niedziela, 20 sierpnia 2006

Jakuszyce 2006

20.08.2006 / niedziela / ok. 50 km

Trasa: Jakuszyce-Polana, Orle, przejście graniczne Orle-Jizerka, Chatka Górzystów, Rozdroże pod Cichą Równią, Zwalisko, Zakręt Śmierci, Zbójeckie Skały, Piechowice, Sobieszów, Cieplice, ul. Głowackiego

Ranek pochmurny, niezbyt zachęcający do jazdy rowerem, ale ja już się zdecydowałem. Około 9.50 na dworcu PKP w Jeleniej Górze uprzejmy kierowca PKS pozwala umieścić rower w luku bagażowym i w ten sposób docieram po 70 minutach, bez najmniejszego wysiłku, do Jakuszyc. Pomimo wakacyjnej niedzieli niezbyt wielu turystów, prawdopodobnie odstraszyła ich niekorzystna prognoza. Jadę trasą na Orle, którą nota bene przemieszczałem się zimą na nartach biegowych. W schronisku kilkanaście osób, w tym kilku rowerzystów, a największym powodzeniem cieszy się Lwóweckie piwo po 4 złote. Niektórzy z turystów łączą rekreację ze zbieraniem grzybów, które pojawiły się po ostatnich opadach deszczu. Następny etap to granica polsko-czeska na rzece Jizerka i drewniany most graniczny umożliwiający przejście turystyczne i dojście do oddalonej o 2 kilometry czeskiej miejscowości – Jizerka. Robię kilka zdjęć na przejściu i bezowocnie próbuję znaleźć jakieś grzyby.


Na trasie do Chatki Górzystów napotykam na przeszkody terenowe w postaci dwóch zawalonych przez ostatnią powódź mostków, na szczęście są to małe, płytkie rzeczki i można je pokonać, przedostając się na drugą stronę w węższych miejscach. Oprócz mnie dokonuje tego wielu rowerzystów.


W Chatce, jak się później zorientowałem było z soboty na niedzielę przyjęcie weselne, o czym świadczyły dwa duże drewniane stoły zastawione wszelkim jadłem i alkoholem. Rewelacją były posiłki i ceny, kiełbasa z rusztu z dodatkami oraz wieloskładnikowa sałatka to wydatek zaledwie 6 złotych, a w dodatku podane na normalnym talerzu, a nie papierowym czy plastikowym, a jak dodam, że przy konsumpcji towarzyszył mi śpiew przy akompaniamencie gitary w wykonaniu jednego z weselnych gości, to poczułem się jakbym był w renomowanej restauracji a nie w skromnym schronisku, w dodatku pozbawionym prądu.


Dobrze zaopatrzony jadę dalej i docieram po dość ciężkim odcinku trasy do Rozdroża pod Cichą Równią. Tam zakładam kurtkę przeciwdeszczową, chociaż nie mam wrażenia chłodu, ale to złudne i łatwo o przeziębienie. Trasy, którymi się przemieszczam są różne, niektóre, chociaż oznaczone jako rowerowe to raczej są przeznaczone dla ekstremalnych rowerzystów, mnóstwo kamieni, miejscami trzeba po prostu prowadzić rower.


Większość z rowerzystów ceni wygodę i dlatego na tych odcinkach prawie, bo za wyjątkiem jednego, nie spotykam innych cyklistów, ale za to sporo pieszych turystów.Przy zniszczonej przez ostatnią powódź drodze między Piechowicami a Szklarską Porębą jedna pani sprzedaje grzyby, ale ceny ma, zdecydowanie, europejskie. Tekturowy talerzyk z prawdziwkami kosztuje u niej 20 zł. Przejeżdżam przez Piechowice i zwracam uwagę co uczyniła tej miejscowości spokojna w tej chwili rzeka Kamienna, gdy się to obserwuje z zewnątrz, szczególnie gdy woda już opadła, nie widać wielkich zniszczeń, ale to tylko pozory. Około godz.16.30 wracam do moich ukochanych kobiet.

sobota, 13 maja 2006

BAŁTYK 2006

Wyprawa rowerowa Koszalin – Hel / ok. 305 km /
09.05 – 13.05

Prolog 09.05.2006 / wtorek /

Długa i dość nużąca / ok. 10 godzin / podróż autobusem z Wlenia do Koszalina, ja za 67 złotych, a mój rower, dzięki uprzejmości jeleniogórskiego kierowcy, za darmo. Zaraz po wyjściu z autobusu zostałem wzięty za tubylca przez młodych ludzi, gdyż pytano mnie o ulicę Piłsudskiego w Koszalinie. Rozczarowałem ich odpowiedzią, że jestem tu pierwszy raz, ale i tak im pomogłem, ponieważ nabyłem wcześniej, w Gorzowie plan Koszalina. Natomiast mój cel w tym mieście – schronisko młodzieżowe przy ulicy Gnieźnieńskiej okazało się dość trudne do znalezienia bo się niezbyt afiszuje i ma wejście od zaplecza. W dodatku jego położenie na II piętrze spowodowało, że tam trzeba było wtaszczyć rower, koszt noclegu 15 złotych, a przy tym bardzo dobre zaplecze kuchenne, sanitarne i świetlica z TV.
Po zakwaterowaniu i pozbyciu się sakw pojechałem rowerem do centrum, które mocno mnie rozczarowało. Praktycznie sama powojenna zabudowa i brak takiego rynku jaki mają nasze dolnośląskie miasta. Było jeszcze dość jasno więc pojechałem na górę Chełmską, na obrzeżach miasta, gdzie znajduje się sławne sanktuarium Matki Bożej „Trzykroć Przedziwnej”, poświęcone przez Jana Pawła II w dniu 01.06.1991 roku. Druga nazwa to sanktuarium „Przymierza”. Świętą górą opiekuje się od 1990 roku Szensztacki Instytut Sióstr Maryi. Malutka kaplica, ale tak przytulna i wyciszona, że ręce same składają się do modlitwy. Pusto, oprócz mnie tylko jedna pani. Modlę się za naszych drogich zmarłych oraz za Iwonkę i za tą, która już jest, ale jeszcze stanowi jedno ze swoją mamą.

Dzień I 10.05.2006 / środa / ok. 100 km.

