1995-09-10 / niedziela / 95,2 km
Statystyka: cz.jazdy - 6 godz 24 min przec.szybk. -14,9 km/godz max szybko - 48,1 km/g
Wleń- Bełczyna - Proboszczów - Świerzawa - Muchów - Myślinów - Wąwóz Myśliborski - Myślibórz - Jakuszowa - Lipa - Świerzawa - Sokołowiec - Czernica - Wleń
Wyjazd o 9.00, słonecznie, około 21 st. C. Na odcinku Bełczyna - Proboszczów, od legnickiej strony, 2 kilometry paskudnej, szutrowej drogi, na której łatwo można „złapać gumę". Dojeżdżam do Świerzawy, to miasteczko, ciut większe od Wlenia, a ma już drużynę piłki nożnej w III lidze. Ostry podjazd około 500 metrów w kierunku Jurzyc. W Muchowie zatrzymuje mnie ładna tablica, informująca o tutejszym parku krajobrazowym "Chełmy". Oceniając ogólnie, to województwo legnickie ma dobrą informację turystyczną. W Myślinowie jadąc żółtym szlakiem, często prowadząc rower, wkraczam w wąwóz myśliborski. Jestem pod jego wrażeniem, jest to jakby połączenie drogi krzyżowej ze ścieżką zdrowia. Na całej 4,5 km trasie 12 tablic informacyjnych z symbolem "sowy", z opisami miejsc, gdzie się aktualnie znajdujemy. Zadbane, dużo drewnianych koszy na śmieci, Ławeczki, a nawet WC, niestety mocno zdewastowane. W Myśliborzu miły lokal gastronomiczny "Kaskada". Tam spora golonka, chleb, kawa 180 tys. zł/.
Po posiłku zachciało mi się skorzystać z nowo wytyczonej trasy rowerowej. Dość trudna i właściwe mało atrakcyjna /trochę błądzenia!./ W koleinach dużo wody, na szczęście mam błotniki. W okolicy Jakuszowej zjeżdżam z tej trasy i jadę dalej utwardzoną drogą w kierunku na Nową Wieś, a dalej do Lipy. Zmęczyła mnie ta trasa rowerowa, ale na równej drodze odzyskałem siły i złapałem "drugi oddech". Z Lipy do Świerzawy, gdzie wypiłem kuflowe piwo "Piast"/112 tys. zł/. W Sokołowcu oglądam ładny pałacyk,będący w prywatnym posiadaniu jakiejś spółki,z częściowo odnowionym dachem. Następnie Rząśnik, gdzie na trudnym podjeździe do Czernicy przez pewien czas towarzyszyło mi dwóch młodych, miejscowych cyklistów. Krótka pogawędka i duży wysiłek, ale potem jest na szczęście zjazd, aż do samej Czernicy, a dalej to już Nielestno i Wleń, gdzie jestem około 18.10. Ten dzień musiał się jednak skończyć przygodą, gdyż pijąc gorącą kawę, oblałem się nią, co spowodowało krótkotrwałe małżeńskie spięcie. Potem jeszcze telefon od mamy z Ostrowi i wizyta kandydatki na korepetycje z niemieckiego - A. H.
poniedziałek, 11 września 1995
sobota, 10 czerwca 1995
Gminy karkonoskie - Podgórzyn i Piechowice 1995
1995-06-10 / sobota /
79,6 km
Statystyka:cz.jazdy - 5 godz 48 min przec.szybk. -13,7 km/godz max szybko - 52,7 km/g
Wleń-----Jelenia Góra - Staniszów - Sosnówka - Borowice - Przesieka – Jagniątków - Michałowice - Piechowice - Cieplice - Siedlęcin - Wleń
Pogoda w sam raz dla rowerzysty, bez deszczu, bezwietrznie i mało słońca. Do Jeleniej Góry jadę pociągiem, a o 11.00 spod stacji PKP już rowerem, w kierunku Sosnówki. Bardzo ładne wille przy ulicy Słowackiego i dalej na Staniszów. Dość ciężki podjazd do Sosnówki Górnej, gdzie w restauracji "Krasnoludki" piwo kuflowe "Boss" 12 zł!. W Borowicach duży, ładny hotel, zadbane. Obok dwa autokary z turystami niemieckimi. W okolicach Przesieki trochę pobłądziłem, w konsekwencji czego musiałem się wracać, a tu nie ma gdzie zjeść, a ja jestem głodny. Do Jagniątkowa jadę, a miejscami prowadzę rower, żółtym szlakiem, trudnym dla roweru. W Jagniątkowie bardzo piękny, nowy kościółek z 1985 roku. Wspaniale zadbane otoczenie, widać rękę dobrego gospodarza parafii. Drugi obiekt godny zwiedzenia to Dom Hauptmanna - pisarza niemieckiego, laureata nagrody Nobla. To miejsce jest oczyw iście bardzo często odwiedzane przez Niemców. Obecnie w tym budynku są organizowane wczasy dziecięce, a obok budynku stragany, przeważnie z kryształami. Na budynku tablica, upamiętniająca laureata, ale tylko po polsku, chociaż polskich turystów tyle co kot napłakał. Docieram bardzo głodny na górę "Grzybowiec"/751 m.n.pm./. Tam pensjonat z restauracją . Nie ma nikogo z gości, a zrozumiałem to, gdy podano mi rachunek. Za golonkę, dodatki i piwo zapłaciłem 26 zł. Po sutym i dobrze opłaconym posiłku kawałek pod górę, do Michałowic. Potem wspaniały, długi zjazd /4 km! do Piechowic, dalej Cieplice i znaną już trasą przez Goduszyn, Siedlęcin do Wlenia, gdzie byłem w domu o 19.00. Zmęczyłem się trochę, gdyż była to moja pierwsza, dłuższa wyprawa rowerowa w tym roku.
