poniedziałek, 19 czerwca 2000

Liberec 2000

2000-06-18 / niedziela / ok. 105 km z Z.J.

Wleń-----Jakuszyce-Harrachow/Cz/-Tanvald-Jablonec-Liberec-Frydlant-Nove Mesto-­Czerniawa/PL/-Świeradów Zdrój-Orle-Jakuszyce----- Wleń

Wyjeżdżamy moim samochodem około 8.30. Niedzielny poranek, więc pusto na drodze. Przed Jelenią Górą jesteśmy zatrzymani przez dwóch nudzących się policjantów, których z pewnością zaciekawiły nasze rowery na dachu samochodu, po stwierdzeniu, że nie jesteśmy złodziejami rowerów, uprzejmi funkcjonariusze puszczają nas wolno. Podobną historię mieliśmy z Markiem w 1994 roku w Austrii.
W Jakuszycach zostawiamy samochód na parkingu i przesiadamy się na rowery. Początkowo chłodniej, potem już cieplej, a nawet gorąco. Od Jakuszyc przyjemna jazda bo w dół. Piwo w Desnie, krótki postój w Jablonecu i dalej do Liberca. Tam na rynku, wokół wspaniałego ratusza, mnóstwo ludzi, oglądających między innymi występy ulicznych artystów w historycznych strojach. Wszędzie atmosfera zabawy, a właściwie pikniku. Dużym zainteresowaniem cieszył się, ale nie on, opiekany na rożnie, smakowicie wyglądający, prosiak. Oczywiście spróbowaliśmy, delektując się tym smakołykiem i zapijając piwem.
Najedzeni i odprężeni, po długim wypoczynku, opuszczamy sympatyczny Liberec i jedziemy na północ do Frydlantu, po drodze ładny widok na Bogatynię i kopalnię odkrywkową. We Frydlancie kawa i przez Nove Mesto do granicy, a dalej do Świeradowa. Potem zaczęła się już męka, wysokie wzniesienia, uniemożliwiające jazdę i konieczność prowadzenia roweru powodują szybkie zmęczenie. Wreszcie bardzo wyczerpani docieramy do samochodu, a ja jeszcze niestety muszę go prowadzić. W domu jestem ok. 20.30, śmiertelnie zmęczony idę do wanny i do łóżka.

niedziela, 22 czerwca 1997

Wyspy Kanaryjskie 1997

15-06-1997 - Niedziela
PLAYA DEL CURA

Około 5-tej czasu miejscowego przyjazd z lotniska, niedaleko Las Palmas i zajęcie pokoi. My trochę niżej ( M.-5 ), chłopcy nad nami (M.-3 ). Warunki komfortowe, których się nawet nie spodziewaliśmy (pokój dzienny, aneks kuchenny, sypialnia, łazienka i około 30 m tarasu z dwoma wyjściami). Rano śniadanie w formie bufetu, co oczywiście najbardziej odpowiadało naszym chłopcom. Dużo urozmaiconego jedzenia. Wieczorem obiadokolacja, również obfita, jedyny mankament to brak napojów. Co spowodowało, że na tej pierwszej kolacji wypiliśmy butelkę czerwonego wina. Sam hotel to zespół około 200 apartamentów, rozlokowanych na skałach wulkanicznych, na różnych wysokościach, do których można się dostać poprzez system wind i schodów. Wszędzie mnóstwo alejek i schodów z poręczami. Z roślinności podziwiamy szeflery, rosnące tutaj jako drzewa, żywopłoty z datury i wiele innych. Bardzo ciepło, również w nocy, a jednocześnie dość ożywczy wiatr od oceanu.


16-06-1997 - Poniedziałek
LAS PALMAS

Wycieczka autokarowa do stolicy Gran Canarii - Las Palmas. Tam przeważnie chodzimy po sklepach, oczywiście chłopcy szukają nowych gier na Playstation, kaset ,,Mangi" i plakatów. Samo Las Palmas nie robi większego wrażenia. Mieszanka rozmaitych stylów i epok. Miasto jak wszystkie inne jest położone na skałach wulkanicznych. Wyżej położone dzielnice miasta są znacznie biedniejsze niż te, położone niżej. Ciekawsza była droga do Las Palmas i z powrotem. Piękne widoki, chociaż pozbawione roślinności góry i skały przypominają raczej krajobraz księżycowy.


17-06-1997 - Wtorek
PUERTO RICO

Przy słonecznej pogodzie -29 stopni, po śniadaniu piesza wyprawa do Puerto Rico. Po drodze oglądamy, prowadzoną przez firmę "Tito", budowę nowego super-hotelu. Widać wielu pracowników i dobrą organizację. Samo Puerto Rico imponuje oprócz oczywiście architektury, pouczepianej w skały wulkaniczne, dość bogatą roślinnością, Helenka co i raz odkrywa rośliny, które w europejskich warunkach ( polskich) rosną w doniczkach, a tu są dumnymi drzewami, jak np. kretony, fikusy i araukarie. Dużo żywopłotów z chińskich róż.

Wszędzie mnóstwo Anglików, mają nawet własny miesięcznik. Kąpiel w oceanie i powrót do naszego puebla. Po drodze obserwujemy zatrzymanie dość dużego ruchu samochodowego przez robotników wysadzających skały przy drodze. Przy okazji - zadziwia nas, a właściwie przeraża brak wyobraźni pracujących, związany z zagrożeniami od strony spadających skał. Nie ma żadnych zabezpieczających siatek, a tam w górze trzyma się to wszystko na słowo honoru. Blisko nas Camping i zabudowania Playa de Tauro. Duży kontrast z dominującymi wszędzie bogatymi hotelami. Dachy z falistej blachy, brak szyb w oknach i niechlujne otoczenie tych domów. Na dachach pełno brzydkich beczek z wodą, nagrzewającą się od słońca. Obok niewiele lepsza knajpa " A cucaracha "

18-06-1997 - środa
MASPALOMAS

Około 9.30 wyprawa autobusowa do Ocean Park ( Maspalomas - bilet 340 peset ). Byliśmy trochę zawiedzeni, gdyż spodziewaliśmy się więcej atrakcji. Dobrze, że przyjechaliśmy wcześniej i mogliśmy bez tłoku korzystać kilkakrotnie z różnych urządzeń, przeważnie wodnych ślizgów. Potem zrobiło się znacznie gorzej, mnóstwo ludzi i duże kolejki. Marcin z Markiem oczywiście wielokrotnie wypróbowywali te atrakcje, a i we mnie odezwała się chłopięca dusza. Helenka spłynęła torem wodnym na dużym kole.

Następnie przy palącym słońcu długi spacer do wydm, na najbardziej wysunięty na południe kraniec Gran Canarii. Mnóstwo ludzi, duża ilość kobiet w stroju "topless". Jedna mała uwaga - niektóre z tych pań powinny przed rozebraniem się na plaży spojrzeć w lustro. Nie jest to zbyt estetyczne przeżycie, oglądanie starszych kobiet w takim stroju, a właściwie bez. Zmęczeni i spaleni słońcem wracamy autobusem. Kierowcy tych pojazdów to prawdziwe asy kierownicy.


19-06-1997 - czwartek
PUERTO DE MOGAN

Po wczorajszym, palącym słońcem, dniu chłopcy byli zmęczeni, a więc z Helenką poszliśmy na spacer po okolicznych drogach, podziwiając wytrwałość budowniczych, lokujących swe domy na nieprawdopodobnych wysokościach. U mieszkańców Wysp Kanaryjskich (tubylców), ustrojone kwitnącymi krzewami i drzewami budynki kontrastują z ich zaśmieconym zapleczem. Po południu wyprawa autobusem do Puerto de Mogan. Niesamowita droga, miejscami tak wąska i o takim stopniu skrętu, że dwa pojazdy nie mogą się wyminąć. Strach czasami patrzeć, a co mówić o jechaniu tą drogą. Jednak, jak już wcześniej wspomniałem, miejscowi kierowcy autobusów i pozostałych pojazdów, to mistrzowie kierownicy, hamulca i gazu, nie mówiąc już o klaksonie, którego używają bardzo często w trudnych sytuacjach. W samym Puerto de Mogan zaskoczyło nas mnóstwo kwitnących krzewów, rosnących wszędzie, na dachach, tarasach i przy domach; żywopłoty przy elewacjach. Helenka była zachwycona i stwierdziła, że tu jest najładniej. Ładny port, pełen bogatych jachtów i rybackich łodzi. Obok portu, prawdziwa mała "Wenecja". Piękne, bogato strojone kwiatami budynki z wąskimi ulicami, bardzo dużo mostków i trochę kanałów. Zrobiliśmy sporo zdjęć. Natomiast druga część miasteczka, ta górna, to już biedniejsza dzielnica, przeważnie hiszpańska z wieloma schodkami do domków, poprzyczepianych do skał wulkanicznych. Mało turystów, a więcej naturalnego życia tubylców.