Koszalin-Skwierzynka-Kleszcze-Osieki-Łazy-Osieki-Bielkowo-Dąbki-Bobolin-Darłowo-Wicie-Jarosławiec-Łącko-Królewo-Zaleskie-Duninowo-Ustka

Po nocy spędzonej samotnie w 16-to osobowej sali, porannych ablucjach i lekkim śniadanku, jadę przez Koszalin. W odróżnieniu od wczorajszego, wieczornego spokoju na ulicach, rano całe miasto jest mocno ożywione. Dużo ścieżek rowerowych wzdłuż głównych ulic ułatwia życie rowerzystom. Dojeżdżam do małej wioski Skwierzynka, tam kończy się asfaltówka i są trzy drogi gruntowe. Po konsultacji z miejscową panią wybieram właściwą drogę. Przez około dwa kilometry dróżka, a właściwie, oznakowany na niebiesko, pieszy szlak. Przedzieram się przez las i mokradła, dość wąską groblą. Miejscami jestem zmuszony do zejścia z roweru. Nagle przede mną przeszkoda wodna, rzeczka szerokości kilku metrów o nazwie „Unieść”. Widać pozostałości starego, przedwojennego mostu, na szczęście kilkadziesiąt metrów w bok jest drewniana kładka, którą z trudem można przejść na drugą stronę rzeczki. Dalej już zdecydowanie lepsza droga prowadzi do miejscowości Kleszcze, a stamtąd wspaniałą drogą asfaltową, bez żadnych dziur, do Osieków gmina Sianów nad przymorskim jeziorem Jamno. Ładna tablica informacyjna z napisem „Nie tylko plaża” zachęca do odwiedzin tej sympatycznej dla turystów gminy, gdzie nawet proponuje się spływ kajakowy tą wspomnianą wcześniej rzeczką Unieść. Dalej tą samą wspaniałą drogą, wybudowaną jak wynika z tablicy ze środków Unii, docieram do pierwszej nadmorskiej miejscowości Łazy, gdzie na plaży wdycham w swoje dolnośląskie płuca świeże, mocno jodowane powietrze. Na plaży mnóstwo ludzi, to znaczy tylko moja skromna osoba.
Próbuję jechać dalej jak najbliżej morza, ale to mi się nie udaje i po paru kilometrach jazdy przez las wracam niestety do Osieków, a tam drogą z betonowych płyt, oznaczoną jako trasa rowerowa R-10, skracam sobie drogę na Dąbki i Darłowo przez Rzepkowo i Iwięcino. W tym ostatnim widzę ładny, mały kościół, z czerwonej cegły. Do Bielkowa już normalna trasa z normalnym, wzmożonym ruchem samochodów. Dojeżdżając do znanej nadmorskiej miejscowości Dąbki mam po lewej stronie jezioro Bukowno. W Dębkach jestem około 12.00, tu już nawet sporo turystów, wiele placówek, wyłudzających od nich pieniądze, już działa, ale większość pozostaje jeszcze w zimowym letargu. Zauważam smażalnię, gdzie było dość sporo ludzi, a to znaczy najlepszą reklamę, dla tego typu usług. Zjadłem tam, no co mogłem zjeść, wiadomo rybę, a jak rybę to wiadomo – halibuta, który był w cenie 4 zł za 100 g. Okazał się dość smaczny, szczególnie zapity małym piwkiem marki „Sambor”. Po jedzonku dalej w drogę do Darłowa. Tam zwiedziłem największą atrakcję turystyczną – Zamek Książąt Pomorskich. Dużo ciekawych eksponatów,ale pusto, w zamku oprócz mnie tylko jedna osoba. Ładny i duży plac ratuszowy oraz deptak, przerobiony z jednej z głównych ulic, po którym spaceruje wielu turystów. Potem Darłówko, ale to właściwie dzielnica Darłowa. Od Darłówka jadę na Jarosławiec oznaczoną trasą rowerową R-10, która biegnie nadmorskim pasem. W okolicach jeziora Kopań jedzie się mając po jednej stronie te jezioro, a po drugiej morze. Cały czas jest słonecznie, jedynie trochę wietrznie, ale to chyba nad morzem naturalne. Jednak przez ten wiatr bardzo trudno mi było zagotować wodę na kawę, to chyba była najdłużej wyczekiwana kawa, dlatego tak bardzo smakowała, pita w dodatku z widokiem na morze.
Cały ten odcinek drogi jest o wielu stopniach trudności, najczęściej są to betonowe płyty z dziurami czasami przeplatane piaszczystą, leśną drogą, po której nie zawsze można jechać.
W miejscowości Wicie ładny, funkcjonalny drogowskaz dla rowerzystów, pierwszy na trasie.
Niedaleko Jarosławca wyjeżdżam z wąskiej drogi na szeroką, asfaltową, gdzie można byłoby zmieścić cztery pasy ruchu. Ciągnie się ta droga około dwa kilometry, a prawdopodobnie jest to lotnisko polowe, przez podobne przejeżdżałem wielokrotnie w latach osiemdziesiątych na Mazurach, na trasie Muszaki – Wielbark. W samym Jarosławcu już sporo turystów i ładne zejście na plażę. Oczywiście nikt się nie kąpie, niektórzy próbują się opalać. Ładny widok na morze i port. Opuszczam tę miłą miejscowość i jadę dalej trasą rowerową do Ustki przez Łącko, Królewno, Zaleskie, Duninowo. Przed Zaleskimi przejeżdżam granicę województw i już jestem w woj. Pomorskim. Jest już dość późno i czuję zmęczenie, rozglądam się za jakimś noclegiem ale w tych przejeżdżanych wioskach nie widać żadnych możliwości.
Docieram do Ustki około 19.30, a tam jedna z tablic reklamowych kieruje mnie do Domu Turysty „Doma”, gdzie zostaję miło przyjęty przez sympatycznych, starszych ludzi, którzy okazują się emerytowanymi nauczycielami. Dostaję pokoik z zapleczem sanitarnym i dostępem do kuchni za 25 zł. Biorę prysznic i już odświeżony oglądam trochę TV i czytam.

Dzień II 11.05.2006 / czwartek / ok. 105 km.