79,6 km
Statystyka:cz.jazdy - 5 godz 48 min przec.szybk. -13,7 km/godz max szybko - 52,7 km/g
Wleń-----Jelenia Góra - Staniszów - Sosnówka - Borowice - Przesieka – Jagniątków - Michałowice - Piechowice - Cieplice - Siedlęcin - Wleń
Pogoda w sam raz dla rowerzysty, bez deszczu, bezwietrznie i mało słońca. Do Jeleniej Góry jadę pociągiem, a o 11.00 spod stacji PKP już rowerem, w kierunku Sosnówki. Bardzo ładne wille przy ulicy Słowackiego i dalej na Staniszów. Dość ciężki podjazd do Sosnówki Górnej, gdzie w restauracji "Krasnoludki" piwo kuflowe "Boss" 12 zł!. W Borowicach duży, ładny hotel, zadbane. Obok dwa autokary z turystami niemieckimi. W okolicach Przesieki trochę pobłądziłem, w konsekwencji czego musiałem się wracać, a tu nie ma gdzie zjeść, a ja jestem głodny. Do Jagniątkowa jadę, a miejscami prowadzę rower, żółtym szlakiem, trudnym dla roweru. W Jagniątkowie bardzo piękny, nowy kościółek z 1985 roku. Wspaniale zadbane otoczenie, widać rękę dobrego gospodarza parafii. Drugi obiekt godny zwiedzenia to Dom Hauptmanna - pisarza niemieckiego, laureata nagrody Nobla. To miejsce jest oczyw iście bardzo często odwiedzane przez Niemców. Obecnie w tym budynku są organizowane wczasy dziecięce, a obok budynku stragany, przeważnie z kryształami. Na budynku tablica, upamiętniająca laureata, ale tylko po polsku, chociaż polskich turystów tyle co kot napłakał. Docieram bardzo głodny na górę "Grzybowiec"/751 m.n.pm./. Tam pensjonat z restauracją . Nie ma nikogo z gości, a zrozumiałem to, gdy podano mi rachunek. Za golonkę, dodatki i piwo zapłaciłem 26 zł. Po sutym i dobrze opłaconym posiłku kawałek pod górę, do Michałowic. Potem wspaniały, długi zjazd /4 km! do Piechowic, dalej Cieplice i znaną już trasą przez Goduszyn, Siedlęcin do Wlenia, gdzie byłem w domu o 19.00. Zmęczyłem się trochę, gdyż była to moja pierwsza, dłuższa wyprawa rowerowa w tym roku.
wtorek, 27 września 1994
Rudawy Janowickie 1994
1994-09-26/poniedziałek / 51,4 km
Statystyka:cz.jazdy - 3 godz 21 min. przec.szybk. -15,4 km/godz. max szybk. - 45,9 km/g
Wleń------Jelenia Góra - Łomnica Dolna - Karpniki - Schronisko "Szw.ajcarka" - Janowice Wielkie - Trzcińsko - Wojanów - Łomnica - Jelenia Góra-------Wleń
Pogoda wspaniała, słonecznie i bez wiatru, około 25 st. C. Do Jeleniej Góry samochodem, przy okazji odwożę Marcina do Liceum. O 9.00 już na rowerze, jadę wzdłuż linii kolejowej do Łomnicy, potem lekko pod górę i jestem w Karpnikach. Bardzo ładnie położona miejscowość, z jednej strony Karkonosze, a z drugiej Góry Sokole. Dobre miejsce do zamieszkania. Jadę dalej żółtym szlakiem turystycznym do "Szwajcarki". Schronisko opanowane przez młodych turystów, uczniów szkoły średniej. Wypijam gorącą czekoladę /10.000 zł/ i dalej w drogę do Janowic przez Piec, gdzie znajduje się ładna skała z widokiem na Janowice. Pedałuję wąskimi, ale dobrymi, asfaltowymi drogami, idealnymi dla wypraw rowerowych. Z Janowic przemieszczam się wzdłu Bobru przez Trzcińsko i Wojanów. W tym ostatnim dwa ładne ale zniszczone pałace, w jednym z nich trwają prace remontowe /Schloss Boberstein/. W Jeleniej zabieram Marcina i wracamy samochodem do domu.