20-06-1997 - Piątek
PUERTO DE MOGAN

Jeszcze jedna wyprawa autobusowa do Puerto de Mogan, tym razem komercyjna, na cotygodniowy bazar. Po drodze kilka refleksji. Bardzo mało rowerzystów (widziałem tylko jednego) na tych kanaryjskich drogach. Nie ma się zresztą co dziwić, gdyż jest to bardzo niebezpieczna jazda. W każdej chwili można zostać przyciśniętym do skał lub zepchniętym w przepaść, do oceanu. Podobnie jest też z pieszą turystyką, praktycznie nie ma żadnych szlaków. Sam bazar okazał się w istocie trochę mniejszy niż się spodziewaliśmy. Kapitalne sceny targowania się należą tutaj do rytuału, szczególnie wśród sprzedawców senegalskich, spośród których wyróżniały się dość pulchne murzynki w swoich narodowych strojach. Kupiliśmy płaskorzeźbę z hebanu - 2000 Peset /1 DM ­ok. 80 Peset /, kapelusz dla Helenki - 1000 i klapki - 1500. Dla chłopców nie było nic ciekawego, szukali noży, a znaleźli tylko finki. Kupiłem jeszcze kasetę audio z hiszpańską klasyką. Dla babci, opiekunki naszego domowego ogniska, kupiliśmy zestaw zapachów - 1000.


21-06-1997 - Sobota
TAURITO PLAYA

Był to najdłuższy dzień, a właściwie dzień, noc i znowu dzień. Do południa byliśmy w Taurito, maleńkiej miejscowości, składającej się z dwóch hotelowych kompleksów i sztucznego jeziora. Niestety można było tam wejść tylko za opłatą - 1000 Pes. Zrezygnowaliśmy i po zrobieniu kilku zdjęć wróciliśmy do hotelu.

Ostatnie spacery i długie oczekiwanie na wyjazd autokarem około 1.30 na lotnisko. Stamtąd samolotem o 4.20 najpierw na sąsiednią Teneryfę, a po zabraniu tamtejszych klientów "Scan Holiday", do Warszawy. Długi lot Boeingem 747 PLL Lot i około 12.45 Okęcie. Stolica nie przywitała nas zbyt przyjemnie. Pochmurnie, deszczowo i dużo chłodniej niż na Wyspach. Po drodze dobrze zorganizowana próba okradzenia mnie przy wyjściu z autobusu MPK linii 145. Na szczęście dla naszych finansów i dokumentów - nieudana. Dworzec Centralny i otoczenie Pałacu Kultury robi przykre wrażenie. Brak WC, brudno i śmierdząco. Pełno różnych typów, bezdomnych i naciągaczy. Po długim oczekiwaniu i kilku nerwowych chwilach, potwornie zmęczeni wsiadamy do pociągu i przesypiamy całą drogę do Jeleniej Góry dość wygodnie w kuszetce. / dzięki kolejowym legitymacjom zapłaciliśmy tylko za miejsca leżące, my po 29,a chopcy po 22 złote l. W domu około 6.30.

czwartek, 8 maja 1997

My reflections 1996-1997

May 16, 1996
Thursday

I am writing these words and I am listening to the Radio “Z”. It is enough interesting station. Much music, a little politic and of course an advertisement. Outside it is cloudy. It has been so ugly for about two weeks. I do not remember so cold and wet May. Alone at home. Helenka treats for children and boys have gone in the school. Marcin by train at 8.03 / today only, everyday at 6.58 / and Marek on foot.
The idea of writing this diary comes from Sherill Howard Pociecha, who wrote “ The English Advisor or how to use English for communication in the real world. It will not be a typical diary and rather a collection my thoughts and reflections I hope. That is enough for today. I am hungry and I am going to eat something and to have a nice cup of coffee. It is 10.30 a.m.

May 20, 1996
Monday

They say – “You have much time”. That is right but only partly. For I am retired and I need not go to work I schould be happy. Well I am but for other reasons. For example I have much time for doing what I like, sport, tevelling, helping my children with their school problems, working in the garden and at learning foreign languages, reading papers and books. Besides I am not sick and according to other people I do not suffer from lack of money and I can afford many things.
The most important I love my wife and I am loved by her. What more one needs to be happy. I do not know. Maybe I exaggerate. There are bad moments in my life after all.

May 23, 1996
Thursday

It is not bad. My student passed her exam in English yesterday. There days ago I read very interesting novel by Jack London “ Lost Face “. The hero of this story is a Pole who is called Subienkov / rather Russian name than Polish /. The most surprise for a reader is the ending. The splendid scenario for an exciting film. I wonder who is whenever done it.

May 28, 1996
Tuesday

A letter to my mother who lives far from my place. An occasion – The day of mother. I am happy? My mother still lives, only she one. The black year 1985 in which they were death – January – my mother in low; July – my father; At last August – my father in law. My Helenka was splendid, in spite of this all she was able to endure it. Why am J so sad today?
Outside it is awful weather, cold and wet. Instead of spring it is autumn. Marcin has gone out with his class by train for few days to visit Torun, Kolobrzeg and other towns.
Last Sunday there was a great solemnity of church in Wlen. The bishop arrived to visit a small religion community. There were a great deal of people everywhere. My son Marek and other young boys and girls were given to a sacrament. Many people, many very important words during the sermon. Words only words, oven very nice ones they do not replace good deeds. – Maybe a small faith.
Other day, Saturday, three days ago, other place – Janowice Wielkie. A little, poor church, few people and big hospitality. They say there are many ways which lead to the same aim, to the same God. Who is right? Perhaps everybody.

June 3, 1996
Monday

Yesterday, Sunday – it was enough busy day. In the morning I helped my elder Son with his essay in philosophy. Title of our work – “Philosophy and Art”. An interesting subject, is not it ? Relations between a work of artist and receiver. Beauty. Subjective or objective feeling of beauty. A very interesting views Polish philosopher Roman Ingarden, who writes about a special connection between aesthetic objects and people. My Son was a little in other opinion as me. Ii is good. People should different from themselves.
In the afternoon four sets of tennis in court, which is situated next to old children hospital for convalescent rehabilitation of locomotive organs. There my wife was on duty on Saturday and Sunday.

June 7, 1996
Friday

It was a religion holiday yesterday which is called “Corpus Christi”.
Which is better? to work manually hard or to work intellectually. In my opinion the best work is simple operation which is allowed to think. For example: Painting, of course not artistic one only housework. Then I am painting walls and ceilings and I am listening to the radio and last but not least - I think.
A letter from my friend who was found by me after twenty years. It is long, long time. Everything changes, people change too. Instead of friend in Poland, an older, strange man in Germany next to Denmark. Am I disappointed? Maybe. Did I expect much more? I hoped.
Whose fault was it? I do not know. Perhaps time is only guilty of it. One needs to wait, but a long separation is a killer friendship, I suppose. I would like to be mistaken.

June 9, 1996
Sunday

A ruined temple. Is a ruined, empty temple still really temple? Which is more important? A temple without God or without people. Is God still in a deserted temple?
Peple can sometimes leave their church but God rather do not do it. What reason of my reflections? Outside, next to my house there is an old, ruined, deserted Protestant Church.

June 11, 1996
Tuesday

What does “happiness” or “to be happy” mean? For example: In the evening after very hot day listening to splendid Chopin with a glass of cognac in hand and to look at stars. There was on a green roof which was decorated with flowers and other plants yesterday. Alone?
Not at all. I have felt presence my family all the time.
On Saturday Marek, Marcin and me we went by car to Rakowice where we swam for the first time in this year. We were surprised enough warm water and a lot of people. Helenka has preferred to stay at house so as to be able to do her gardening. Flowers are for her the most love, of course after her boys and maybe her husband.

