczony cmentarz dawnych mieszkańców tej miejscowości, ostatni nagrobek pochodzi z 1987 roku, obecnie jest to część muzeum w Klukach. Zwiedzam tutejszy skansen wsi słowińskiej, narodu, którego już praktycznie nie ma, zostały tylko świadectwa kultury materialnej i niematerialnej. Sporo starych chałup, a jeszcze będzie przybywać nowych obiektów, widziałem „starą” karczmę w budowie.
Po zwiedzeniu Muzeum Wsi Słowińskiej odbijam lekko od szlaku R-10 i docieram do jeziora Łebsko, które jest trzecim w Polsce pod względem powierzchni i największym w całym pasie nadmorskim. Ładny widok z drewnianej wieży na brzegu jeziora. Dalej już jadę trasą R-10, która skręca teraz na południe i doprowadza mnie do wsi Główczyce, gdzie do 1829 roku 75% ludności posługiwało się mową kaszubską, a w 1886 roku po raz ostatni wygłoszono w tutejszym kościele kazanie w tym języku. Z Główczyc znów na północ do Izbicy, położonej nad jeziorem Łebsko. Za Izbicą mostem przez rzekę Łeba, a dalej przez maleńką wieś Gać do wsi Żarnowska gm. Wicko. Tam widzę kościółek, wyglądający jak nowy, który jest otwarty i zachęca do wejścia, z czego korzystam. W środku świątyni jeszcze pusto przed nabożeństwem majowym, idealne miejsce i czas aby się chociaż na chwilę wyciszyć i pomodlić. Wychodząc pytam małego chłopca, czy ten kościół jest nowy. Odpowiedział, że stary, bo ma już 10 lat. Rozbawiła mnie ta jego odpowiedź, powiedziałem mu, że dla kościoła taki wiek to okres niemowlęcy, ale co wymagać od dziecka, który ma 9 lat, a 10 jest dla niego całą wiecznością. Taki to relatywizm czasowy.
Z Żarnowskiej już do Łeby, a tam sporo turystów, ale sytuacja podobna jak w Ustce. Trwają w najlepsze prace przygotowawcze do sezonu letniego. Jestem zaskoczony dużą ilością nowych turystycznych inwestycji nie tylko tu w Łebie, ale i w innych, przejechanych przeze mnie miejscowości nadmorskich, a przecież sezon tutaj jest dość krótki. Poza tym wiele ofert sprzedaży działek budowlanych. Jeżdżę i chodzę po Łebie, porcie, a w jednej z opustoszałych restauracji jem coś ciepłego. Nie chce mi się nocować w Łebie, a słonko jeszcze na niebie, więc biorę rower pod siebie, hi,hi, ale mi się zrymowało. Jadę przez Nowęcin, a potem piaszczystym traktem rowerowym, oznaczonym na czerwono, mając po lewej stronie jezioro Sarbsko, dojeżdżam około 19.30 do wsi Ulinia, gdzie po półgodzinnym poszukiwaniu znajduję pokój za 20 zł u właścicielki miejscowego sklepu.
Dzień III 12.05.2006 / piątek / ok. 100 km.