Statystyka:cz.jazdy - 3 godz 21 min. przec.szybk. -15,4 km/godz. max szybk. - 45,9 km/g
Wleń------Jelenia Góra - Łomnica Dolna - Karpniki - Schronisko "Szw.ajcarka" - Janowice Wielkie - Trzcińsko - Wojanów - Łomnica - Jelenia Góra-------Wleń
Pogoda wspaniała, słonecznie i bez wiatru, około 25 st. C. Do Jeleniej Góry samochodem, przy okazji odwożę Marcina do Liceum. O 9.00 już na rowerze, jadę wzdłuż linii kolejowej do Łomnicy, potem lekko pod górę i jestem w Karpnikach. Bardzo ładnie położona miejscowość, z jednej strony Karkonosze, a z drugiej Góry Sokole. Dobre miejsce do zamieszkania. Jadę dalej żółtym szlakiem turystycznym do "Szwajcarki". Schronisko opanowane przez młodych turystów, uczniów szkoły średniej. Wypijam gorącą czekoladę /10.000 zł/ i dalej w drogę do Janowic przez Piec, gdzie znajduje się ładna skała z widokiem na Janowice. Pedałuję wąskimi, ale dobrymi, asfaltowymi drogami, idealnymi dla wypraw rowerowych. Z Janowic przemieszczam się wzdłu Bobru przez Trzcińsko i Wojanów. W tym ostatnim dwa ładne ale zniszczone pałace, w jednym z nich trwają prace remontowe /Schloss Boberstein/. W Jeleniej zabieram Marcina i wracamy samochodem do domu.
poniedziałek, 12 września 1994
Góry Izerskie 1994
1994-09-11/ niedziela / 93,6 km
Statystyka:cz.jazdy - 5 godz 45 min przec.szybk. -16,3 km/godz max szyb 46,3 km/godz.
Wleń - Pilchowice - Pokrzywnik - Pasiecznik - Grudza - Gierczyn - Krobica - Świeradów Zdrój - Rozdroże Izerskie - Piechowice - Sobieszów - Cieplice - Siedlęcin - Wleń
Dość późny wyjazd, około 13 .15. Niestety rano padało. Od Pokrzywnika do Pasiecznika nieźle mnie wytrzęsło na .kamienistej drodze. Od Pasiecznika aż do starego traktu handlowego, żytawsko-je1eniogórskiego, wiedzie utwardzona, polna droga, bez żadnych oznaczeń. W Świeradowie, po przejechaniu 37 km, 45 minut odpoczynku i konsumpcji /golonka/ w barze "Biały Kamień". Potem powolny wjazd w kierunku Szklarskiej Poręby, ciężko, zaczynam odczuwaæ zmęczenie, nogi jak z waty. Dalej średni podjazd aż do Rozdroża Izerskiego /767 m. n.pm/, gdzie trzech Rosjan sprzedawało grzyby.
Z Rozdroża do Piechowic szaleńczy zjazd po nierównej drodze /żwir i kamieniej, później asfalt/. Po drodze mijam liczne samochody grzybiarzy. Z Piechowic na Sobieszów i do Cieplic, gdzie trochę pobłądziłem. Centrum Cieplic mile mnie zaskoczyło, nie spodziewałem się, że to takie ładne, ukwiecone miejsce. Z Cieplic skrótem na Siedlęcin, początkowo spory podjazd, a potem ostry zjazd, przy którym mało się nie przewróciłem. Od Pilchowic do Wlenia jadę już w ciemności /lampka słabo działała/. W domu jestem około 20.15 dość zmęczony. Helenka martwiła się z chłopcami, gdyż miałem jechać tylko na 2 - 3 godziny, a wyszło około 6.
Statystyka:cz.jazdy - 5 godz 45 min przec.szybk. -16,3 km/godz max szyb 46,3 km/godz.
Wleń - Pilchowice - Pokrzywnik - Pasiecznik - Grudza - Gierczyn - Krobica - Świeradów Zdrój - Rozdroże Izerskie - Piechowice - Sobieszów - Cieplice - Siedlęcin - Wleń
Dość późny wyjazd, około 13 .15. Niestety rano padało. Od Pokrzywnika do Pasiecznika nieźle mnie wytrzęsło na .kamienistej drodze. Od Pasiecznika aż do starego traktu handlowego, żytawsko-je1eniogórskiego, wiedzie utwardzona, polna droga, bez żadnych oznaczeń. W Świeradowie, po przejechaniu 37 km, 45 minut odpoczynku i konsumpcji /golonka/ w barze "Biały Kamień". Potem powolny wjazd w kierunku Szklarskiej Poręby, ciężko, zaczynam odczuwaæ zmęczenie, nogi jak z waty. Dalej średni podjazd aż do Rozdroża Izerskiego /767 m. n.pm/, gdzie trzech Rosjan sprzedawało grzyby.