June 19, 1996
Wednesday

I have not had any time for few days. Just I take a short break to write some sentences.
Together with my wife we tidy all the house. Besides I have painted a hall and a living room.
Sooner I have had painted three radiators.
Today it is Marka’s ceremony. He is finished his elementary school and he was rewarded two books. One award for the first place at a mathematical competition and second for very good estimates. We are proud of both our sons because Marcin got third position in his class and he has good estimates too. I am sorry I must finish it. My work is waiting for me.

June 28, 1996
Friday

It is finished at last. It was a very nervous week? For Marek has passed his exams in mathematics and polish and he will attend Marcin’s school /secondary school/ next school year. Marek is happy and we are too.
After enough hot beginning of month it is cold and windy. Maybe all the summer will be like this week. Our plans for vacation: I would like to go by train and by bicycle where I have never been. This is Slovakia and Bieszczady Mountains. Marek intends to go to Aachen in Germany to attend an international camp of youth from five countries of Europe. At last but not least all family is going to go by plane to Greece for a week. Besides Marcin wants to stay at house with Helena. In my opinion he is being spoilt and pampered by her. Sometimes they argue but in a moment a loving mummy prepares a Marcin’s favourite dish. For my elder Son
prefers staying at home instead of to going somewhere.

July 4, 1996
Thursday

Yesterday I read a following sentence “Everybody is dying day by day”. That is right but it is sad. What should we do? Nothing, the first of all - to live. Let us have always a nice day and hope. Every one has hope even people who are suffering from a death illness.
To kill a man it is simple. One needs only to take his hopes and dreams away from him.
Besides today it is American holiday “Independence Day”. Other anniversary – fifty years ago 42 polish Jews were killed in Kielce. Who was guilty of this unnecessary crime?
Crowd, simple people – workers, housewives, policemen and soldiers. Why it is happened? – a year after cruel war. Reason is complicated, first of all for lack of tolerance to others who differ their religion, but it is only a partial answer.

August 1, 1996
Thursday

It was a very interesting month – July. First I have realised my small dream – from 6 to 14 I went by bicycle about 500 kilometres from Nowy Targ across East-North Slovakia and Bieszczady Mountains to Przemysl. I have spent many exciting days to meet different people and to talk to them. Besides, of couse, direct contact with nature. The weather was good, my mental and physical health too.
On 15 of July 18 anniversary of our marriage. How fast time pass away. At this moment we are at home without Marek who has gone to Aachen in Germany for two weeks. Marcin and me play almost everyday volleyball and in the evening we watch Olimpic Games in Atlanta/USA/. Helenka is glad of her beautiful flowers which are admired by passing people.
I met a sympathetic family from Holland last week. They spent two days in Wlen and intended to go to Krakow. We have spoken German.

August 11, 1996
Sunday

Marek is already at home. Yesterday we were waiting for him until 11 p.m.
He has come sunburnt and tired but instead of to go to bed he has gone to computer at first to play new games. I must confess that I have played a very interesting computer game “Civilisation II” for few days too. It is the best way of waste of time. It does like a drug.

September 20, 1996
Friday

A family travel by plane to Greece. It was first flight for Helenka and boys. Very warm and very salt sea. Last night – Greek night, a dance only for men and drinking wine without hands. Both boys have done it well, me a little worse. Nea Skione – a little fish village, excuse me, a town where live about thousand people.
In summer season certainly much more. My favourite Greek meals: small fishes and salads. And what about drinks? Of course, wonderful “Ouzo”, “Metaxa” either. Residence “Sabine”, a hotel “Dolphin Beach” in Possidi, places – Chanioti, Pefkochori, Kalithea. Names, which I will perhaps remember any time. People, maybe some persons. A Russian woman who called Aleksandra. She has been homesick very much and afraid for her Son who will have to go to the military and fight in Tschechenie in autumn.
There was an adventure not far Loutra – a very strong tempest, a lot of flashes of lightning and thunderclaps. We got wet very quickly. After that a kind Greek helped us with our drying. Only a week and so much impression.

October 1, 1996
Tuesday

After very cold September it is getting a little warmer. Today is my Birthday. 46 years – time for some reflections about Past. No, I will not sum up my life. It is early enough.
I have lost with my Son Marek. We have played basketball, next to our house and old, ruined temple. Score: 30 to 28.

October 3, 1996
Thursday

Next result: 16 to 0. “Pogon” Wlen – football team has won with Gosciszow. Why am I writing it? Maybe for I am a manager this club. In the evening great surprise for Poland. A poet Wieslawa Szymborska was awarded Nobel Prize. I have read her verses. I liked very much ones – “Jeszcze” /Still/. Perhaps any time I try to translate it into English. Very simple words in Polish language and very difficult in others. Should poetry be translated? No, it was created before Babel Tower after all.
Marek is getting a man, not child. He is often given to letters from girls. That is a pity he is not keen on writing, especially letters. Poor women.

November 26, 1996
Monday

Very long time passed when I had written last words in this diary. Nothing interesting happened. It is fine but today it is very cold outside, it is snowing. And what about your new passion, Leszek? Just I almost finish it. I play already on the most difficult level as “Cesar” – a Rome Deity. Boys love fighting on a screen and play “Tekken” or “Toshinden” on Playstation. Helenka sometimes suffers from headache or being in a bad mood. It is typical of women in their age.

January 12, 1997
Sunday

Time of action – Night 31 of December. Place – School in Wlen. My wife has a new, black frock. She looks very nice. I am first time in my new dinner-jacket from Bytom. We are happy. It is nice and pleasant. Marcin has gone to Swierzawa to play with his friends from his class. Marek with his friend stayed at house. We all have drunk Champagne to New Year 1997.
There are bad moments in my life too. For instance, an unpleasant letter in last days of old year. It is very important for me to be far from old places, far from past. Simply, to be together with my family.
I am reading “Talmud” now. There are many wise truths in this old book. Truths as old as world and people.

May 8, 1997
Thursday

My life as life of young retired man is rather boring and maybe sad. Why am I in no mood today? Outside it is bad weather , it is cold and rainly. Boys have enjoined a new colour printer for three weeks, which Marcin and me had bought in Goerlitz for about 550 DM.
In last months I spent much time to work or to play with computer, especially with “Microsoft Office 95”. Besides I am reading a German book “ Im Westen Nichts Neues” by
Erich Remargue. It is a book my youth, which I read when I was a teenager. What else? I am trying to learn few words and sayings in Spanish. We are going to have a nice week in Canaries Islands from June 14 to 22 with known tourists firm “Scan Holiday” .

piątek, 23 sierpnia 1996

Grecja 1996 Halkidiki

18-08-1996 -niedziela Possidi

Wylatujemy z warszawskiego lotniska i po niecałych dwóch godzinach lotu nowoczesnym Boeingiem 737 lądujemy w Salonikach skąd już autokarem do hotelu "Sabina", miejsca naszego pobytu.

Około kilometra od nas jest urocze, autentycznie greckie, rybackie miasteczko - Nea Skione. Wracając do naszego przelotu trzeba zaznaczyć, że było to bardzo ważne wydarzenie dla Helenki i synów - ich pierwszy lot. Ja już trochę wcześniej, w latach osiemdziesiątych, korzystałem z usług radzieckiego lotnictwa.
Po południu wyjazd do hotelu "Dolphin Beach", gdzie jest centrum aktywnego wypoczynku organizatora naszej wyprawy "Scan Holiday". Tam konkurs wiedzy o Grecji, puzzle i kalambury. Dzięki naszej wiedzy, umiejętnościom i częściowo sprytowi wygraliśmy go, a w nagrodę firma postawiła nam piwo i najlepszy alkoholowy cocktail. Chłopcy próbowali jedno i drugie, a poza tym była świetna zabawa i skoki do wody w niewielkim basenie hotelowym.


20-08-1996 - wtorek Loutra

Po śniadaniu wyruszamy przy bardzo ładnej pogodzie w kierunku Loutry.