Ulinia-Sasino-Choczewo-Wierzchucino-Żarnowiec-Krokowa-Karwia-Jastrzębia Góra-Rozewie-Władysławowo-Chałupy-Kuźnica-Jastarnia-Jurata-Hel
Noc dobrze przespana, więc o 7.00 wyruszam dalej przy ładnej, słonecznej pogodzie, jest już ciepło i dlatego jadę w krótkich spodenkach z pampersem. Początek drogi do Sasina to ostry podjazd pod górę, który zmusza do zejścia z roweru. Zaczyna się już mocno pagórkowaty teren, który przypomina nasze strony. Przed Sasinem opuszczam powiat Lębork, a wjeżdżam do wejherowskiego. Ciekawostką są tablice z dwujęzycznymi napisami powiatów, a w niektórych miejscowościach i ulic. Oprócz napisów w polskim języku są napisy w kaszubskim. Cały czas droga asfaltowa, pustawo, bardzo mały ruch, czego więcej może potrzebować rowerzysta. W Choczewie, wsi gminnej, spożywam śniadanko na ławce naprzeciwko posterunku policji, ale to czysty przypadek. Od miejscowości Słuchowo zaczyna się już „Pucci Poviet”, jak informuje dwujęzyczna tablica. Dojeżdżam do jeziora Żarnowieckiego i zatrzymuję się na krótki postój przy elektrowni wodnej. Dopływająca tam do jeziora mała rzeczka Piaśnica stanowiła przez wieki granicę różnych państw, począwszy od Pokoju Toruńskiego w 1466 roku, a skończywszy na granicy pomiędzy Polską a Niemcami w latach 1919-1939. Przekraczam tę historyczną granicę i wjeżdżam na te skromniutkie, przedwojenne, polskie wybrzeże. W Żarnowcu ładny, duży kościół, świeżo odnowiony, a pochodzący z przełomu XIII i XIV wieku i założony przez zakon Cystersów z Oliwy. Na przykościelnym cmentarzu sporo nazwisk kaszubskich jak na przykład: Gäffke, Goyke, Prill, Radtke, Styn, Abraham. Piękny, długi zjazd do Krokowej, aż szkoda się zatrzymywać więc jadę dalej. Za Krokową skręcam w lewo i jadę na północ do Karwi. Pogoda, jak już wcześniej pisałem, idealna, słonecznie i nie za ciepło, a do tego wiaterek w odpowiednią stronę. W Karwi znów faktycznie wracam nad samo morze, i już będę się go trzymał do końca tej wyprawy. Jadę na plażę, pusto, bardzo wietrznie, ale dość ciepło. Zauważam około 10 osób na plaży, próbujących zasłonić się przed wiatrem za pomocą parawanów. Próbuję zdjąć koszulkę, ale musiałem ją z powrotem założyć bo było chłodno. Pierwszy raz zanurzam nogi i brodzę kilka minut w morzu, ależ zimne br....., ale po wyschnięciu stopy są jak nowe. Mokry piasek zachęca do działalności literackiej, a moja wyraziła się w wypisaniu imion, najbliższych mi osób. Posilając się natrafiam w miejscowej gazetce „Nasze Pomorze” na wiersz Miłosza „Piosenka o końcu świata”, bardzo dobry kawałek poezji do poczytania nad morzem.
Od Karwi jadę przez Jastrzębią Górę, Rozewie, Chłapowo, Cetniewo do Władysławowa. W tym miasteczku byłem ponad czterdzieści lat temu, był to mój pierwszy wyjazd nad morze. Nigdy bym wtedy nie przypuszczał, że wrócę tu po tylu latach, rowerem i w dodatku nie z Ostrowi Mazowieckiej, ale z Jeleniej Góry. Generalnie Władysławowo trochę mnie rozczarowuje, jakaś dziwna, bezładna zabudowa. Mam problem, czy jechać na Hel, bo okazuje się, że pociągi tam nie jeżdżą i nie wiem jak wrócę, ale przekonywuje mnie piękna trasa rowerowa. W Chałupach wysyłam esemesy do Marka i Burskich o treści „Chałupy welcome to” i wreszcie jem coś z jaj – jajecznicę, ładnie podaną. Nad zatoką mnóstwo ośrodków windsurfingowych, a mi przyszedł do głowy pomysł „windcyclingu” czyli roweru z żaglem. Na tych wietrznych terenach mógłby się sprawdzić. Jeszcze jedno spostrzeżenie, a właściwie przyjemna refleksja, gdy się jedzie widać wszędzie napisy „wolne pokoje” lub „Zimmer frei”, jakaż to rekompensata za dawne czasy, szczególnie w sezonie, kiedy wszystko było zajęte. Jastarnia sprawia miłe wrażenie, jest ładna i dobrze zagospodarowana. W Juracie elektroniczna tablica informuje” „godz.16.30, temp.powietrza 18 st.C, temp.wody na otartym morzu 5 st.C, w zatoce 7 st.C. Od Juraty aż do samego Helu nic ciekawego, po jednej i po drugiej stronie tereny wojskowe. Wreszcie o godzinie 17.30 osiągam cel mojej nadmorskiej wyprawy Hel, pół godziny później docieram do miejsca, gdzie łączy się otwarte morze z zatoką, czyli na sam cypel półwyspu.