Z Rozdroża do Piechowic szaleńczy zjazd po nierównej drodze /żwir i kamieniej, później asfalt/. Po drodze mijam liczne samochody grzybiarzy. Z Piechowic na Sobieszów i do Cieplic, gdzie trochę pobłądziłem. Centrum Cieplic mile mnie zaskoczyło, nie spodziewałem się, że to takie ładne, ukwiecone miejsce. Z Cieplic skrótem na Siedlęcin, początkowo spory podjazd, a potem ostry zjazd, przy którym mało się nie przewróciłem. Od Pilchowic do Wlenia jadę już w ciemności /lampka słabo działała/. W domu jestem około 20.15 dość zmęczony. Helenka martwiła się z chłopcami, gdyż miałem jechać tylko na 2 - 3 godziny, a wyszło około 6.
sobota, 16 lipca 1994
Austria – Dolina Wachau
Samochodowo-rowerowa wyprawa
z Markiem
13.07.1994 – 16.07.1994 /4 dni/ Rowerem ok. 133,5 km
13.07.1994 /środa/ samochód
Wleń -----Jakuszyce------Harrachow/Cz/-------Kolin------Jihlava--------Znojmo-----Haugsdorf/A/------Horn-------Gföhl
Wyjeżdżamy samochodem z jednym rowerem na dachu samochodu marki Polonez, drugi rower ma czekać na nas Austrii. Przejeżdża,my swobodnie granicę polsko-czeską w Jakuszycach i dalej przez Czechy. W Znojmie, przez kolejne przejście graniczne, wjeżdżamy do Austrii. Jedziemy przez czyściutkie wsie i miasteczka. Zaciekawia nas fakt, że nigdzie nie widzimy dzieci, a to przecież wakacje. W ogóle wszędzie jest dość pustawo, co kontrastuje z polskimi miejscowościami.
W Gföhl, małym miasteczku wielkości Wlenia, mamy przymusowy postój spowodowany awarią samochodu. Podczas oczekiwania na kolegę Stanisława J. zwiedzamy dokładnie miejscowość i jesteśmy legitymowani przez policję, których zaciekawia nasz rower na dachu i polska rejestracja. Podejrzewam, że wzięto nas za złodziei rowerów, wniosek nasuwa się sam – nasi rodacy nie cieszą się tutaj zbyt dobrą opinią. Policjanci, przyzwyczajeni do „gastarbeiterów”, nie mogli uwierzyć, że my po prostu przyjechaliśmy w celach wybitnie turystycznych i, że rower górski można kupić w Polsce. Kontrola i konwersacja przebiegły w miłej atmosferze i policjanci, życząc nam powodzenia, odjechali.
Po przyjeździe kolegi okazało się, że nasze auto po prostu się przegrzało i wymagało jedynie ochłodzenia. Wspólnie dojechaliśmy do wioski w okolicy Gföhl, gdzie po zakrapianej kolacji z sympatycznym austriackim gospodarzem, Kurtem oraz Staśkiem i jego kolegą, poszliśmy spać.
14.07.1994 /czwartek/ 77,4 km
Statystyka: cz.jazdy – 6 godz.43 min przec.szyb. – 11,5 km/godz max szyb. – 51,4 km/godz
Schiltern – Langelois – Krems – Dürnstein – Weissenkirchen – Weinzierl – Nöhangen – Untermeisling
Wyjeżdżamy rano na rowerach, ja z lekkim wczorajszym kacem, ciepło. Jedziemy w kierunku Schiltern, po drodze widzimy mały, uroczy, wiejski kościółek /Kapelle/ i jak wiele innych w Austrii, bardzo ładny dom.


Robię zdjęcia, a później rozmawiamy ze starszym Austriakiem i jego córką. On też po raz pierwszy spotkał polskich turystów, bo dotychczas miał do czynienia tylko z polskimi pracownikami. Sympatyczny, starszy pan poczęstował nas napojami i pojechaliśmy dalej poprzez Schiltern do Langelois. W tym miasteczku zrobiliśmy sobie krótki odpoczynek, a następnie pojechaliśmy drogą na Krems. Ostre, palące słońce, pocimy się i dużo pijemy.
Krems, bardzo ładne miasto, wielkości Jeleniej Góry, posiada mnóstwo tras rowerowych i oczywiście rowerzystów. Chodzimy trochę po sklepach, Marek jest trochę rozczarowany brakiem osprzętu i gier na Amigę. Krótki posiłek /Wurstsemmel/ przy sklepie Konsum oraz spacer pięknym deptakiem.