Ustka-Czysta-Gardna Wlk.-Smołdzino-Kluki-Główczyce-Izbica-Gać-Żarnowska-Łeba-Nowęcin-Sarbsk-Ulinia

Po dobrze przespanej nocy wstałem około 6.30, a około 8.00 wyjechałem z Ustki szlakiem rowerowym zwanym „szlakiem zwiniętych torów”, bo został poprowadzony starą, zdemontowaną wąskotorówką. Podobnie jak u nas, w Pławnej, ale tu ograniczono się tylko do ściągnięcia torów, nie położono asfaltu, pozostała tylko ubita, gruntowa droga. Dość dobrze oznakowana z tablicami kierunkowymi, na trasie mało rowerzystów, spotkałem tylko dwóch i to miejscowych. Jacyś wandale zniszczyli jeden z kierunkowskazów, skutkiem czego zamiast skręcić na Rowy pojechałem dalej tą „wąskotorówką” i w ten sposób wylądowałem obok kolejnego, nadmorskiego jeziora Gardno, już na terenie Słowińskiego Parku Narodowego. W Gardnie Wielkim spożywam zakupione w miejscowym sklepie wiktuały i patrzę na jezioro. Obok mnie na pobliskim trawniku leży przy swojej taczce prawdopodobnie psychicznie chory człowiek. Swoją taczkę traktuje jako samochód, dorobił do niej lusterko, stacyjkę z kluczykiem, rurę wydechową i chlapacze do kół, a przy tym prowadzi jakieś rozmowy przez atrapę telefonu komórkowego. Widać, że dobrze się czuje w tym swoim, wymyślonym świecie i to jest chyba najważniejsze, być z samym sobą w zgodzie.
W Smołdzinie niestety największa atrakcja czyli święta góra „Rowokół” zamknięta, jadę więc dalej, w Smołdzińskim Lesie, przy kościele, na tablicy informacyjnej o radiu „Maryja” ktoś dowcipny dopisał „Heavy rock station”. Przed Klukami zauważam w lesie ładne miejsce do wypoczynku, zatrzymuję się tam i robię sobie kawę. Obok Kluków stary, opuszczony cmentarz dawnych mieszkańców tej miejscowości, ostatni nagrobek pochodzi z 1987 roku, obecnie jest to część muzeum w Klukach. Zwiedzam tutejszy skansen wsi słowińskiej, narodu, którego już praktycznie nie ma, zostały tylko świadectwa kultury materialnej i niematerialnej. Sporo starych chałup, a jeszcze będzie przybywać nowych obiektów, widziałem „starą” karczmę w budowie.
Po zwiedzeniu Muzeum Wsi Słowińskiej odbijam lekko od szlaku R-10 i docieram do jeziora Łebsko, które jest trzecim w Polsce pod względem powierzchni i największym w całym pasie nadmorskim. Ładny widok z drewnianej wieży na brzegu jeziora. Dalej już jadę trasą R-10, która skręca teraz na południe i doprowadza mnie do wsi Główczyce, gdzie do 1829 roku 75% ludności posługiwało się mową kaszubską, a w 1886 roku po raz ostatni wygłoszono w tutejszym kościele kazanie w tym języku. Z Główczyc znów na północ do Izbicy, położonej nad jeziorem Łebsko. Za Izbicą mostem przez rzekę Łeba, a dalej przez maleńką wieś Gać do wsi Żarnowska gm. Wicko. Tam widzę kościółek, wyglądający jak nowy, który jest otwarty i zachęca do wejścia, z czego korzystam. W środku świątyni jeszcze pusto przed nabożeństwem majowym, idealne miejsce i czas aby się chociaż na chwilę wyciszyć i pomodlić. Wychodząc pytam małego chłopca, czy ten kościół jest nowy. Odpowiedział, że stary, bo ma już 10 lat. Rozbawiła mnie ta jego odpowiedź, powiedziałem mu, że dla kościoła taki wiek to okres niemowlęcy, ale co wymagać od dziecka, który ma 9 lat, a 10 jest dla niego całą wiecznością. Taki to relatywizm czasowy.
Z Żarnowskiej już do Łeby, a tam sporo turystów, ale sytuacja podobna jak w Ustce. Trwają w najlepsze prace przygotowawcze do sezonu letniego. Jestem zaskoczony dużą ilością nowych turystycznych inwestycji nie tylko tu w Łebie, ale i w innych, przejechanych przeze mnie miejscowości nadmorskich, a przecież sezon tutaj jest dość krótki. Poza tym wiele ofert sprzedaży działek budowlanych. Jeżdżę i chodzę po Łebie, porcie, a w jednej z opustoszałych restauracji jem coś ciepłego. Nie chce mi się nocować w Łebie, a słonko jeszcze na niebie, więc biorę rower pod siebie, hi,hi, ale mi się zrymowało. Jadę przez Nowęcin, a potem piaszczystym traktem rowerowym, oznaczonym na czerwono, mając po lewej stronie jezioro Sarbsko, dojeżdżam około 19.30 do wsi Ulinia, gdzie po półgodzinnym poszukiwaniu znajduję pokój za 20 zł u właścicielki miejscowego sklepu.

Dzień III 12.05.2006 / piątek / ok. 100 km.

Ulinia-Sasino-Choczewo-Wierzchucino-Żarnowiec-Krokowa-Karwia-Jastrzębia Góra-Rozewie-Władysławowo-Chałupy-Kuźnica-Jastarnia-Jurata-Hel