Po pięciu kilometrach docieramy do tego nadmorskiego kurortu. Brak normalnych zabudowań, mnóstwo hoteli, wszystko dla turystów, a do tego mała, kamienista plaża. Kąpiemy się i jemy "kotapulo" /kurczak/. Z powrotem do domu, gdyż już było słychać nadciągającą burzę, która nas dopada w połowie drogi. Autentyczne chwile grozy, wszędzie błyskawice i grzmoty, a do tego rzęsisty deszcz, który nas kompletnie moczy. Dzięki Markowi znajdujemy w miarę bezpieczne schronienie w podcieniach domu pewnego Greka, który po pewnym czasie otworzył drzwi i podał nam ręczniki. Rozmawiamy po angielsku, gospodarz był tak uprzejmy, że chciał nas zaprosić do środka. Po powrocie do naszej "Sabiny" suszenie wszystkiego, łącznie z pieniędzmi i dokumentami.
Wieczorem "Polish Night" w hotelu "Dolphin Beach", który polegał na grze w Bingo, co raczej nie jest polską specjalnością. Po krótkim okresie gry zorientowaliśmy się, że nic nie wygramy i wycofaliśmy się. Niezbyt udany wieczór.

22-08-1996 - czwartek Chanioti - Pefkochori

Po śniadaniu około 9.30 przy ładnej, słonecznej i upalnej pogodzie podejmujemy pieszą wyprawę na drugą stronę półwyspu. Po kilkunastu minutach mijamy hotel "Porto Skioni" położony najwyżej, nie widać wielu turystów. Pamiątkowe zdjęcie na tle pięknych roślin i w drogę. Kończy się asfalt, a zaczyna kamienista droga.
Dochodzimy do kościółka, który góruje nad całym półwyspem. Można stąd jednocześnie oglądać zatokę Thermaikos /naszą/ jak i zatokę Kassandryjską. Przy kościółku, a właściwie cerkiewce, krótki odpoczynek, ofiara/100 Drachm/ i stwierdzenie czegoś oczywistego, a tutaj bardzo adekwatnego. "Bóg jest tam, gdzie chcemy, żeby był".

Pusto, od czasu do czasu jakiś miejscowy samochód. Brak pieszych turystów i dobrych oznakowań. Docieramy do skrzyżowania tych naszych dróg /nie ma tego na mapie/ i po około godzinie jesteśmy na drugiej stronie - w Chanioti.

Tu plaża jest piaszczysta i oczywiście przepełniona. O wiele większy ośrodek turystyczny, natomiast nie widać normalnego życia Greków. Pływamy - podejmuję dość długą wyprawę pływacką do stanowiska, gdzie startują i lądują amatorzy podniebnych wrażeń/ ludzie na spadochronach, ciągnięci przez motorówki /. Idziemy dalej wzdłuż wybrzeża, mając po lewej stronie wspaniały widok na sąsiedni półwysep Sithonia i leżącą blisko niej wysepkę Kelifas. Po pięciu kilometrach dochodzimy do jeszcze większej miejscowości, wybitnie turystycznej - Pefkochori.
Tam są już nawet światła regulujące ruch uliczny. Zaczynamy tęsknić do naszego małego, sennego, ale przytulnego Nea Skione, które jest normalnym, żywym miasteczkiem, a nie sztucznym, tylko dla turystów. Oboje z Helenką kąpiemy się, a chłopcy odpoczywają, podpatrując przez lornetkę co ładniejsze dziewczęta.
Odchodzimy od wybrzeża w kierunku na Paraskewi, zupełnie nieoznaczoną i nieznaną przez turystów, drogą gruntową; znają ją tylko miejscowi. Po pięciu kilometrach osiągamy Paraskewi, jednak nie wchodzimy do niej. Z daleka obserwujemy przez lornetkę te wyludnione, jakby wymarłe miasteczko. Idziemy dalej środkiem półwyspu, czujemy coraz większe zmęczenie, co u Helenki przejawia się okresami zniecierpliwienia. Na reszcie dochodzimy do znanej nam już krzyżówki, mijamy znajomą cerkiewkę i punktualnie o 20.00 zmęczeni, ale szczęśliwi lądujemy w naszym apartamencie.

bbbb
hhhhh




P



niedziela, 14 lipca 1996

Wyprawa rowerowa na Słowację i w Bieszczady 1996

06-14.07.1996 ok. 520 km


I Dzień 6.07. ( sobota ) - ok. 20 km

Wleń - Czernica - Jeżów - Jelenia Góra

W Jeżowie na przejeździe kolejowym złapałem gumę w tylnym kole, na wskutek czego musiałem prowadzić rower do stacji PKP w Jeleniej Górze, a stamtąd już wygodnie „Szrenicą” do Wrocławia. We Wrocławiu zamiast na Zakopane (brak wagonu bagażowego) wsiadłem na pociąg do Przemyśla i wysiadłem przed 3 – cią rano w Krakowie. Następnie osobowym do Nowego Targu. W Krakowie spotkanie z młodym Słoweńcem, który poszukiwał młodzieżowego hotelu i żalił się, że nikt tu w Polsce nie mówi po angielsku, aż wreszcie trafił na mnie. Niewiele mogłem mu pomóc, ale przyjemnie pogawędziliśmy, a przy okazji znalazła się właściwa osoba, która już dalej zaopiekowała się sympatycznym cudzoziemcem.

II Dzień 7.07. ( niedziela ) . ok. 75 km

Nowy Targ - Niedzica - Czerwony Klasztor (Słowacja) - Stara Lubovna - Lubovnianske Kupele

W Nowym Targu wymieniłem dętkę i po małym śniadaniu około godz. 9.00 wyruszyłem w drogę, przekraczając po raz pierwszy Dunajec. W okolicach Nowego Targu dużo nowych, ładnych domów; widać, że pieniądze przywożone z USA są dobrze lokowane.
W Niedzicy zwiedziłem zamek (mniejszy od Nidzickiego i innej barwy - brudnobiałej). Zamek, należący przez wiele lat do Węgrów (rodziny Horwatów), jest jeszcze dość dobrze zachowany. Natomiast znajdujący się po drugiej stronie Dunajca, polski zamek w Czorsztynie to same ruiny. Tuż obok zamku w Niedzicy zapora wodna w budowie, dzięki której zamek coraz bardziej traci swoje atrakcyjne, wysokie położenie. Sama tama niezbyt imponuje, szczególnie komuś, kto mieszka zaledwie kilka kilometrów od wspaniałej zapory Pilchowickiej.
Po godzinie 12.00 wjeżdżam po raz pierwszy do Słowacji. Jadę wzdłuż Dunajca obserwując i wspominając przy tym swój pamiętny, deszczowy spływ w 1984 roku. W Czerwonym Klasztorze wypoczynek przy porcji kurczaka i piwie, a przy tym wspaniały widok na Trzy Korony. W czasie jazdy zauważam, że tutejsze, słowackie budynki nie ustępują polskim. Spore miasteczko - Stara Lubovna ze zniszczonym zamkiem na wzgórzu było przez prawie 350 lat polskim miastem. W mieście tylko jeden hotel i brak miejsc. Niestety, nie ma prywatnych kwater, miejscowi ich nie znają i nie są nimi zainteresowani. Zrezygnowany i zmęczony opuszczam niezbyt przyjazną turystom miejscowość i ruszam w kierunku Bardejova. Po około 7 km wspaniały hotel „Lubovna”. Zmęczony, niewyspany, marzący o prysznicu i mając na karku mżawkę, decyduję się pozostać.