Wsiadamy na rowery i wjeżdżamy do raju dla rowerzystów, trasę rowerową wzdłuż Dunaju /Dolina Wachau/. Przejeżdżamy urocze miasteczko – Dürnstein i docieramy do Weissenkirchen, tam niestety musimy zboczyć z trasy rowerowej i skręcić na Weinzierl. Była to prawdziwa droga przez mękę. Marek określił to jako drogę na zabój. Trzeba było przez 4,5 kilometra praktycznie przez cały czas prowadzić rowery, na dodatek skończyły się nam napoje. W Nöhangen zachciało mi się skrócić drogę i na tym rzekomo krótszym, turystycznym szlaku, bardzo mało uczęszczanym, straciliśmy kolejną godzinę, gubiąc i odnajdując właściwą drogę. Wreszcie dotarliśmy do Untermeisling, gdzie w pierwszym budynku poprosiliśmy o wodę i ..... bardzo nam smakowała. Zrobiło się już ciemno, nie mogliśmy dalej jechać na rowerach, więc poprosiłem telefonicznie kolegę Stanisława, który zawiózł nas do naszej bazy w Schiltern.
Zaimponowała mi bardzo postawa mojego syna Marka, który spisał się po bohatersku, bijąc wszystkie swoje rekordy wytrzymałości.
15.07.1994 /piątek/ 56,2 km
Statystyka: cz.jazdy – 3 godz.39 min przec.szyb. – 15,35 km/godz max szyb. – 42,4 km/godz
Weissenkirchen – St.Michael – Spitz – Melk – Weissenkirchen
Do Weissenkirchen dojechaliśmy samochodem, tam go zostawiliśmy i dalej już na rowerach kontynuujemy wycieczkę piękną trasą doliny Wachau. Krótki odpoczynek przy kościółku w St.Michael, gdzie robimy sobie zdjęcia na tle pięknego, modrego Dunaju. Troszkę dalej zanurzamy nogi w tej rzece i odświeżamy się.

Ładna pogoda, dużo turystów na trasie i mnóstwo morelowych sadów, z których oczywiście skorzystaliśmy. Pokrzepieni dojeżdżamy do Melku, to ładne miasteczko ze wspaniałym opactwem benedyktyńskim w barokowym stylu. W miejscowej restauracji jemy wreszcie porządny obiad z deserem /216 ATS/, a obok nas spożywa swój posiłek dwóch Polaków, ale raczej nie turystów.
Powrotna droga upłynęła nam dość szybko, gdyż poganiał nas drobny deszczyk, który spowodował wyludnienie trasy rowerowej, ale my ludzie ze Wschodu, zahartowani, nic sobie z niego nie robiliśmy jadąc dalej, raz tylko zatrzymaliśmy się na malutkiej stacyjce kolejowej.
Austriacy mają wspaniałą sieć kolejową, wszędzie czyściutko i nie widać, żeby ktoś tego pilnował. Można tylko pozazdrościć.
W Weissenkirchen kończymy rowerową część naszej austriackiej eskapady.
z Markiem
13.07.1994 – 16.07.1994 /4 dni/ Rowerem ok. 133,5 km
13.07.1994 /środa/ samochód
Wleń -----Jakuszyce------Harrachow/Cz/-------Kolin------Jihlava--------Znojmo-----Haugsdorf/A/------Horn-------Gföhl
Wyjeżdżamy samochodem z jednym rowerem na dachu samochodu marki Polonez, drugi rower ma czekać na nas Austrii. Przejeżdża,my swobodnie granicę polsko-czeską w Jakuszycach i dalej przez Czechy. W Znojmie, przez kolejne przejście graniczne, wjeżdżamy do Austrii. Jedziemy przez czyściutkie wsie i miasteczka. Zaciekawia nas fakt, że nigdzie nie widzimy dzieci, a to przecież wakacje. W ogóle wszędzie jest dość pustawo, co kontrastuje z polskimi miejscowościami.
W Gföhl, małym miasteczku wielkości Wlenia, mamy przymusowy postój spowodowany awarią samochodu. Podczas oczekiwania na kolegę Stanisława J. zwiedzamy dokładnie miejscowość i jesteśmy legitymowani przez policję, których zaciekawia nasz rower na dachu i polska rejestracja. Podejrzewam, że wzięto nas za złodziei rowerów, wniosek nasuwa się sam – nasi rodacy nie cieszą się tutaj zbyt dobrą opinią. Policjanci, przyzwyczajeni do „gastarbeiterów”, nie mogli uwierzyć, że my po prostu przyjechaliśmy w celach wybitnie turystycznych i, że rower górski można kupić w Polsce. Kontrola i konwersacja przebiegły w miłej atmosferze i policjanci, życząc nam powodzenia, odjechali.
Po przyjeździe kolegi okazało się, że nasze auto po prostu się przegrzało i wymagało jedynie ochłodzenia. Wspólnie dojechaliśmy do wioski w okolicy Gföhl, gdzie po zakrapianej kolacji z sympatycznym austriackim gospodarzem, Kurtem oraz Staśkiem i jego kolegą, poszliśmy spać.