Noc dobrze przespana, więc o 7.00 wyruszam dalej przy ładnej, słonecznej pogodzie, jest już ciepło i dlatego jadę w krótkich spodenkach z pampersem. Początek drogi do Sasina to ostry podjazd pod górę, który zmusza do zejścia z roweru. Zaczyna się już mocno pagórkowaty teren, który przypomina nasze strony. Przed Sasinem opuszczam powiat Lębork, a wjeżdżam do wejherowskiego. Ciekawostką są tablice z dwujęzycznymi napisami powiatów, a w niektórych miejscowościach i ulic. Oprócz napisów w polskim języku są napisy w kaszubskim. Cały czas droga asfaltowa, pustawo, bardzo mały ruch, czego więcej może potrzebować rowerzysta. W Choczewie, wsi gminnej, spożywam śniadanko na ławce naprzeciwko posterunku policji, ale to czysty przypadek. Od miejscowości Słuchowo zaczyna się już „Pucci Poviet”, jak informuje dwujęzyczna tablica. Dojeżdżam do jeziora Żarnowieckiego i zatrzymuję się na krótki postój przy elektrowni wodnej. Dopływająca tam do jeziora mała rzeczka Piaśnica stanowiła przez wieki granicę różnych państw, począwszy od Pokoju Toruńskiego w 1466 roku, a skończywszy na granicy pomiędzy Polską a Niemcami w latach 1919-1939. Przekraczam tę historyczną granicę i wjeżdżam na te skromniutkie, przedwojenne, polskie wybrzeże. W Żarnowcu ładny, duży kościół, świeżo odnowiony, a pochodzący z przełomu XIII i XIV wieku i założony przez zakon Cystersów z Oliwy. Na przykościelnym cmentarzu sporo nazwisk kaszubskich jak na przykład: Gäffke, Goyke, Prill, Radtke, Styn, Abraham. Piękny, długi zjazd do Krokowej, aż szkoda się zatrzymywać więc jadę dalej. Za Krokową skręcam w lewo i jadę na północ do Karwi. Pogoda, jak już wcześniej pisałem, idealna, słonecznie i nie za ciepło, a do tego wiaterek w odpowiednią stronę. W Karwi znów faktycznie wracam nad samo morze, i już będę się go trzymał do końca tej wyprawy. Jadę na plażę, pusto, bardzo wietrznie, ale dość ciepło. Zauważam około 10 osób na plaży, próbujących zasłonić się przed wiatrem za pomocą parawanów. Próbuję zdjąć koszulkę, ale musiałem ją z powrotem założyć bo było chłodno. Pierwszy raz zanurzam nogi i brodzę kilka minut w morzu, ależ zimne br....., ale po wyschnięciu stopy są jak nowe. Mokry piasek zachęca do działalności literackiej, a moja wyraziła się w wypisaniu imion, najbliższych mi osób. Posilając się natrafiam w miejscowej gazetce „Nasze Pomorze” na wiersz Miłosza „Piosenka o końcu świata”, bardzo dobry kawałek poezji do poczytania nad morzem.
Od Karwi jadę przez Jastrzębią Górę, Rozewie, Chłapowo, Cetniewo do Władysławowa. W tym miasteczku byłem ponad czterdzieści lat temu, był to mój pierwszy wyjazd nad morze. Nigdy bym wtedy nie przypuszczał, że wrócę tu po tylu latach, rowerem i w dodatku nie z Ostrowi Mazowieckiej, ale z Jeleniej Góry. Generalnie Władysławowo trochę mnie rozczarowuje, jakaś dziwna, bezładna zabudowa. Mam problem, czy jechać na Hel, bo okazuje się, że pociągi tam nie jeżdżą i nie wiem jak wrócę, ale przekonywuje mnie piękna trasa rowerowa. W Chałupach wysyłam esemesy do Marka i Burskich o treści „Chałupy welcome to” i wreszcie jem coś z jaj – jajecznicę, ładnie podaną. Nad zatoką mnóstwo ośrodków windsurfingowych, a mi przyszedł do głowy pomysł „windcyclingu” czyli roweru z żaglem. Na tych wietrznych terenach mógłby się sprawdzić. Jeszcze jedno spostrzeżenie, a właściwie przyjemna refleksja, gdy się jedzie widać wszędzie napisy „wolne pokoje” lub „Zimmer frei”, jakaż to rekompensata za dawne czasy, szczególnie w sezonie, kiedy wszystko było zajęte. Jastarnia sprawia miłe wrażenie, jest ładna i dobrze zagospodarowana. W Juracie elektroniczna tablica informuje” „godz.16.30, temp.powietrza 18 st.C, temp.wody na otartym morzu 5 st.C, w zatoce 7 st.C. Od Juraty aż do samego Helu nic ciekawego, po jednej i po drugiej stronie tereny wojskowe. Wreszcie o godzinie 17.30 osiągam cel mojej nadmorskiej wyprawy Hel, pół godziny później docieram do miejsca, gdzie łączy się otwarte morze z zatoką, czyli na sam cypel półwyspu.

Epilog 12/13.05.2006 piątek/sobota

Dzięki uprzejmości pomorskich kolejarzy jadę pociągiem do Władysławowa, potem zastępczym autobusem /remont torów/ do Pucka, a stamtąd znów koleją do Gdyni. Tam mam tylko 7 minut na przesiadkę, więc mocno zziajany z rowerem pod pachą pokonuje bardzo „przyjazne” dla rowerzystów liczne schody, aby dostać się na inny peron. Umieszczam rower w pierwszym wagonie, a sam usadawiam się w przedziale. Pociąg relacji Gdynia-Wrocław, chyba z uwagi na piątek, jest mocno zatłoczony, co może jest bezpieczniejsze dla pasażerów, ale i niewygodne. Noc w pociągu upływa na przymusowym przysłuchiwaniu się dyskusji dwóch emerytowanych oficerów WP, z których jeden jest strasznym gadułą. Natomiast po mojej lewej stronie mam o wiele młodsze pokolenie, ale też wojskowe, które przemieszcza się z miejsca służby zasadniczej – Słupska do miejsca zamieszkania – Ostrowia Wlkp. Ci młodzieńcy, w liczbie dwóch, opróżniają kolejne puszki piwa i często kursują między przedziałem a korytarzem. W Poznaniu młode wojsko wysiada, a reszta przedziału próbuje drzemać. We Wrocławiu jesteśmy, lekko spóźnieni, około 5.20 rano, w sezonie letnim ten pociąg jechałby aż do Szklarskiej Poręby, ale to nie sezon więc jestem zmuszony poczekać kilka godzin na pociąg do Jeleniej Góry o godz.8.55. Czas upływa mi na jeździe rowerem po pustych trasach rowerowych Wrocławia oraz obserwacji życia towarzyskiego na dwóch dworcach: PKP i PKS.
Od godziny 8.55 cofamy się do początków kolei żelaznej, czyli gdzieś do XIX wieku, kiedy pociągi jechały z zawrotną prędkością 30 km na godzinę. Ale w tym niemiłosiernie wlokącym się pojeździe jest sporo ludzi, w tym wielu z rowerami, dla których jest to niestety jedyny środek przemieszczania się ze swoim sprzętem, w dodatku jest sobota, ładna pogoda, a to wszystko sprzyja rekreacji. Po prawie czterogodzinnej jeździe, to chyba rekord współczesnej Europy, kończę swoją podróż kolejową za którą zapłaciłem 70 zł, w tym opłata za rower. Około 13.00 wpadam wreszcie w ramiona mojej, mocno zaokrąglonej, Iwonki.


Wyprawę poświęcam Iwonce oraz mojej, jeszcze nienarodzonej, Oli.

piątek, 8 sierpnia 2003

Rowerem nad Bałtyk

Wleń – Świnoujście

03.08.2003 – 08.08.2003 /6 dni/ 623,3 km szybkość przec. 13,8 km/godz.