Epilog 12/13.05.2006 piątek/sobota
Dzięki uprzejmości pomorskich kolejarzy jadę pociągiem do Władysławowa, potem zastępczym autobusem /remont torów/ do Pucka, a stamtąd znów koleją do Gdyni. Tam mam tylko 7 minut na przesiadkę, więc mocno zziajany z rowerem pod pachą pokonuje bardzo „przyjazne” dla rowerzystów liczne schody, aby dostać się na inny peron. Umieszczam rower w pierwszym wagonie, a sam usadawiam się w przedziale. Pociąg relacji Gdynia-Wrocław, chyba z uwagi na piątek, jest mocno zatłoczony, co może jest bezpieczniejsze dla pasażerów, ale i niewygodne. Noc w pociągu upływa na przymusowym przysłuchiwaniu się dyskusji dwóch emerytowanych oficerów WP, z których jeden jest strasznym gadułą. Natomiast po mojej lewej stronie mam o wiele młodsze pokolenie, ale też wojskowe, które przemieszcza się z miejsca służby zasadniczej – Słupska do miejsca zamieszkania – Ostrowia Wlkp. Ci młodzieńcy, w liczbie dwóch, opróżniają kolejne puszki piwa i często kursują między przedziałem a korytarzem. W Poznaniu młode wojsko wysiada, a reszta przedziału próbuje drzemać. We Wrocławiu jesteśmy, lekko spóźnieni, około 5.20 rano, w sezonie letnim ten pociąg jechałby aż do Szklarskiej Poręby, ale to nie sezon więc jestem zmuszony poczekać kilka godzin na pociąg do Jeleniej Góry o godz.8.55. Czas upływa mi na jeździe rowerem po pustych trasach rowerowych Wrocławia oraz obserwacji życia towarzyskiego na dwóch dworcach: PKP i PKS.
Od godziny 8.55 cofamy się do początków kolei żelaznej, czyli gdzieś do XIX wieku, kiedy pociągi jechały z zawrotną prędkością 30 km na godzinę. Ale w tym niemiłosiernie wlokącym się pojeździe jest sporo ludzi, w tym wielu z rowerami, dla których jest to niestety jedyny środek przemieszczania się ze swoim sprzętem, w dodatku jest sobota, ładna pogoda, a to wszystko sprzyja rekreacji. Po prawie czterogodzinnej jeździe, to chyba rekord współczesnej Europy, kończę swoją podróż kolejową za którą zapłaciłem 70 zł, w tym opłata za rower. Około 13.00 wpadam wreszcie w ramiona mojej, mocno zaokrąglonej, Iwonki.
Wyprawę poświęcam Iwonce oraz mojej, jeszcze nienarodzonej, Oli.
09.05 – 13.05
Prolog 09.05.2006 / wtorek /
Długa i dość nużąca / ok. 10 godzin / podróż autobusem z Wlenia do Koszalina, ja za 67 złotych, a mój rower, dzięki uprzejmości jeleniogórskiego kierowcy, za darmo. Zaraz po wyjściu z autobusu zostałem wzięty za tubylca przez młodych ludzi, gdyż pytano mnie o ulicę Piłsudskiego w Koszalinie. Rozczarowałem ich odpowiedzią, że jestem tu pierwszy raz, ale i tak im pomogłem, ponieważ nabyłem wcześniej, w Gorzowie plan Koszalina. Natomiast mój cel w tym mieście – schronisko młodzieżowe przy ulicy Gnieźnieńskiej okazało się dość trudne do znalezienia bo się niezbyt afiszuje i ma wejście od zaplecza. W dodatku jego położenie na II piętrze spowodowało, że tam trzeba było wtaszczyć rower, koszt noclegu 15 złotych, a przy tym bardzo dobre zaplecze kuchenne, sanitarne i świetlica z TV.