14.07.1994 /czwartek/ 77,4 km
Statystyka: cz.jazdy – 6 godz.43 min przec.szyb. – 11,5 km/godz max szyb. – 51,4 km/godz
Schiltern – Langelois – Krems – Dürnstein – Weissenkirchen – Weinzierl – Nöhangen – Untermeisling
Wyjeżdżamy rano na rowerach, ja z lekkim wczorajszym kacem, ciepło. Jedziemy w kierunku Schiltern, po drodze widzimy mały, uroczy, wiejski kościółek /Kapelle/ i jak wiele innych w Austrii, bardzo ładny dom.


Robię zdjęcia, a później rozmawiamy ze starszym Austriakiem i jego córką. On też po raz pierwszy spotkał polskich turystów, bo dotychczas miał do czynienia tylko z polskimi pracownikami. Sympatyczny, starszy pan poczęstował nas napojami i pojechaliśmy dalej poprzez Schiltern do Langelois. W tym miasteczku zrobiliśmy sobie krótki odpoczynek, a następnie pojechaliśmy drogą na Krems. Ostre, palące słońce, pocimy się i dużo pijemy.
Krems, bardzo ładne miasto, wielkości Jeleniej Góry, posiada mnóstwo tras rowerowych i oczywiście rowerzystów. Chodzimy trochę po sklepach, Marek jest trochę rozczarowany brakiem osprzętu i gier na Amigę. Krótki posiłek /Wurstsemmel/ przy sklepie Konsum oraz spacer pięknym deptakiem.

Wsiadamy na rowery i wjeżdżamy do raju dla rowerzystów, trasę rowerową wzdłuż Dunaju /Dolina Wachau/. Przejeżdżamy urocze miasteczko – Dürnstein i docieramy do Weissenkirchen, tam niestety musimy zboczyć z trasy rowerowej i skręcić na Weinzierl. Była to prawdziwa droga przez mękę. Marek określił to jako drogę na zabój. Trzeba było przez 4,5 kilometra praktycznie przez cały czas prowadzić rowery, na dodatek skończyły się nam napoje. W Nöhangen zachciało mi się skrócić drogę i na tym rzekomo krótszym, turystycznym szlaku, bardzo mało uczęszczanym, straciliśmy kolejną godzinę, gubiąc i odnajdując właściwą drogę. Wreszcie dotarliśmy do Untermeisling, gdzie w pierwszym budynku poprosiliśmy o wodę i ..... bardzo nam smakowała. Zrobiło się już ciemno, nie mogliśmy dalej jechać na rowerach, więc poprosiłem telefonicznie kolegę Stanisława, który zawiózł nas do naszej bazy w Schiltern.
Zaimponowała mi bardzo postawa mojego syna Marka, który spisał się po bohatersku, bijąc wszystkie swoje rekordy wytrzymałości.
15.07.1994 /piątek/ 56,2 km
Statystyka: cz.jazdy – 3 godz.39 min przec.szyb. – 15,35 km/godz max szyb. – 42,4 km/godz
Weissenkirchen – St.Michael – Spitz – Melk – Weissenkirchen
Do Weissenkirchen dojechaliśmy samochodem, tam go zostawiliśmy i dalej już na rowerach kontynuujemy wycieczkę piękną trasą doliny Wachau. Krótki odpoczynek przy kościółku w St.Michael, gdzie robimy sobie zdjęcia na tle pięknego, modrego Dunaju. Troszkę dalej zanurzamy nogi w tej rzece i odświeżamy się.

Ładna pogoda, dużo turystów na trasie i mnóstwo morelowych sadów, z których oczywiście skorzystaliśmy. Pokrzepieni dojeżdżamy do Melku, to ładne miasteczko ze wspaniałym opactwem benedyktyńskim w barokowym stylu. W miejscowej restauracji jemy wreszcie porządny obiad z deserem /216 ATS/, a obok nas spożywa swój posiłek dwóch Polaków, ale raczej nie turystów.
Powrotna droga upłynęła nam dość szybko, gdyż poganiał nas drobny deszczyk, który spowodował wyludnienie trasy rowerowej, ale my ludzie ze Wschodu, zahartowani, nic sobie z niego nie robiliśmy jadąc dalej, raz tylko zatrzymaliśmy się na malutkiej stacyjce kolejowej.
Austriacy mają wspaniałą sieć kolejową, wszędzie czyściutko i nie widać, żeby ktoś tego pilnował. Można tylko pozazdrościć.
W Weissenkirchen kończymy rowerową część naszej austriackiej eskapady.
niedziela, 5 września 1993
Góry Izerskie 1993 z A.Z.