III Dzień 8.07. ( poniedziałek ) - ok. 77 km

Lubovnianske Kupele - Bardejov - Niżna Polanka

Po dobrze przespanej nocy prysznic i w drogę. Pogoda świetna, słońce i wiatr, szkoda tylko, że w twarz. Zakupy w sklepie i śniadanie mleczne przy drodze, żeby rozluźnić żołądek. W Ruskiej Woli (dwujęzyczny napis, jeden rosyjską cyrylicą) mały odpoczynek przy kościółku. Wszystkie mijane kościółki są świeżo odnowione, podobnie zresztą jak i świeżo odnowiona jest wiara Słowaków. Jestem na samej granicy. Maleńki potok dzieli tu dwa państwa, widać doskonale polskie zabudowania. Dużo osób narodowości cygańskiej. We wsi Lenartow (nazwy tutejszych miejscowości kończą się przeważnie na ow) rozmowa z brudnymi, zaniedbanymi cygańskimi dziećmi ( sporo ich tutaj). Dałem im 5 koron na „żwaczku” (guma do żucia). Dodatkowo, dla kontrastu, dużo ładnych, zadbanych domów, których i Zachód by się nie powstydził. Natomiast szpecą krajobraz brzydkie przystanki autobusowe, wykonane z obskurnej blachy. Odświeżony słowackim piwem chciałem dojechać do Bardejovskich Kupeli, więc skręciłem, zgodnie z mapą, na boczną drogę na Zlate i ... znalazłem się w Bardejovie nie wiedząc jak. Tutaj sporo Polaków, młodzi na rowerach, starsi samochodami. Bardzo mało starszych na rowerach. Po drodze pensjonat „Janka” przywitał mnie psami, na szczęście tylko powąchały. Bardzo duży i ładny rynek w Bardejovie, trochę mniejszy niż w Pułtusku, ale też robi wrażenie. Wokół rynku bardzo ładnie odnowione kamieniczki, a na środku niewielki ratusz i duży, majestatyczny, kościół gotycki. Na obiad gulasz węgierski z knedlikami. Brak sałatek warzywnych, są tylko jakieś ciężko strawne (śledziowe, fasolowe) z dużą ilością nie zawsze świeżego majonezu. Około godz. 16.00 opuszczam Bardejov i jadę do Bardejovskich Kupeli.
To typowa miejscowość kuracyjna, gdzie widać tylko turystów, a właściwie kuracjuszy. Dużo starych, dobrze odrestaurowanych hoteli i pensjonatów. Dalej korty tenisowe i trasy spacerowe. Jest cicho i sennie. Można tam dobrze wypocząć. Niestety skansen oglądam tylko zza płotu (chrustowego) gdyż w poniedziałki jest zamknięte.
W miejscowości Smilno rozmowa z sympatycznym, starszym Słowakiem (Tomaszek), pasącym krowy przy drodze i nieudana próba noclegu w jego domu. Jadę dalej i w Niżnych Polankach znajduję „Villa Makovica” - pensjonat, który dysponuje 32 miejscami i jest trzy razy tańszy (200 SK), niż pokój w Lubovnianskich Kapelach. Tam zjadam dobrą kolację i robię wieczorny spacer po okolicy. Jest ciepły, a nawet parny wieczór. Dużo polskiej młodzieży. W nocy gwałtowna burza, ale ja już jestem bezpieczny w łóżku.

IV Dzień 9.07. ( wtorek ) - ok. 93 km

Niżna Polanka - Svidnik - Przełęcz Dukielska - Komańcza

Rano po śniadaniu (jajecznica) wyjazd o 9.10. Dużo zimniej jak wczoraj i nadal wietrznie. Dla jazdy rowerem to nawet lepiej. Po około 50 minutach jestem w Svidniku. Tutaj zwiedzam skansen budownictwa Rusinów, oryginalne budowle i wyposażenie, pościągane z okolicznych wsi. Człowiek się starzeje, gdyż pamiętam z dzieciństwa wiele przedmiotów i wnętrz podobnych do tych tutaj. Zaczyna padać, siedzę w karczmie skansenowskiej i piję piwo. Jestem jedynym turystą w tym skansenie. Krótkie rozmyślanie, a właściwie modlitwa, w pięknym, drewnianym, unickim kościółku. Przestaje padać. Centrum Svidnika, nieciekawe - pośrodku brzydkiego blokowiska wyrasta wspaniała cerkiew w ogóle tutaj nie pasująca, zbudowana w 1994 roku. Jadę na północ. W Ladomirowej dwie cerkiewki. Jedna nowa, gdzie napiłem się dobrej, chłodnej wody ze studni i druga maleńka, drewniana i nieużytkowana. Przy okazji nachodzi mnie refleksja; w małych, cichych świątyniach wydaje się, że człowiek jest bliżej Boga i być może, w przyszłości będziemy częściej do nich wracać, gdyż w wielkich kościołach, katedrach człowiek staje się anonimowy, ginie i zatraca swoją indywidualność. W dalszej drodze, w miejscowości Hunkovce, słabo zaopatrzony Posthostinec (bufet). Z braku czegokolwiek do zjedzenia muszę zadowolić się kawą i kieliszkiem rumu (dobrze rozgrzewa).
O godzinie 13.00 jestem już na przełęczy Dukielskiej. Przy drodze dwa czołgi, jeden z gwiazdą, drugi z krzyżem hitlerowskim, imitują walkę. Oczywiście, ten z gwiazdą jest wyżej i zwycięża. Jeszcze dalej stoi samolot z czerwoną gwiazdą, a na samej przełęczy wspaniały pomnik chwały poległym żołnierzom. Wokół mauzoleum popiersia czeskich, słowackich i radzieckich dowódców. Między innymi radzieccy marszałkowie: Koniew, Grieczko, Moskalenko i słowacki bohater L. Svoboda. Ciekawe, że nikt tego nie rozbiera, nie demontuje, nie niszczy i nie bezcześci. Historia dla Słowaków jest widocznie jedna. Czyżby oni byli mądrzejsi od nas w jej pojmowaniu. A teraz z innej beczki - wydaje się, że drogi słowackie są lepsze od naszych. Ostatni posiłek na Słowacji, w przygranicznym barze. Dużo polskich samochodów, ale brak rowerów. Na granicy spora kolejka „Tirów”. W barze dobry „dukielski gulasz” i jak zwykle na Słowacji, brak warzyw.
Wjeżdżam do Polski o 14.20. Po polskiej stronie domy brzydsze i biedniejsze. Za Tylawą skręcam w prawo na Komańczę. Przez 7 kilometrów pustka, tylko las. Najważniejsze, że cały czas nie pada. Czyżby moje modły do Boga Unitów w drewnianej, skansenowej cerkiewce okazały się skuteczne. Na tablicy informacyjnej widzę, że już tylko 7 km do Komańczy, zadowolony jadę przez godzinę i nie widzę jej. Po 10 km okazało się, że do celu jest nadal 7 km W Czystogarbie wymiana barterowa z tubylcem (dzieckiem) - za słowacki baton otrzymałem szklankę wody. Nareszcie Komańcza, skąd zaczynają się Bieszczady. Nocleg (5 zł.) w schronisku młodzieżowym, gdzie oprócz mnie oazowa młodzież katolicka z Radomia. Pomimo zmęczenia gram jeszcze z nimi i z opiekującym się nimi księdzem w siatkówkę Po meczu krótka rozmowa z kadrą oazy. W Komańczy znajduje się piękny, nowy kościółek greckokatolicki (unicki). Oprócz niego są tam jeszcze dwa kościółki (rzymskokatolicki i prawosławny).