03-08-2003 / niedziela / dzień I Wleń – Żagań 118,5 km

Statystyka: cz.jazdy – 8 godz. 3 min. Szybk.przec. – 14,7 km/godz. Max.szybk. – 36,4 km/godz.

Wleń – Przeździedza-Górczyca-Sobota-Dębowy Gaj-Mojesz-Lwówek Śląski- Rakowice Wielkie-Rakowice Małe-Włodzice Wielkie-Kraszowice-Otok-Rakowice Bożejowice-Bolesławiec-Łąka- Trzebień-Stara Oleszna-Kozłow-Leszno Górne-Sieraków-Bobrowice-Nowa Kopernia-Szprotawa-Małomice-Bobrzany-Chuchy-Bukowina Bobrzańska-Chrobrów-Tomaszewo-Bożnów-Żagań

Wyjazd około 6.00, temperatura powietrza – 19 st.C. – ładnie. Jadę znaną mi już trasą ER-6, wzdłuż Bobru. Niedzielny poranek, pusto – idealna pora dla rowerzysty. Pierwszego człowieka zobaczyłem dopiero w Górczycy. Od Włodzic Wielkich zaczyna się nieznana mi wcześniej trasa, dużo ładnych, zadbanych domów i piękne ogrody. Do Bolesławca prowadzi dobrze oznaczona i przyjemna, nowa trasa rowerowa, potem trochę gorzej. Do miejscowości Łąki / Drużyna piłkarska z Wleńskiej Pogoni przyjeżdżała tu na mecze, ale po płycie boiska widać, że chyba grają wyżej niż w A klasie / staram się jechać wzdłuż Bobru. Dalej, niestety, jadę ruchliwą drogą Bolesławiec-Szprotawa-Zielona Góra, dużo samochodów. Próbuję zjechać bliżej rzeki, ale po kilku minutach dróżka się kończy, jest pole, a ja jestem zmuszony wrócić na główną drogę. Pomiędzy Starą Oleszną a Kozłowem widzę ładne, nieduże jeziorko i kąpiących się ludzi. Robię sobie postój, trochę pływam i po raz pierwszy gotuję sobie kawę na malutkiej kuchence gazowej.
W Lesznie Górnym przystaję przed nowym kościółkiem. Zamknięty, ale widzę w przedsionku napis „Cisza ! Bóg jest tuż !”. To skłania mnie do pewnej myśli – Bóg jest wszędzie, a w kościele /obojętnie jakiej religii/ z pewnością bliżej, gdyż człowiek w takich miejscach potrafi się wyciszyć i wtedy Bogu łatwiej dotrzeć do niego. Może to truizm, ale jak rzadko przez nas uświadamiany. W tymże Lesznie uciekam z zatłoczonej drogi i zjeżdżam na bardziej spokojną, do Sierakowa, a Bóbr płynie po mojej prawej stronie. Docieram do Szprotawy, dość ładne miasteczko z ciekawym ratuszem /dwie wieże/, rynek otoczony starymi kamieniczkami i niezbyt tutaj pasującymi blokami, tyle, że niskimi /3 piętra/. Odpoczywam pod fontanną, której główną ozdobą jest złoty delfin z wygiętym pionowo ogonem.
Od Szprotawy jadę na Małomice przez jej dzielnicę zwaną Iławą. Tutaj widzę ciekawą tablicę z 1960 roku, informującą, że w słowiańskiej Iławie spotkali się w 1000 roku cesarz Otto III i nasz Bolesław Chrobry, skąd już razem podążyli do Gniezna. Za Bukowiną Bobrzańską, już dość zmęczony, skręcam w las, robię sobie posiłek z kawą i odpoczywam.
Następnie jadę dalej na Żagań, ale okrężną trasą przez Chrobrów i Tomaszewo. Ta druga miejscowość to ciekawa wieś, sporo bloków mieszkalnych i dużo obiektów niewiadomego przeznaczenia. Wygląda to na jakieś wojskowe osiedle, którego nie ma na mojej mapie. Około 18.30 jestem już w Żaganiu i znajduję nocleg w szkolnym schronisku młodzieżowym przy ul. X-lecia PRL. Sympatyczny młody człowiek pomimo braku miejsc „wyczarował” dla mnie prawie 40 m samodzielnego mieszkania z dwoma, połączonymi pokojami, kuchnią i łazienką, i to wszystko za 20 zł. Zadowolony, robię jeszcze wieczorny spacer po mieście, połączony z zakupami. Rynek, podobnie jak w Szprotawie. Ładny, ale niestety zeszpecony przez bloki.

04-08-2003 / poniedziałek / dzień II Żagań - Kłopot 103,6 km

Statystyka: cz.jazdy – 6 godz. 53 min. Szybk.przec. – 15,0 km/godz. Max.szybk. – 33,5 km/godz.

Żagań-Gorzupia Dolna-Bieniów-Nowogród Bobrzański-Krzywaniec-Łagoda-Żarków-Bobrowice-Dychów-Prądocinek-Krosno Odrzańskie-Osiecznica-Maszewo-Rybaki-Miłow-Bytomiec-Rąpice-Kłopot