Po zakwaterowaniu i pozbyciu się sakw pojechałem rowerem do centrum, które mocno mnie rozczarowało. Praktycznie sama powojenna zabudowa i brak takiego rynku jaki mają nasze dolnośląskie miasta. Było jeszcze dość jasno więc pojechałem na górę Chełmską, na obrzeżach miasta, gdzie znajduje się sławne sanktuarium Matki Bożej „Trzykroć Przedziwnej”, poświęcone przez Jana Pawła II w dniu 01.06.1991 roku. Druga nazwa to sanktuarium „Przymierza”. Świętą górą opiekuje się od 1990 roku Szensztacki Instytut Sióstr Maryi. Malutka kaplica, ale tak przytulna i wyciszona, że ręce same składają się do modlitwy. Pusto, oprócz mnie tylko jedna pani. Modlę się za naszych drogich zmarłych oraz za Iwonkę i za tą, która już jest, ale jeszcze stanowi jedno ze swoją mamą.
Dzień I 10.05.2006 / środa / ok. 100 km.
Koszalin-Skwierzynka-Kleszcze-Osieki-Łazy-Osieki-Bielkowo-Dąbki-Bobolin-Darłowo-Wicie-Jarosławiec-Łącko-Królewo-Zaleskie-Duninowo-Ustka
Po nocy spędzonej samotnie w 16-to osobowej sali, porannych ablucjach i lekkim śniadanku, jadę przez Koszalin. W odróżnieniu od wczorajszego, wieczornego spokoju na ulicach, rano całe miasto jest mocno ożywione. Dużo ścieżek rowerowych wzdłuż głównych ulic ułatwia życie rowerzystom. Dojeżdżam do małej wioski Skwierzynka, tam kończy się asfaltówka i są trzy drogi gruntowe. Po konsultacji z miejscową panią wybieram właściwą drogę. Przez około dwa kilometry dróżka, a właściwie, oznakowany na niebiesko, pieszy szlak. Przedzieram się przez las i mokradła, dość wąską groblą. Miejscami jestem zmuszony do zejścia z roweru. Nagle przede mną przeszkoda wodna, rzeczka szerokości kilku metrów o nazwie „Unieść”. Widać pozostałości starego, przedwojennego mostu, na szczęście kilkadziesiąt metrów w bok jest drewniana kładka, którą z trudem można przejść na drugą stronę rzeczki. Dalej już zdecydowanie lepsza droga prowadzi do miejscowości Kleszcze, a stamtąd wspaniałą drogą asfaltową, bez żadnych dziur, do Osieków gmina Sianów nad przymorskim jeziorem Jamno. Ładna tablica informacyjna z napisem „Nie tylko plaża” zachęca do odwiedzin tej sympatycznej dla turystów gminy, gdzie nawet proponuje się spływ kajakowy tą wspomnianą wcześniej rzeczką Unieść. Dalej tą samą wspaniałą drogą, wybudowaną jak wynika z tablicy ze środków Unii, docieram do pierwszej nadmorskiej miejscowości Łazy, gdzie na plaży wdycham w swoje dolnośląskie płuca świeże, mocno jodowane powietrze. Na plaży mnóstwo ludzi, to znaczy tylko moja skromna osoba.