V Dzień 10.07 ( środa ) - ok. 40 km

Komańcza - Cisna

W nocy młodzi trochę hałasowali, ale jakoś się spało. Rano śniadanko przy pomniku poległych „przy utrwalaniu władzy ludowej” i do klasztoru sióstr „Nazaretanek”, trochę w bok od Komańczy (trudny podjazd), gdzie w latach 1955-56 przebywał w odosobnieniu Kardynał Wyszyński. Chwila zadumy w celi (3 na 4 m) człowieka, który urodził się 4 kilometry ode mnie. Ładny, słoneczny dzień. Mało zamieszkane, biedne tereny. Od Komańczy do Nowego Łupkowa (10 km) nic, zupełnie pusto. Wreszcie Łupków, miejscowość, gdzie przysłowiowy diabeł mówi dobranoc. Tutaj kończy się linia kolejowa z Zagórza. W miejscowym barze nie podają kawy, herbaty; jest tylko piwo, wino i trochę starych ciastek i słodyczy. Odnoszę wrażenie, że tu się nic nie zmieniło. Prawdziwy skansen okresu sprzed 1989 roku. Masa bezrobotnych, sierot po byłych PGR-ach, mierzy upływający czas kolejnymi kuflami piwa. Parę kilometrów dalej w schronisku „Wagabunda” w Woli Michnowej piję po raz pierwszy od kilku dni prawdziwie dobrą kawę po „turecku”. Dotychczas piłem jakieś lury. I znów same lasy, ale w przeciwieństwie do karkonoskich są o wiele mniej zniszczone.
O godz. 15.00 wjeżdżam do Cisny. Wyraźnie widać, że właściwie to stąd zaczynają się prawdziwe Bieszczady. Cisna jest większym ośrodkiem turystycznym niż Komańcza, więcej turystów i lokali usługowych, a nawet wypożyczalnia rowerów górskich. Piszę te słowa stojąc na wzniesieniu, na którym wybudowano pomnik chwały poległych milicjantów, dumam nad marnym losem moich starszych kolegów i podziwiam ładną panoramę gór, a w dole miasteczko. Wdrapuję się na 633 metry, gdzie znajduje się bacówka PTTK „Pod Honiem” i otrzymuję miejsce w ośmioosobowym pokoju na I piętrze (ale śpię sam) za 9 złotych. Piękny, drewniany domek, taka trochę mazurska dacza - trzy kondygnacje. Z okna ładny widok na okoliczne góry, które zachęciły mnie do pieszej wędrówki. Zostawiam rower w bezpiecznym miejscu i podejmuję wyprawę czerwonym szlakiem na górę Wołosan (Patryja) 1071 m. , do której dochodzę o 18.45. Schodząc zmieniłem trochę trasę, i wylądowałem na drodze do Baligrodu w Hulkowcach, a stamtąd już bezpośrednio do Cisny i mojej bacówki. Zmęczony i głodny, na miejscu jestem o 20.30. Po zjedzeniu flaków i wzięciu prysznica już było dużo lepiej. Piękny wieczór, spokojny i cichy. W bacówce tylko kilka osób, a wokół nieskażona cywilizacją przyroda, szczególnie poza uczęszczanymi szlakami turystycznymi.

VI Dzień 11.07. ( czwartek ) - ok. 37 km

Cisna - Wetlina - Ustrzyki Górne

Po dobrze spędzonej nocy w miejscu, gdzie nad wejściowymi drzwiami widnieje napis: „ Staropolska jest to cnota - nie zamykać gościom wrota” wyjeżdżam z gościnnej bacówki o 8.20. Samopoczucie bardzo dobre, a wczorajsze zmęczenie zniknęło bez śladu. Na całej trasie od Cisnej do Ustrzyk Górnych bardzo dużo pól biwakowych i ośrodków wczasowo-kolonijnych. Szpecą tylko przystanki autobusowe, wykonane z drewna, przykryte brudnym eternitem, a wewnątrz smród. Trzeba uważać, żeby w coś nie wdepnąć. „Homo homini lupus” nawet w takich prozaicznych sprawach. Rozmyślania rowerzysty na trasie. - Dlaczego ludzie nie przesiądą się z tych śmierdzących samochodów np.: na rowery i nie smakują bezpośrednio tej pięknej przyrody, a nie przez szybę, gubiąc w szybkości wiele cennych doznań. Jakąś alternatywę dla samochodów stanowiła dawniej leśna kolejka wąskotorowa, która onegdaj jeździła przez te piękne, dziewicze tereny, a z której pozostały obecnie tylko zardzewiałe tory. Kontynuując ten panegiryk na cześć roweru. - Jest on dla współczesnego człowieka czymś tak naturalnym jak dawniej koń. Obaj tworzą doskonałą parę.
Blisko Wetliny na lewo - wspaniała panorama Połoniny Wetlińskiej. Zaczyna lekko mżyć, ale na szczęście przestaje. Wetlina jest sporym centrum turystycznym. Rzuca się w oczy i zaciekawia poetyczna nazwa restauracji „Baza ludzi z mgły”. Pierwszy kontakt z turystą rowerowym, starszym ode mnie, to podnosi na duchu. Za Wetliną wjeżdżam do Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Dużo pieszych, przeważnie młodych turystów z olbrzymimi plecakami. Zastanawiające, że dotychczas nie zauważyłem jeszcze samochodu z jeleniogórską rejestracją, czyżby wystarczały nam Karkonosze. Nie widać też, jak dotąd, wszędobylskich niemieckich turystów, tylko pojedyncze przypadki.
Wjazd ładną serpentyną na „przełęcz nad Berehami” (Wyżna Przełęcz) - 872 metry. Zaczyna padać, więc następne dwie godzinki spędzam u ludowego artysty, pseudonim „Białko”, lat 32, który mieszka i tworzy w drewnianej szopie, a nawet tam zimuje. Jest to jednocześnie przydrożna galeria sztuki, w której kupiłem jedną płaskorzeźbę (21 zł.). Zostałem następnie poczęstowany dość mocną herbatą, przy której przyjemnie pogawędziliśmy. Zrewanżowałem mu się Wleńskim folderem. Okazało się, że Białko jest także poetą, na dowód czego napisał mi na odręcznej kartce papieru wiersz „Krutka rozmowa na telefon”. Przestało padać, więc w drogę, pięknym zjazdem, serpentyną. Krótki postój na posiłek (szaszłyk z sałatką i czerwony barszcz) i następnie w przydrożnej chatce góralskiej, z ogniskiem na środku, spożycie mokrego oscypka, a przy okazji osuszenie się.
Następne wzniesienie - przełęcz Wyżniańska (855 m.) i wspaniałe widoki po lewej stronie, na Połoninę Caryńską, a po prawej, na Kremenaros (Krzemieniec), gdzie schodzą się trzy granice ( polsko-słowacko-ukraińska). Potem już do samych Ustrzyk Górnych przyjemny zjazd.
Same Ustrzyki trochę rozczarowują. Są mniejsze od Cisnej i praktycznie nie widać miejscowej ludności, są tylko sami turyści, wśród których przeważają harcerze i inna młodzież z plecakami. Nocleg w ośrodku campingowym PTTK, w domku (12zł.). Spaceruję po miejscowości, bardzo mało normalnych, stałych zabudowań. Kościół katolicki, zbudowany w 1986 roku na miejscu dawnego, greckokatolickiego, zburzonego w 1946 roku. Trafiłem na mszę, a w kościele sama młodzież. Stojąc na stopniach kościoła słucham religijnych pieśni i podziwiam panoramę Połoniny Caryńskiej. Następnie przechodzę chybotliwym mostkiem nad potokiem Wołosaty i rozmawiam ze strażnikiem BPN, który na stałe mieszka w Ustrzykach Dolnych i zna akurat zaporę Pilchowicką. Zaczyna padać, jestem sam w domku campingowym i rozmyślam. - Od czasu do czasu lubię wyjechać, ale jeszcze bardziej lubię wracać. Może wyjeżdżam dlatego, żeby móc wrócić, tym bardziej jak się ma do kogo, a ja mam do kogo.