Pobudka o godz. 5.15, poranne ablucje, śniadanko „optymalne” i w drogę. Jadę główną drogą na Nowogród, sporo samochodów. W Gorzupi Dolnej widzę drewniany most na Bobrze, przejeżdżam i jestem na lewej stronie rzeki. Zgodnie z główną zasadą staram się jechać wzdłuż rzeki. Przyjemna, leśna droga, pusto, brak słońca – i tak się zapomniałem, że wylądowałem w Bieniowie zamiast w Nowogardzie. Znów ruchliwa szosa, tym razem, Żary-Nowogród i 10 km do celu. Konsekwencją tego zagapienia było 8 kilometrów dodatkowej jazdy.
Małe gminne miasteczko – Nowogród Bobrzański, poranek, a niektórzy, spragnieni mieszkańcy już się gromadzą pod sklepem, bynajmniej nie po mleko i świeże bułki. Mały ryneczek, szkoda tylko, że bez ratusza. Z Nowogrodu jadę lewą stroną Bobru bardzo przyjemną, leśną drogą. Mijam jakąś „military base”, kilkanaście samochodów osobowych przed wejściem, czyli tu się nadal służy lub pracuje. Dalej – opuszczone hangary i cmentarzysko starych, opuszczonych, nikomu niepotrzebnych wojskowych ciężarówek, prawdopodobnie weteranów walk w Czechosłowacji w 1968 roku.
Następne miejscowości: Krzywaniec – więzienie i Krzywa – tam nasz Bóbr płodzi swojego potomka, Kanał Dychowski. Przed wioską Łagoda spotykam na drewnianym moście chłopca, który informuje, że ta miejscowość, położona między Bobrem i Kanałem, była w pamiętnym, powodziowym, 1997 roku zalana. Jadę dalej między tymi dwoma szlakami rzecznymi. Mijam dużą wieś gminną Bobrowice i osiągam Dychów. Tam mnie wita bardzo ładny obiekt – biurowiec Zespołu Dychowskich Elektrowni Wodnych. Przez drewniany przedostaję się na drugą stronę Bobru i we wsi Prądownik biorę kąpiel, jem, piję kawę i odpoczywam. Obok beztroska grupa dzieci kąpie się i wędkuje.
Krosno Odrzańskie rozczarowuje mnie, brak jakiegoś rynku, centrum. Ale to nic, gdyż znajduję wspaniałe miejsce, tuż obok Policji. Siedzę pod parasolem ogrodowym, przed sklepem, piję piwo i mam piękny widok jak nasz Bóbr bierze ślub z Odrą, przyjmując przy tym nazwisko małżonki / rzadko to się zdarza, ale się zdarza /. Od Osiecznicy skręcam w lewo i jadę spokojną, ładną, asfaltową drogą w kierunku na Maszewo. Tam pojawia się kłopot, czyli kierunkowskaz z napisem „ Kłopot-17 km.” W Miłowie niezbyt miłują obcych, gdyż jeden z gospodarzy wywiesił na furtce tabliczkę z wizerunkiem psa i napisem „ Jeżeli on cię nie zagryzie, to ja cię zastrzelę”/ bez komentarza /.
W niedalekim Kosarzynie Bóbr poślubia drugą żonę – Nysę Łużycką i już jako triumwirat płyną dalej na północ. Około godz. 18.30 docieram do Kłopotu, gdzie jestem serdecznie witany przez ciotkę Helenki, potem jestem jeszcze wizytowany przez jej córkę z mężem i drugą ciotkę. Ugoszczony kładę się spać około 23.00.



05-08-2003 / wtorek / dzień III Kłopot - Kostrzyń 86,4 km

Statystyka: cz.jazdy – 6 godz. 52 min. Szybk.przec. – 12,5 km/godz. Max.szybk. – 37,5 km/godz.

Kłopot-Cybinka-Urad-Kunice-Rybocice-Świecko-Słubice-Frankfurt/D/-Lebus/D/-Reitwein/D/-Kietz/D/-Kostrzyń

Po śniadaniu, serdecznie żegnany, wyjeżdżam około 6.20. Parę minut po 7-mej jestem w Cybince u Wieśki i Leszka. Mają zdecydowanie najładniejszy i prawdopodobnie najbogatszy dom w Cybince oraz dużą firmę /20 pracowników/ w Rąpicach. Oboje tryskają energią i są zadowoleni z tego co mają, tym bardziej, że doszli do tego poprzez ciężką pracę i wiele wyrzeczeń. Około 9.30 opuszczam gościnnych gospodarzy i jadę na Słubice.
W Uradzie uciekam z ruchliwej szosy i skręcam w lewo, bliżej Odry. Trochę ciszej i bliżej natury. W Świecku miejscowi radzą mi przejść tak jak oni niezbyt legalnie pod mostem, ja jednak jestem legalistą i jadę na Słubice i tam przekraczam granicę o 13.13 tuż obok okazałego zespołu budynków „Colegium Polonicum”. We Frankfurcie odnajduję szlak rowerowy „Neisse-Oder” /E-11/, ale prawdę mówiąc trochę on mnie rozczarowuje, prowadzi ulicami miasta, następnie 5 km normalnej, zatłoczonej samochodami drogi do Lebus, i dopiero później jest trochę lepiej, jednak w dalszym ciągu jakieś dziwaczne objazdy /trasa tymczasowa/ pod górę i w dół. Jedyne plusy – na postoju za Frankfurtem ustawiona tablica informacyjna w dwóch językach, a ten drugi, oczywiście poza niemieckim, to język polski. Drugi plus to dużo słodkich mirabelek po drodze, którymi się można nasycić.
Jadąc przez małe niemieckie wioski ma się mieszane odczucia. Z jednej strony bardzo ładne domy, widać, że przeszły niedawno zdecydowaną kurację odmładzającą, a z drugiej strony nie ma w tych miejscowościach życia, są martwe, brak takich sklepów jak w Polsce, gdzie można kupić, nawet w niedzielę, przysłowiowe mydło i powidło, wypić piwo i pogadać z sąsiadami. Docieram ładną drogą wzdłuż wału przeciwpowodziowego do niemieckiego Kietz, i tam przekraczam granicę około 18.00.
Dojeżdżając do Kostrzynia od niemieckiej strony widać, niezbyt przyjaźnie skierowane na Niemcy, olbrzymie działo i obelisk z radziecką gwiazdą. Tuż za Kostrzyniem Bóbr bierze sobie już trzecią żonę – Wartę, ale w dalszym ciągu pozostaje przy nazwisku pierwszej żony. Nocleg w hotelu turystycznym w Kostrzyniu za 40 zł. /najdroższy nocleg na mojej trasie/.

06-08-2003 / środa / dzień IV Kostrzyń - Moryń 110,1 km

Statystyka: cz.jazdy – 8 godz. 19 min. Szybk.przec. – 13,2 km/godz. Max.szybk. – 35,7 km/godz.