Próbuję jechać dalej jak najbliżej morza, ale to mi się nie udaje i po paru kilometrach jazdy przez las wracam niestety do Osieków, a tam drogą z betonowych płyt, oznaczoną jako trasa rowerowa R-10, skracam sobie drogę na Dąbki i Darłowo przez Rzepkowo i Iwięcino. W tym ostatnim widzę ładny, mały kościół, z czerwonej cegły. Do Bielkowa już normalna trasa z normalnym, wzmożonym ruchem samochodów. Dojeżdżając do znanej nadmorskiej miejscowości Dąbki mam po lewej stronie jezioro Bukowno. W Dębkach jestem około 12.00, tu już nawet sporo turystów, wiele placówek, wyłudzających od nich pieniądze, już działa, ale większość pozostaje jeszcze w zimowym letargu. Zauważam smażalnię, gdzie było dość sporo ludzi, a to znaczy najlepszą reklamę, dla tego typu usług. Zjadłem tam, no co mogłem zjeść, wiadomo rybę, a jak rybę to wiadomo – halibuta, który był w cenie 4 zł za 100 g. Okazał się dość smaczny, szczególnie zapity małym piwkiem marki „Sambor”. Po jedzonku dalej w drogę do Darłowa. Tam zwiedziłem największą atrakcję turystyczną – Zamek Książąt Pomorskich. Dużo ciekawych eksponatów,ale pusto, w zamku oprócz mnie tylko jedna osoba. Ładny i duży plac ratuszowy oraz deptak, przerobiony z jednej z głównych ulic, po którym spaceruje wielu turystów. Potem Darłówko, ale to właściwie dzielnica Darłowa. Od Darłówka jadę na Jarosławiec oznaczoną trasą rowerową R-10, która biegnie nadmorskim pasem. W okolicach jeziora Kopań jedzie się mając po jednej stronie te jezioro, a po drugiej morze. Cały czas jest słonecznie, jedynie trochę wietrznie, ale to chyba nad morzem naturalne. Jednak przez ten wiatr bardzo trudno mi było zagotować wodę na kawę, to chyba była najdłużej wyczekiwana kawa, dlatego tak bardzo smakowała, pita w dodatku z widokiem na morze.
Cały ten odcinek drogi jest o wielu stopniach trudności, najczęściej są to betonowe płyty z dziurami czasami przeplatane piaszczystą, leśną drogą, po której nie zawsze można jechać.
W miejscowości Wicie ładny, funkcjonalny drogowskaz dla rowerzystów, pierwszy na trasie.
Niedaleko Jarosławca wyjeżdżam z wąskiej drogi na szeroką, asfaltową, gdzie można byłoby zmieścić cztery pasy ruchu. Ciągnie się ta droga około dwa kilometry, a prawdopodobnie jest to lotnisko polowe, przez podobne przejeżdżałem wielokrotnie w latach osiemdziesiątych na Mazurach, na trasie Muszaki – Wielbark. W samym Jarosławcu już sporo turystów i ładne zejście na plażę. Oczywiście nikt się nie kąpie, niektórzy próbują się opalać. Ładny widok na morze i port. Opuszczam tę miłą miejscowość i jadę dalej trasą rowerową do Ustki przez Łącko, Królewno, Zaleskie, Duninowo. Przed Zaleskimi przejeżdżam granicę województw i już jestem w woj. Pomorskim. Jest już dość późno i czuję zmęczenie, rozglądam się za jakimś noclegiem ale w tych przejeżdżanych wioskach nie widać żadnych możliwości.
Docieram do Ustki około 19.30, a tam jedna z tablic reklamowych kieruje mnie do Domu Turysty „Doma”, gdzie zostaję miło przyjęty przez sympatycznych, starszych ludzi, którzy okazują się emerytowanymi nauczycielami. Dostaję pokoik z zapleczem sanitarnym i dostępem do kuchni za 25 zł. Biorę prysznic i już odświeżony oglądam trochę TV i czytam.
Dzień II 11.05.2006 / czwartek / ok. 105 km.
Ustka-Czysta-Gardna Wlk.-Smołdzino-Kluki-Główczyce-Izbica-Gać-Żarnowska-Łeba-Nowęcin-Sarbsk-Ulinia
Po dobrze przespanej nocy wstałem około 6.30, a około 8.00 wyjechałem z Ustki szlakiem rowerowym zwanym „szlakiem zwiniętych torów”, bo został poprowadzony starą, zdemontowaną wąskotorówką. Podobnie jak u nas, w Pławnej, ale tu ograniczono się tylko do ściągnięcia torów, nie położono asfaltu, pozostała tylko ubita, gruntowa droga. Dość dobrze oznakowana z tablicami kierunkowymi, na trasie mało rowerzystów, spotkałem tylko dwóch i to miejscowych. Jacyś wandale zniszczyli jeden z kierunkowskazów, skutkiem czego zamiast skręcić na Rowy pojechałem dalej tą „wąskotorówką” i w ten sposób wylądowałem obok kolejnego, nadmorskiego jeziora Gardno, już na terenie Słowińskiego Parku Narodowego. W Gardnie Wielkim spożywam zakupione w miejscowym sklepie wiktuały i patrzę na jezioro. Obok mnie na pobliskim trawniku leży przy swojej taczce prawdopodobnie psychicznie chory człowiek. Swoją taczkę traktuje jako samochód, dorobił do niej lusterko, stacyjkę z kluczykiem, rurę wydechową i chlapacze do kół, a przy tym prowadzi jakieś rozmowy przez atrapę telefonu komórkowego. Widać, że dobrze się czuje w tym swoim, wymyślonym świecie i to jest chyba najważniejsze, być z samym sobą w zgodzie.