1993-09-04 / sobota / 130,1 km
Statystyka:cz.jazdy -7 godz 31 min przec.szybk. -17,30 km/godz max szybko - 46,3 km/g
Wleń-------Szklarska Poręba Góma-Jakuszyce-Harrachov/Cz/-Horni Poluby-Bily Potok-Frydlant - Habartice-ZawidówIPL/-Platerówka-Leśna-Gryfów Śląski-Lubomierz-Pławna-Wleń
Jedziemy pociągiem, z przesiadkąw Jeleniej Górze, do Szklarskiej Poręby Górnej. Tam przesiadamy się na rowery i powolna wspinaczka do Jakuszyc. Przekraczamy granicę i wspaniały zjazd przez Harrachov, potem w Horni Poluby zjeżdżamy z głównej drogi w prawo i znów pod górę do Bily Potok. Po drodze ze smutkiem oglądamy duże zniszczenia ekologiczne w tutejszym drzewostanie. W tej turystycznej miejscowości krótko odpoczywamy przy herbacie. Zaczyna padać, co oczywiście przeszkadza nam w dalszej jeździe do Frydlantu, na szczęście jest to zjazd. Frydlant to spore miasteczko z ładnym zamkiem na wzgórzu i pięknym ratuszem.

Słaba infrastruktura turystyczna, jest sobota około 13.00, a wszystkie sklepy pozamykane. W miejscowej restauracji jemy obiad /ok.40Kc/ i wychodzimy na zewnątrz, gdzie nadal pada, ale my musimy niestety jechaćdalej. W strumieniach deszczu docieramy do Habartic, gdzie przekraczamy granicę. Przejeżdżając przez Platerówkę przypomina mi się film ,,Rzeczpospolita Babska", oparty na autentycznej historii osadniczek wojskowych z batalionu im. Emilii Plater, osiadłych właśnie tu, w Platerówce. A deszcz nadal pada, jesteśmy kompletnie przemoczeni, ale już bez przystanków przelatujemy przez Leśną, Gryfów i Lubomierz, gdzie na krótko przestało padać, ale do Wlenia wjeżdżamy ponownie przy deszczowym akompaniamencie.
. .
. .
Statystyka:cz.jazdy -7 godz 31 min przec.szybk. -17,30 km/godz max szybko - 46,3 km/g
Wleń-------Szklarska Poręba Góma-Jakuszyce-Harrachov/Cz/-Horni Poluby-Bily Potok-Frydlant - Habartice-ZawidówIPL/-Platerówka-Leśna-Gryfów Śląski-Lubomierz-Pławna-Wleń
Jedziemy pociągiem, z przesiadkąw Jeleniej Górze, do Szklarskiej Poręby Górnej. Tam przesiadamy się na rowery i powolna wspinaczka do Jakuszyc. Przekraczamy granicę i wspaniały zjazd przez Harrachov, potem w Horni Poluby zjeżdżamy z głównej drogi w prawo i znów pod górę do Bily Potok. Po drodze ze smutkiem oglądamy duże zniszczenia ekologiczne w tutejszym drzewostanie. W tej turystycznej miejscowości krótko odpoczywamy przy herbacie. Zaczyna padać, co oczywiście przeszkadza nam w dalszej jeździe do Frydlantu, na szczęście jest to zjazd. Frydlant to spore miasteczko z ładnym zamkiem na wzgórzu i pięknym ratuszem.

Słaba infrastruktura turystyczna, jest sobota około 13.00, a wszystkie sklepy pozamykane. W miejscowej restauracji jemy obiad /ok.40Kc/ i wychodzimy na zewnątrz, gdzie nadal pada, ale my musimy niestety jechaćdalej. W strumieniach deszczu docieramy do Habartic, gdzie przekraczamy granicę. Przejeżdżając przez Platerówkę przypomina mi się film ,,Rzeczpospolita Babska", oparty na autentycznej historii osadniczek wojskowych z batalionu im. Emilii Plater, osiadłych właśnie tu, w Platerówce. A deszcz nadal pada, jesteśmy kompletnie przemoczeni, ale już bez przystanków przelatujemy przez Leśną, Gryfów i Lubomierz, gdzie na krótko przestało padać, ale do Wlenia wjeżdżamy ponownie przy deszczowym akompaniamencie.
. .
. .