Kostrzyń-Szumiłowo-Kaleńsko-Namyślin-Kłosów-Kurzycko-Czelin-Gozdowice-Stare Łysogórki-Siekierki-Stara Rudnica-Osinów Dolny-Cedynia-Golice-Nowe Objezierze-Moryń-Gądno-Moryń

Wypoczęty i odświeżony wyjeżdżam z hotelu po 7-mej. Czuję się dobrze, chociaż odczuwam bóle pośladków, jest troszkę chłodniej. Za Kostrzyniem widzę przykład czeskiej ekspansji przemysłowej w postaci zakładów „Podravka”. Następna miejscowość to Szumiłowo, która wyróżnia się tym, że od niej zaczyna się już województwo zachodniopomorskie. Te drogi, którymi teraz jadę, to praktycznie gotowe już trasy rowerowe. Lepsze niż po niemieckiej stronie, wystarczyłoby tylko je odpowiednio oznakować i umieścić na mapach i w przewodnikach. Mają jedną wielką zaletę, są równe, asfaltowe, a przede wszystkim bardzo mały ruch samochodów. Niestety, ten rowerowy raj skończył się już w Kłosowie, gdzie chciałem sobie skrócić drogę / wyobrażam sobie jak teraz uśmiecha się moja Helenka / do Czelina, co kosztowało mnie 15 kilometrów i ponad godzinę błąkania się po nadodrzańskich moczarach. Koniec końców musiałem zawrócić do fatalnego Kłosowa i jechać już pokornie zgodnie z drogami na mapie.
W ten sposób dotarłem wreszcie do tego Czelina, a dalej Gozdowice i Siekierki. Są to miejscowości, których nazw uczyło się moje pokolenie na lekcjach historii II Wojny Światowej. Każda taka miejscowość posiada swoje pomniki i tablice pamiątkowe, niestety dość zdewastowane, upamiętniające walki w 1945 roku. Po posiłku /golonka, ogórek, piwo i kawa – 15 zł/ w Gozdowicach, jadę do Starych Łysogórek, gdzie przez pół godziny zwiedzałem malutkie, miejscowe muzeum tutejszych bitew z 1945 plus 972 roku / pod Cedynią /. Byłem jedynym zwiedzającym, ale taka jest prawda, że niewiele osób odwiedza teraz takie muzea, starsi wymierają, a młodzież uczy się już z innych książek. Obok muzeum znajduje się duży cmentarz z około 2000 mogił polskich żołnierzy, których nazwiska są w posiadaniu tutejszej placówki kulturalnej. Odrobinę dalej, w Siekierkach, jest Sanktuarium Matki Boskiej Nadodrzańskiej, a przed nim murek z dwiema tabliczkami. Na jednej napis „pomnik nieznanego żołnierza, a na drugiej „pomnik nieznanego dziecka” . Zachodzę do sanktuarium, pusto, jest więc okazja do kontemplacji. Dojeżdżam do Osinowa Dolnego, gdzie jest przejście graniczne i to jest chyba najdalej na zachód wysunięty kawałek Polski. Przy ruchliwej drodze do Cedyni majestatyczne wzgórze i monumentalny pomnik zwycięzcy spod Cedyni – Czcibora.
Cedynia – małe sympatyczne miasteczko, moje pierwsze skojarzenie z włoskim Asyżem, gdyż uliczki prowadzą w górę i dół. Od Cedyni do Morynia już mały ruch samochodów, jedzie się dobrze, nawet sobie podśpiewuję. W Moryniu szukam noclegu, najpierw w pobliskim Gądnie na campingu, ale bezskutecznie i wreszcie znajduję kwaterę prywatną w Moryniu za 15 zł bez pościeli, na szczęście mam śpiwór Marka. Mieszkają tu jeszcze jacyś „turyści” z Ukrainy, jak się zorientowałem po rejestracji samochodowej.

07-08-2003 / czwartek / dzień V Moryń – Czarna Łąka 105,8 km

Statystyka: cz.jazdy – 8 godz. 31 min. Szybk.przec. – 12,4 km/godz. Max.szybk. – 34,3 km/godz.

Moryń-Dolsko-Mętno-Chojna-Nawodna-Ognica-Widuchowa-Dębogóra-Krzypnica-Żurawki-Gryfino-Czepino-Radziszewo-Szczecin Podjuchy-Szczecin Dąbie-Szczecin Załom-Pucice-Czarna Łąka

Wyjazd o 6.15, dość chłodno, trzeba założyć kurtkę, ale jedzie się dobrze, na drodze mały ruch samochodowy. Osobiście doświadczam, że im dalej od Odry tym bardziej tereny stają się pagórkowate, co oznacza podjazdy i zjazdy. W miasteczku Chojna spożywam śniadanie na ławce z widokiem na rekonstruowany duży kościół w stylu gotyckim.
Mam dość samochodów, więc uciekam na boczną drogę do Nawodnej, a stamtąd próbuję przedostać się do Ognicy. Pierwsza próba nieudana, gdyż droga prowadzi mnie do dawnego, poniemieckiego mostu nad rzeką Rurzycą, ale za mostem dróżka się urywa i koniec – trzeba wracać. Druga próba – polna droga, którą jadę w niepewności przez kilka kilometrów, dookoła żywego ducha, śladów cywilizacji, ale tym razem szczęście mi sprzyja i docieram do drogi Krajnik-Ognica. Tam, już nie po raz pierwszy zresztą, miejscowi biorą mnie za Niemca, pewnie tymi drogami jeżdżą na rowerach tylko nasi zachodni sąsiedzi. Dalej Widuchowa, duża gminna miejscowość nad Odrą. Do samego Gryfina jadę już główną drogą na Szczecin, innej nie ma niestety, duży ruch, trzeba stale uważać, dobrze, że to tylko 17 km.
Samo Gryfino nie zachwyca, brak konkretnego centrum, dość rozwlekłe. Od Gryfina zjeżdżam z głównej drogi i jadę tuż przy Odrze, miejscami droga, a później ścieżka zanika, ale jakoś, jadąc na przysłowiowy nos, osiągam około 16.00 podmiejską dzielnicę Szczecina – Podjuchy. Kąpię się w Odrze, odpoczywam i dalej przebijam się przez te Podjuchy, a potem Dąbie. Tam stuknęło mi na liczniku 500 km.
Jadę podmiejskimi ulicami, a raczej chodnikami bo to bezpieczniej. Nikt tu nie pomyślał o ścieżkach rowerowych. Mała dygresja, jadę już piąty dzień i jeszcze nie spadła kropla deszczu. W Dąbiu coś mnie podkusiło i znów pragnąc uniknąć samochodów i ludzi zjechałem bliżej jeziora Dąbie. Udało mi się to dość skutecznie załatwić, gdyż przez prawie półtorej godziny przedzierałem się wśród wysokich na 2 metry szuwarów, a po drodze nikogo kto mógłby wskazać odpowiedni kierunek. I tym razem dopisało mi szczęście bo wreszcie wynurzyłem się ponownie w cywilizacji, a ściślej, w dzielnicy Szczecina o nazwie Załom.
Stamtąd już normalną drogą do Pucic i do Czarnej Łąki nad jeziorem Dąbie, gdzie tuż obok campingu /prywatne domki/ znalazłem prymitywny, ale oryginalny nocleg na strychu jednego z pobliskich domów. Właściciel, starszy parę lat ode mnie, nie chciał pieniędzy, a na dodatek poczęstował alkoholem, Wypadało się zrewanżować, postawiłem więc butelkę wódki, co kosztowało mnie 20 złotych i lekki poranny kacyk.