W Smołdzinie niestety największa atrakcja czyli święta góra „Rowokół” zamknięta, jadę więc dalej, w Smołdzińskim Lesie, przy kościele, na tablicy informacyjnej o radiu „Maryja” ktoś dowcipny dopisał „Heavy rock station”. Przed Klukami zauważam w lesie ładne miejsce do wypoczynku, zatrzymuję się tam i robię sobie kawę. Obok Kluków stary, opuszczony cmentarz dawnych mieszkańców tej miejscowości, ostatni nagrobek pochodzi z 1987 roku, obecnie jest to część muzeum w Klukach. Zwiedzam tutejszy skansen wsi słowińskiej, narodu, którego już praktycznie nie ma, zostały tylko świadectwa kultury materialnej i niematerialnej. Sporo starych chałup, a jeszcze będzie przybywać nowych obiektów, widziałem „starą” karczmę w budowie.
Po zwiedzeniu Muzeum Wsi Słowińskiej odbijam lekko od szlaku R-10 i docieram do jeziora Łebsko, które jest trzecim w Polsce pod względem powierzchni i największym w całym pasie nadmorskim. Ładny widok z drewnianej wieży na brzegu jeziora. Dalej już jadę trasą R-10, która skręca teraz na południe i doprowadza mnie do wsi Główczyce, gdzie do 1829 roku 75% ludności posługiwało się mową kaszubską, a w 1886 roku po raz ostatni wygłoszono w tutejszym kościele kazanie w tym języku. Z Główczyc znów na północ do Izbicy, położonej nad jeziorem Łebsko. Za Izbicą mostem przez rzekę Łeba, a dalej przez maleńką wieś Gać do wsi Żarnowska gm. Wicko. Tam widzę kościółek, wyglądający jak nowy, który jest otwarty i zachęca do wejścia, z czego korzystam. W środku świątyni jeszcze pusto przed nabożeństwem majowym, idealne miejsce i czas aby się chociaż na chwilę wyciszyć i pomodlić. Wychodząc pytam małego chłopca, czy ten kościół jest nowy. Odpowiedział, że stary, bo ma już 10 lat. Rozbawiła mnie ta jego odpowiedź, powiedziałem mu, że dla kościoła taki wiek to okres niemowlęcy, ale co wymagać od dziecka, który ma 9 lat, a 10 jest dla niego całą wiecznością. Taki to relatywizm czasowy.
Z Żarnowskiej już do Łeby, a tam sporo turystów, ale sytuacja podobna jak w Ustce. Trwają w najlepsze prace przygotowawcze do sezonu letniego. Jestem zaskoczony dużą ilością nowych turystycznych inwestycji nie tylko tu w Łebie, ale i w innych, przejechanych przeze mnie miejscowości nadmorskich, a przecież sezon tutaj jest dość krótki. Poza tym wiele ofert sprzedaży działek budowlanych. Jeżdżę i chodzę po Łebie, porcie, a w jednej z opustoszałych restauracji jem coś ciepłego. Nie chce mi się nocować w Łebie, a słonko jeszcze na niebie, więc biorę rower pod siebie, hi,hi, ale mi się zrymowało. Jadę przez Nowęcin, a potem piaszczystym traktem rowerowym, oznaczonym na czerwono, mając po lewej stronie jezioro Sarbsko, dojeżdżam około 19.30 do wsi Ulinia, gdzie po półgodzinnym poszukiwaniu znajduję pokój za 20 zł u właścicielki miejscowego sklepu.