VII Dzień 12.07. ( piątek ) - ok. 72 km

Ustrzyki Górne - Dwerniczek - Zatwarnica - Wołkowyja - Solina - Uherce Mineralne

Zgodnie z regułą, „co drugi dzień” dziś jest ładnie i słonecznie. Wyjeżdżam o 8.00 i już po półgodzinnej jeździe w dół przekraczam San, rzekę szeroką, płytką i kamienistą. Krótki postój w Dwerniczku (dziura, wszystkiego 8 domów i pole namiotowe). Trochę dalej, jeden z byłych ministrów rządu M. Rakowskiego, Jastrzębski buduje jakąś kolumnową posiadłość. Miejscowi ludzie mówią, że on wykupił już połowę Bieszczadów. W Chmielu, który do 1951 roku był w ZSRR, mała, drewniana cerkiewka, przerobiona w 1986 roku na kościółek rzymskokatolicki. Rozmawiam ze starszym wiekiem leśniczym, który nadzoruje 10.000 ha lasu, a poza tym prowadzi pole namiotowe, stawy rybne i oferuje noclegi w domu. Znów w drogę, cały czas pedałuję wzdłuż rzeki, pięknym Parkiem Krajobrazowym Doliny Sanu. Wszędzie dużo harcerzy. Dojeżdżam do końca normalnej drogi, do Zatwarnicy, gdzie samotnie, w dużej sali jadalnej hotelu turystycznego „Barr”, przebudowanego z hotelu robotniczego (Signum Temporis) w ramach funduszu Phare, jem śniadanie. Nawiązuję znajomość z młodym, miłym człowiekiem, inżynierem rolnikiem po Akademii Rolniczej w Krakowie, którego przyszła żona prowadzi ten hotel, a on udziela lekcji jazdy konnej. Narzeka na mały ruch turystyczny i chce się przeprowadzić w jeleniogórskie. Obiecałem mu trochę pomóc i podarowałem folder o Wleniu. On zrewanżował mi się bezpłatną jazdą na koniu (normalna opłata - 17 zł. za 1 godz.). Tym sposobem spełniłem jedno ze swoich pragnień, zamieniłem chwilowo rower na konia. Nawet dobrze mi szło, co naturalnie było dużą zasługą Emmy, czyli ujeżdżanej przeze mnie klaczy.
Od Zatwarnicy, aż do miejscowości Rajskie, jadę piękną, zamkniętą dla ruchu motorowego, drogą wzdłuż Sanu, cały czas w lesie. Po drodze spotykam pieszą, turystyczną rodzinę z Krakowa, dalej miejsce wypalania węgla drzewnego, gdzie z brudnego barakowozu wychylił się młody, chudy człowiek, który przypominał murzyna, gdyż był taki umorusany. Wnętrze tegoż barakowozu odpowiadało wyglądem jego dwóch, usmolonych lokatorów.
Następne spotkanie, tym razem z rowerową rodziną z Warszawy. Piękny widok z miejsca „Krzywe” na San i okoliczne, zalesione wzniesienia. Ta okolica to rezerwat „Hulskie”, który z żalem opuszczam. Od miejscowości Rajskie zaczynają już dominować ośrodki wczasowo-rekreacyjne i pola namiotowe. Są to miejsca przeznaczone dla tzw. „leniwych” turystów, preferujących wypoczynek bierny, nad wodą. Po południu pogoda się znacznie poprawiła, słońce zaczęło intensywnie świecić. W Wołkowyji mały posiłek w barze, którego największym walorem jest wspaniały widok na odnogę jeziora Solińskiego. Jest piątek po południu, godz. 16.40. i mnóstwo ludzi przyjechało wypoczywać nad wodą w namiotach lub przyczepach campingowych. Piękna, malownicza trasa w górę i w dół z licznymi zakrętami, przypominająca trochę nasze drogi. Ciepło, byłoby całkiem przyjemnie, jednak jedzie się kiepsko z uwagi na duży ruch samochodów. Na dole piękny widok na jezioro Solińskie.
Docieram do Polańczyka, przypomina mi się, że skądś znam tę miejscowość. Tam właśnie jest jeden z ośrodków wypoczynkowych MSW. Nie zatrzymuję się długo, jadę dalej do Soliny. Potężna zapora, szkoda tylko, że nie przejeżdża się nią jak Pilchowicką. Wszędzie brak miejsc noclegowych, wszystko pozajmowane pomimo licznych hoteli i pensjonatów. Pytałem się w trzech. Opuszczam zatłoczoną, niegościnną dla mnie Solinę i dalej w drogę. Pod Orelcem, w małej knajpce, jem pstrąga, a potem dojeżdżam do miejscowości Uherce Mineralne, gdzie wreszcie znajduję nocleg w prywatnym pensjonacie (20 zł). Jestem sam w pokoiku, biorę prysznic i odświeżony, ale zmęczony idę spać. Ostatnia noc w tym województwie.

VIII Dzień 13.07. ( sobota ) - ok. 88 km

Uherce Mineralne - Lesko - Sanok - Zagórz - (PKP) - Krościenko - Przemyśl

Wstałem dość wcześnie, przed siódmą. Ranek chłodny, dobry do jazdy rowerem. Po półgodzinnym pedałowaniu jestem w Lesku. Tam oglądam budynek synagogi, w którym obecnie mieści się galeria i Towarzystwo Przyjaciół Leska. Czytam tablicę pamiątkową i dumam nad losem tych, którzy dawniej stanowili tu znaczącą społeczność, a już ich nie ma. Kirkut, dawny cmentarz żydowski jest tak zarośnięty, że tam nie wchodziłem. Jadę dalej w kierunku na Sanok i odczuwam już zmęczenie i znużenie chociaż to początek dnia. To jednak już ósmy dzień tej mojej Odysei Coraz częściej nie chce mi się jechać pod górę i po prostu prowadzę rower. Za Leskiem, w zajeździe „U Kmity” jem śniadanie. Potem do Sanoka przez Zagórz, nic ciekawego. To takie mini Trójmiasto (Sanok, Zagórz, Lesko). Z powrotem do Zagórza, a następnie pociągiem do Krościenka przez Ustrzyki Dolne. Na dworcu w Krościenku spostrzegam dwa zegary, jeden z napisem „Polska” - wskazuje 14.20, drugi „Ukraina” - godz. 15.20. Sama miejscowość to już kompletne zadupie, ciekawa jedynie z tego, że jest tu mała, drewniana cerkiewka, przerobiona na kościółek katolicki. Do 1952 roku Krościenko należało do Związku Radzieckiego, potem osiedliło się tu dużo Greków, a obecnie zostało zaledwie kilka greckich rodzin. Próbowałem dogadać się z jedną, starą Greczynką. Niestety, okazało się, że jest niespełna rozumu. Greckim akcentem jest we wsi pomnik greckiego komunisty, straconego przez ówczesny grecki reżim - N. Belojawisa, chociaż już bardzo zniszczony. Kolej dalej nie jeździ, aczkolwiek jeszcze kilka lat temu jeździło się stąd do Przemyśla eksterytorialną trasą przez kawałek Ukrainy. Obecnie pozostał tylko słynny, przemytniczy (alkohol) pociąg do ukraińskiego Chyrowa. Opowiadał mi o tym pewien kolejarz z Uherców Mineralnych, z którym razem jechałem pociągiem do Krościenka. Około 16.00 ruszam w długą drogę do Przemyśla. To mój ostatni etap bieszczadzkiej eskapady, jest ciepło i doskwiera słońce. Jadę przez Liskowate i Jureczkowo. Są to biedne tereny, przejeżdżam obok marnych, często drewnianych domków, których elewacje są wykonane z dykty, gdzie nie gdzie pomalowanej. W Jureczkowie skręcam na prawo i jadę na Arłamów, znany skądinąd dawny ośrodek wypoczynkowy URM (tu był także internowany Wałęsa), a obecnie jest to prywatny obiekt. Zupełne pustkowie, sam las, wzniesienia i spadki. Kompletna cisza, żadnych turystów, co pół godziny pojedynczy samochód. Idealna trasa dla rowerowego turysty (dobra asfaltowa nawierzchnia). Podobno dawniej była to droga zamknięta dla ruchu, pilnowało tego wojsko. Jedzie się dobrze, tylko trochę dziwnie. Od czasu do czasu spoglądam na przydrożne krzaki, czy ktoś stamtąd nie wyskoczy. Po prawej stronie cały czas mam granicę z Ukrainą. Niektóre miejscowości, jak przykładowo Kwaszenica, istnieją tylko na mapie. Co gorsze, żadnych sklepów na przestrzeni 20 kilometrów. Przez głowę przebiega uporczywa myśl „ gdzie ja się wpakowałem ?”. Od Arłamowa długi, samotny zjazd lasem aż do Malcewa, pięknie położonej w dolinie wsi. Usiadłem sobie na jednym z okolicznych wzgórz, jadłem kolację (konserwa mięsna, papryka, sok pomarańczowy) i podziwiałem tutejszy krajobraz. Jeszcze jedno wzniesienie na Gruszów, potem zjazd do Aksmanic. Odtąd zrobiło się już całkiem nieźle i przestałem odczuwać zmęczenie. Skończyła się już także moja samotność, gdyż przybyło ludzi, domów i samochodów. Słońce grzało o wiele słabiej i jechało się dużo przyjemniej.
Wjeżdżam do Przemyśla o 20.00. Normalne, średniej wielkości miasto, rzuca się w oczy swoją świeżą elewacją dworzec PKP, a szczególnie jego wnętrze, przypominające bardziej muzeum niż dworzec. Przed dworcem zakłopotany Ukrainiec, młody człowiek, żali się, że go okradli ze wszystkiego. Rzeczywiście, pełno tutaj młodych ludzi i samochodów z ukraińską mową i rejestracją. Odechciało mi się już zwiedzania Przemyśla, więc czekam na pociąg w pobliskim barze, popijam herbatę i piszę te słowa. Pociąg do Wrocławia odjeżdża wraz ze mną o 22.27.
W pociągu, sam w przedziale I klasy, wracam myślami do ostatniego odcinka mojej rowerowej wyprawy. Na prawie całej tej trasie brak jakichkolwiek tablic kierunkowych. Aby dojechać do Przemyśla trzeba się kierować mapą, często korygując ją z miejscowymi (jeśli takich się spotka).
W trakcie moich rozmyślań dosiadł się 27-letni obywatel Ukrainy z Lwowa, żonaty, bezdzietny, który z miejsca zaczął rozmieszczać różne butelki pod siedzeniami przedziału. Jechał do Rzeszowa i okazało się, że on tak jeździ 2 do 3 razy w tygodniu. Co przewozi ? Wiadomo, alkohol w postaci oryginalnej wódki, wyprodukowanej w Polsce i wyeksportowanej na Ukrainę. Poza tą wódką, ich rodzimy spirytus, który przewoził w pięciokrotnej warstwie torebek foliowych. Odrobina alkoholu, skonsumowana wspólnie z sympatycznym, słowiańskim pobratymcem, udostępniła mi wiedzę o tym wszystkim i bardzo umiliła drogę do samego Rzeszowa. Biletu, mój sympatyczny przemytnik, nie posiadał, miał za to przygotowane 5 zł (bilet-10 zł) dla konduktora. Teraz już wiem, dlaczego PKP ma straty. Taki to kawałek polskiej rzeczywistości, w której wszyscy oszukują wszystkich i twierdzą, że są oszukiwani. W ten sposób, z wyżyn beztroskiej wycieczki rowerowej wróciłem na twardy grunt szarego, codziennego życia.
Przyjazd do Jeleniej Góry około 11.30 i stamtąd sympatycznym, jakże przyjaznym ( szczególnie w niedzielny poranek) dla rowerzystów ciągiem od PKP do PKS, mijając świątecznie ubranych ludzi, wjechałem na bardzo dobrze mi znaną drogę do Wlenia. W domu byłem o godzinie 12.35. po przejechaniu w sumie rowerem około 520 kilometrów.