poniedziałek, 23 sierpnia 1993
Góry Sowie 1993
1993-08-22 / niedziela/ 155,5 km
Statystyka:cz.jazdy - 9 godz 31 min przec.szybk. - 16,33 km/godz max szybko - 54,3 km/g
Wleń------Jelenia Góra-------Marciszów - Kamienna Góra - Czarny Bór – Kochanów – Mieroszów – Golińsk – MezimestilCz/ - Broumov - Otowice- TłumaczówIPL/ - Nowa Ruda – Jugów - Przełęcz Jugowska – Pieszyce - Walim-Jedlina Zdrój -Wałbrzych Miasto/PKP/--------Jelenia Góra - Wleń
Wyjeżdżam wcześnie rano pociągiem do Jeleniej Góry, potem przesiadka na pociąg do Wrocławia. Wysiadam w Marciszowie, wsiadam na rower i rozpoczynam właściwą wyprawę. Jadę przez Kamienną Górę, Czarny Bór, Kochanów i Mieroszów do Golińska, gdzie przekraczam granicę nowo wybudowanym przejściem. W pierwszej czeskiej miejscowości - Mezimesti kupuję Jelinka /alkohol/ za 32 Kc. i jadę dalej. Krótki postój w czeskim miasteczku Broumov, nic ciekawego do oglądania. W Tłumaczowie znów nowe przejście graniczne, w ten sposób te dwa przejścia znacznie skracają Polakom drogę, na przykład z Mieroszowa do Nowej Rudy. W tym mieście posilam się i piję kawę. Od Jugowa zaczynają się właściwie Góry Sowie /najstarsze góry w Polsce/ i zaczyna się wspinaczka aż do Przełęczy Jugowskiej /805 m.n.pm./ Ten podjazd wycisnął ze mnie niezłe poty, tym bardziej, że jest bardzo ciepło. Odpoczywam w schronisku "Zygmuntówka". Potem długi, szybki zjazd do Pieszyc i znów ciężki podjazd do przełęczy Walimskiej, który zmusza do prowadzenia roweru, na szczęście trochę odpocząłem podczas zjazdu do Jedliny. Bardzo zmęczony wjeżdżam na stację PKP w Wałbrzychu /Miasto/ i tu robię błąd, pije jakiś gazowany, słodki napój, który rozkłada mnie całkowicie. Ledwo wsiadam do pociągu i staram się gdziekolwiek usiąść. Mam bardzo złe samopoczucie, jest mi niedobrze i odczuwam wielkie znużenie. W Jeleniej Górze okazuje się, że nie mam już pociągu i muszę jechać do Wlenia rowerem. Jadę w trudnych warunkach, gdyż jest ciemno, a mam słabe światełko i w dodatku lekko kropi. Wbrew obawom ten odcinek do Wlenia orzeźwił mnie, złapałem przysłowiowy drugi oddech i szczęśliwie dotarłem do domu. W ten, nie do końca zamierzony, sposób przejechałem prawie 160 kilometrów w ciągu jednego dnia, co jest moim nowym rekordem, którego nie wiem czy kiedykolwiek pobiję.
Statystyka:cz.jazdy - 9 godz 31 min przec.szybk. - 16,33 km/godz max szybko - 54,3 km/g
Wleń------Jelenia Góra-------Marciszów - Kamienna Góra - Czarny Bór – Kochanów – Mieroszów – Golińsk – MezimestilCz/ - Broumov - Otowice- TłumaczówIPL/ - Nowa Ruda – Jugów - Przełęcz Jugowska – Pieszyce - Walim-Jedlina Zdrój -Wałbrzych Miasto/PKP/--------Jelenia Góra - Wleń
Wyjeżdżam wcześnie rano pociągiem do Jeleniej Góry, potem przesiadka na pociąg do Wrocławia. Wysiadam w Marciszowie, wsiadam na rower i rozpoczynam właściwą wyprawę. Jadę przez Kamienną Górę, Czarny Bór, Kochanów i Mieroszów do Golińska, gdzie przekraczam granicę nowo wybudowanym przejściem. W pierwszej czeskiej miejscowości - Mezimesti kupuję Jelinka /alkohol/ za 32 Kc. i jadę dalej. Krótki postój w czeskim miasteczku Broumov, nic ciekawego do oglądania. W Tłumaczowie znów nowe przejście graniczne, w ten sposób te dwa przejścia znacznie skracają Polakom drogę, na przykład z Mieroszowa do Nowej Rudy. W tym mieście posilam się i piję kawę. Od Jugowa zaczynają się właściwie Góry Sowie /najstarsze góry w Polsce/ i zaczyna się wspinaczka aż do Przełęczy Jugowskiej /805 m.n.pm./ Ten podjazd wycisnął ze mnie niezłe poty, tym bardziej, że jest bardzo ciepło. Odpoczywam w schronisku "Zygmuntówka". Potem długi, szybki zjazd do Pieszyc i znów ciężki podjazd do przełęczy Walimskiej, który zmusza do prowadzenia roweru, na szczęście trochę odpocząłem podczas zjazdu do Jedliny. Bardzo zmęczony wjeżdżam na stację PKP w Wałbrzychu /Miasto/ i tu robię błąd, pije jakiś gazowany, słodki napój, który rozkłada mnie całkowicie. Ledwo wsiadam do pociągu i staram się gdziekolwiek usiąść. Mam bardzo złe samopoczucie, jest mi niedobrze i odczuwam wielkie znużenie. W Jeleniej Górze okazuje się, że nie mam już pociągu i muszę jechać do Wlenia rowerem. Jadę w trudnych warunkach, gdyż jest ciemno, a mam słabe światełko i w dodatku lekko kropi. Wbrew obawom ten odcinek do Wlenia orzeźwił mnie, złapałem przysłowiowy drugi oddech i szczęśliwie dotarłem do domu. W ten, nie do końca zamierzony, sposób przejechałem prawie 160 kilometrów w ciągu jednego dnia, co jest moim nowym rekordem, którego nie wiem czy kiedykolwiek pobiję.
Subskrybuj:
Posty (Atom)