Dzień III 12.05.2006 / piątek / ok. 100 km.
Ulinia-Sasino-Choczewo-Wierzchucino-Żarnowiec-Krokowa-Karwia-Jastrzębia Góra-Rozewie-Władysławowo-Chałupy-Kuźnica-Jastarnia-Jurata-Hel
Noc dobrze przespana, więc o 7.00 wyruszam dalej przy ładnej, słonecznej pogodzie, jest już ciepło i dlatego jadę w krótkich spodenkach z pampersem. Początek drogi do Sasina to ostry podjazd pod górę, który zmusza do zejścia z roweru. Zaczyna się już mocno pagórkowaty teren, który przypomina nasze strony. Przed Sasinem opuszczam powiat Lębork, a wjeżdżam do wejherowskiego. Ciekawostką są tablice z dwujęzycznymi napisami powiatów, a w niektórych miejscowościach i ulic. Oprócz napisów w polskim języku są napisy w kaszubskim. Cały czas droga asfaltowa, pustawo, bardzo mały ruch, czego więcej może potrzebować rowerzysta. W Choczewie, wsi gminnej, spożywam śniadanko na ławce naprzeciwko posterunku policji, ale to czysty przypadek. Od miejscowości Słuchowo zaczyna się już „Pucci Poviet”, jak informuje dwujęzyczna tablica. Dojeżdżam do jeziora Żarnowieckiego i zatrzymuję się na krótki postój przy elektrowni wodnej. Dopływająca tam do jeziora mała rzeczka Piaśnica stanowiła przez wieki granicę różnych państw, począwszy od Pokoju Toruńskiego w 1466 roku, a skończywszy na granicy pomiędzy Polską a Niemcami w latach 1919-1939. Przekraczam tę historyczną granicę i wjeżdżam na te skromniutkie, przedwojenne, polskie wybrzeże. W Żarnowcu ładny, duży kościół, świeżo odnowiony, a pochodzący z przełomu XIII i XIV wieku i założony przez zakon Cystersów z Oliwy. Na przykościelnym cmentarzu sporo nazwisk kaszubskich jak na przykład: Gäffke, Goyke, Prill, Radtke, Styn, Abraham. Piękny, długi zjazd do Krokowej, aż szkoda się zatrzymywać więc jadę dalej. Za Krokową skręcam w lewo i jadę na północ do Karwi. Pogoda, jak już wcześniej pisałem, idealna, słonecznie i nie za ciepło, a do tego wiaterek w odpowiednią stronę. W Karwi znów faktycznie wracam nad samo morze, i już będę się go trzymał do końca tej wyprawy. Jadę na plażę, pusto, bardzo wietrznie, ale dość ciepło. Zauważam około 10 osób na plaży, próbujących zasłonić się przed wiatrem za pomocą parawanów. Próbuję zdjąć koszulkę, ale musiałem ją z powrotem założyć bo było chłodno. Pierwszy raz zanurzam nogi i brodzę kilka minut w morzu, ależ zimne br....., ale po wyschnięciu stopy są jak nowe. Mokry piasek zachęca do działalności literackiej, a moja wyraziła się w wypisaniu imion, najbliższych mi osób. Posilając się natrafiam w miejscowej gazetce „Nasze Pomorze” na wiersz Miłosza „Piosenka o końcu świata”, bardzo dobry kawałek poezji do poczytania nad morzem.