poniedziałek, 11 września 1995

Wąwóz Myśliborski 1995

1995-09-10 / niedziela / 95,2 km

Statystyka: cz.jazdy - 6 godz 24 min przec.szybk. -14,9 km/godz max szybko - 48,1 km/g

Wleń- Bełczyna - Proboszczów - Świerzawa - Muchów - Myślinów - Wąwóz Myśliborski - ­ Myślibórz - Jakuszowa - Lipa - Świerzawa - Sokołowiec - Czernica - Wleń

Wyjazd o 9.00, słonecznie, około 21 st. C. Na odcinku Bełczyna - Proboszczów, od legnickiej strony, 2 kilometry paskudnej, szutrowej drogi, na której łatwo można „złapać gumę". Dojeżdżam do Świerzawy, to miasteczko, ciut większe od Wlenia, a ma już drużynę piłki nożnej w III lidze. Ostry podjazd około 500 metrów w kierunku Jurzyc. W Muchowie zatrzymuje mnie ładna tablica, informująca o tutejszym parku krajobrazowym "Chełmy". Oceniając ogólnie, to województwo legnickie ma dobrą informację turystyczną. W Myślinowie jadąc żółtym szlakiem, często prowadząc rower, wkraczam w wąwóz myśliborski. Jestem pod jego wrażeniem, jest to jakby połączenie drogi krzyżowej ze ścieżką zdrowia. Na całej 4,5 km trasie 12 tablic informacyjnych z symbolem "sowy", z opisami miejsc, gdzie się aktualnie znajdujemy. Zadbane, dużo drewnianych koszy na śmieci, Ławeczki, a nawet WC, niestety mocno zdewastowane. W Myśliborzu miły lokal gastronomiczny "Kaskada". Tam spora golonka, chleb, kawa 180 tys. zł/.
Po posiłku zachciało mi się skorzystać z nowo wytyczonej trasy rowerowej. Dość trudna i właściwe mało atrakcyjna /trochę błądzenia!./ W koleinach dużo wody, na szczęście mam błotniki. W okolicy Jakuszowej zjeżdżam z tej trasy i jadę dalej utwardzoną drogą w kierunku na Nową Wieś, a dalej do Lipy. Zmęczyła mnie ta trasa rowerowa, ale na równej drodze odzyskałem siły i złapałem "drugi oddech". Z Lipy do Świerzawy, gdzie wypiłem kuflowe piwo "Piast"/112 tys. zł/. W Sokołowcu oglądam ładny pałacyk,będący w prywatnym posiadaniu jakiejś spółki,z częściowo odnowionym dachem. Następnie Rząśnik, gdzie na trudnym podjeździe do Czernicy przez pewien czas towarzyszyło mi dwóch młodych, miejscowych cyklistów. Krótka pogawędka i duży wysiłek, ale potem jest na szczęście zjazd, aż do samej Czernicy, a dalej to już Nielestno i Wleń, gdzie jestem około 18.10. Ten dzień musiał się jednak skończyć przygodą, gdyż  pijąc gorącą kawę, oblałem się nią, co spowodowało krótkotrwałe małżeńskie spięcie. Potem jeszcze telefon od mamy z Ostrowi i wizyta kandydatki na korepetycje z niemieckiego - A. H.

sobota, 10 czerwca 1995

Gminy karkonoskie - Podgórzyn i Piechowice 1995

1995-06-10 / sobota /
79,6 km

Statystyka:cz.jazdy - 5 godz 48 min przec.szybk. -13,7 km/godz max szybko - 52,7 km/g
Wleń-----Jelenia Góra - Staniszów - Sosnówka - Borowice - Przesieka – Jagniątków - Michałowice - Piechowice - Cieplice - Siedlęcin - Wleń

Pogoda w sam raz dla rowerzysty, bez deszczu, bezwietrznie i mało słońca. Do Jeleniej Góry jadę pociągiem, a o 11.00 spod stacji PKP już rowerem, w kierunku Sosnówki. Bardzo ładne wille przy ulicy Słowackiego i dalej na Staniszów. Dość ciężki podjazd do Sosnówki Górnej, gdzie w restauracji "Krasnoludki" piwo kuflowe "Boss" 12 zł!. W Borowicach duży, ładny hotel, zadbane. Obok dwa autokary z turystami niemieckimi. W okolicach Przesieki trochę pobłądziłem, w konsekwencji czego musiałem się wracać, a tu nie ma gdzie zjeść, a ja jestem głodny. Do Jagniątkowa jadę, a miejscami prowadzę rower, żółtym szlakiem, trudnym dla roweru. W Jagniątkowie bardzo piękny, nowy kościółek z 1985 roku. Wspaniale zadbane otoczenie, widać rękę dobrego gospodarza parafii. Drugi obiekt godny zwiedzenia to Dom Hauptmanna - pisarza niemieckiego, laureata nagrody Nobla. To miejsce jest oczyw iście bardzo często odwiedzane przez Niemców. Obecnie w tym budynku są organizowane wczasy dziecięce, a obok budynku stragany, przeważnie z kryształami. Na budynku tablica, upamiętniająca laureata, ale tylko po polsku, chociaż polskich turystów tyle co kot napłakał. Docieram bardzo głodny na górę "Grzybowiec"/751 m.n.pm./. Tam pensjonat z restauracją . Nie ma nikogo z gości, a zrozumiałem to, gdy podano mi rachunek. Za golonkę, dodatki i piwo zapłaciłem 26 zł. Po sutym i dobrze opłaconym posiłku kawałek pod górę, do Michałowic. Potem wspaniały, długi zjazd /4 km! do Piechowic, dalej Cieplice i znaną już trasą przez Goduszyn, Siedlęcin do Wlenia, gdzie byłem w domu o 19.00. Zmęczyłem się trochę, gdyż była to moja pierwsza, dłuższa wyprawa rowerowa w tym roku.