Od Karwi jadę przez Jastrzębią Górę, Rozewie, Chłapowo, Cetniewo do Władysławowa. W tym miasteczku byłem ponad czterdzieści lat temu, był to mój pierwszy wyjazd nad morze. Nigdy bym wtedy nie przypuszczał, że wrócę tu po tylu latach, rowerem i w dodatku nie z Ostrowi Mazowieckiej, ale z Jeleniej Góry. Generalnie Władysławowo trochę mnie rozczarowuje, jakaś dziwna, bezładna zabudowa. Mam problem, czy jechać na Hel, bo okazuje się, że pociągi tam nie jeżdżą i nie wiem jak wrócę, ale przekonywuje mnie piękna trasa rowerowa. W Chałupach wysyłam esemesy do Marka i Burskich o treści „Chałupy welcome to” i wreszcie jem coś z jaj – jajecznicę, ładnie podaną. Nad zatoką mnóstwo ośrodków windsurfingowych, a mi przyszedł do głowy pomysł „windcyclingu” czyli roweru z żaglem. Na tych wietrznych terenach mógłby się sprawdzić. Jeszcze jedno spostrzeżenie, a właściwie przyjemna refleksja, gdy się jedzie widać wszędzie napisy „wolne pokoje” lub „Zimmer frei”, jakaż to rekompensata za dawne czasy, szczególnie w sezonie, kiedy wszystko było zajęte. Jastarnia sprawia miłe wrażenie, jest ładna i dobrze zagospodarowana. W Juracie elektroniczna tablica informuje” „godz.16.30, temp.powietrza 18 st.C, temp.wody na otartym morzu 5 st.C, w zatoce 7 st.C. Od Juraty aż do samego Helu nic ciekawego, po jednej i po drugiej stronie tereny wojskowe. Wreszcie o godzinie 17.30 osiągam cel mojej nadmorskiej wyprawy Hel, pół godziny później docieram do miejsca, gdzie łączy się otwarte morze z zatoką, czyli na sam cypel półwyspu.
Epilog 12/13.05.2006 piątek/sobota
Dzięki uprzejmości pomorskich kolejarzy jadę pociągiem do Władysławowa, potem zastępczym autobusem /remont torów/ do Pucka, a stamtąd znów koleją do Gdyni. Tam mam tylko 7 minut na przesiadkę, więc mocno zziajany z rowerem pod pachą pokonuje bardzo „przyjazne” dla rowerzystów liczne schody, aby dostać się na inny peron. Umieszczam rower w pierwszym wagonie, a sam usadawiam się w przedziale. Pociąg relacji Gdynia-Wrocław, chyba z uwagi na piątek, jest mocno zatłoczony, co może jest bezpieczniejsze dla pasażerów, ale i niewygodne. Noc w pociągu upływa na przymusowym przysłuchiwaniu się dyskusji dwóch emerytowanych oficerów WP, z których jeden jest strasznym gadułą. Natomiast po mojej lewej stronie mam o wiele młodsze pokolenie, ale też wojskowe, które przemieszcza się z miejsca służby zasadniczej – Słupska do miejsca zamieszkania – Ostrowia Wlkp. Ci młodzieńcy, w liczbie dwóch, opróżniają kolejne puszki piwa i często kursują między przedziałem a korytarzem. W Poznaniu młode wojsko wysiada, a reszta przedziału próbuje drzemać. We Wrocławiu jesteśmy, lekko spóźnieni, około 5.20 rano, w sezonie letnim ten pociąg jechałby aż do Szklarskiej Poręby, ale to nie sezon więc jestem zmuszony poczekać kilka godzin na pociąg do Jeleniej Góry o godz.8.55. Czas upływa mi na jeździe rowerem po pustych trasach rowerowych Wrocławia oraz obserwacji życia towarzyskiego na dwóch dworcach: PKP i PKS.
Od godziny 8.55 cofamy się do początków kolei żelaznej, czyli gdzieś do XIX wieku, kiedy pociągi jechały z zawrotną prędkością 30 km na godzinę. Ale w tym niemiłosiernie wlokącym się pojeździe jest sporo ludzi, w tym wielu z rowerami, dla których jest to niestety jedyny środek przemieszczania się ze swoim sprzętem, w dodatku jest sobota, ładna pogoda, a to wszystko sprzyja rekreacji. Po prawie czterogodzinnej jeździe, to chyba rekord współczesnej Europy, kończę swoją podróż kolejową za którą zapłaciłem 70 zł, w tym opłata za rower. Około 13.00 wpadam wreszcie w ramiona mojej, mocno zaokrąglonej, Iwonki.
Wyprawę poświęcam Iwonce oraz mojej, jeszcze nienarodzonej, Oli.
Subskrybuj:
Posty (Atom)