08-08-2003 / piątek / dzień VI Czarna Łąka - Świnoujście 98,9 km

Statystyka: cz.jazdy – 6 godz. 40 min. Szybk.przec. – 14,8 km/godz. Max.szybk. – 25,5 km/godz.

Czarna Łąka-Lubczyna-Goleniów-Modrzewie-Kąty-Stepnica-Miłowo-Żarnowo-Jarszewko-Zagórze-Recław-Wolin-Mokrzyca Wielka-Ładzin-Warnowo-Międzyzdroje-Świnoujście

Godz. 6.15 – wyjazd, już tradycyjnie chłodny poranek, ale wspaniałe, wschodzące słońce z prawej strony i opary z okolicznych zbiorników wodnych tworzą cudowną scenerię. Jadę spokojną, asfaltową drogą, mały ruch aż do głównej drogi na Świnoujście, ale to tylko kilometr zjeżdżam na boczną drogę, do Stepnicy. Ta gminna wieś mogła być przed kilkunastu laty naszym miejscem zamieszkania. Dość dużo zakładów przemysłowych, szczególnie jeden – duży zakład drzewny. Na plaży spotykam grupkę młodych Czechów z Liberca, co przypomniało mi wyprawę rowerową w 2000 roku do tego miasta wspólnie ze Zbyszkiem J.
Kąpiel w bardzo płytkiej Roztoce Odrzańskiej i wyśmienity smażony halibut w miejscowej smażalni dodało mi nowych sił. Wypoczęty i najedzony jadę bocznymi drogami. W okolicach Zagórza silny wiatr, który przeszkadza w jeździe. Nagle wyłania się przede mną wspaniały, surrealistyczny widok – 15 olbrzymich, białych wiatraków. Z tablic informacyjnych wynika, że jest to ferma wiatrowa założona przez duńską firmę, a każdy wiatrak może wytwarzać prąd o mocy 2 MW.
Przed wjazdem na wyspę Wolin natrafiam na przymusowy, około 10-cio minutowy postój. Część środkowa mostu obraca się i przepuszcza żaglówki z wysokimi masztami. W miasteczku Wolin jestem zmuszony podładować komórkę, co czynię w małym pubie, przy piwie i pogawędce z tubylcami.
Do Międzyzdroji wybieram trochę dłuższą, ale za to spokojną trasę przez Ładzin, Warnowo /tam osiągam 600 km/. Następnie przez Woliński Park Narodowy. W Międzyzdrojach mnóstwo ludzi, nie wyobrażam sobie jak można wypoczywać w takim tłumie. Przede mną ostatni odcinek mojej Odysei, droga do Świnoujścia, bardzo ruchliwa, zatłoczona samochodami trasa, ale na szczęście posiada szerokie pobocze, więc bezpiecznie docieram do celu i o godz. 19.00 jestem już na promie i płynę na wyspę Uznam, gdzie w nadmorskim campingu w Świnoujściu ostatecznie kończę swoją wyprawę.

Króciutkie podsumowanie : Mój stary, kilkunastoletni rower spisał się świetnie, żadnej awarii, czy przebicia dętki, nawet nie musiałem używać pompki. Przyjemnym zaskoczeniem dla mnie, tym razem osobistym, był fakt, że po 6 dniach tak intensywnego wysiłku nie odczuwałem dużego zmęczenia. Jedyna dolegliwość to bóle rąk /trzeba jeździć w rękawiczkach/ i pośladków /potrzebne specjalne spodenki z tzw. „pampersem”/.
Na koniec żegnam się z moim nieodłącznym towarzyszem wyprawy – Bobrem, który wraz z trzema żonami oraz kilkoma przygodnymi kochankami wpada do morza, a ja z powrotem na łono rodziny.
Do domu wracam naszą "Audicą" z Anią i Marcinem i z rowerem na dachu. Po drodze krótki postój obok wspomnianej wcześniej fermy wiatrowej.


Wyprawę dedykuję mojej żonie, gdyż dzięki jej życzliwości i tolerancji mogło zostać zrealizowane jedno z moich marzeń.

niedziela, 20 lipca 2003

Na północ od Wlenia 2003

2003-07-20/ niedziela / 77,4 km

Statystyka: cz.jazdy - 5 godz 34 min przec.szybk. -13,9 km/godz. max. szybk. - 40,8 km/g

Wleń - Przeździedza - Górczyca - Sobota - Dębowy Gaj -Mojesz - Lwówek Śląski - Rakowice Wielkie - Rakowice Małe - Włodzice Wielkie - Żerkowice - Brunów - Chmielno - Ustronie - ­Zbylutów - Bielanka - Peszków - Sobota - Górczyca - Radomiłowice - Bełczyna - Bystrzyca - ­Wleń


Wyjeżdżam o 7.15 i przez pierwsze dwie godziny jest przyjemnie, bo jeszcze nie tak gorąco i mało ludzi, potem jest gorzej. Początkowo jadę trasą rowerową ER-6, dość dobrze oznakowaną i wszędzie przejezdną. Pod Przeździedzą w okolicy góry Folwarcznej zauważam ślady sobotniej imprezy przy ognisku. Jadę dalej przez Górczycę , Sobotę i zatrzymuję się w Dębowym Gaju, a właściwie przy kompletnie zrujnowanym przystanku kolejowym PKP, gdzie na rozkładzie jazdy tylko dwa pociągi.

Zjeżdżam z asfaltówki i bardzo przyjemną, polną drogą docieram do Mojesza, a stamtąd luksusową trasą rowerową, ale krótką, tylko do Lwówka. W Rakowicach, w ,,Lwóweckim Aquaparku" biorę pierwszą w tym roku kąpiel, chłodna woda doskonale orzeźwia. Godzina 10.00, a więc jeszcze stosunkowo mało ludzi, ale już nadjeżdżają z całym swoim harmiderem. Niektórzy nocowali w namiotach, które teraz zwijają.

Odświeżony jadę dalej, w okolicach Włodzic Wielkich widzę bociana, dostojnie kroczącego po łące. Zjeżdżam z trasy ER-6 i jestem już w Żerkowicach, gdzie obok małego, kamiennego kościółka jedno z dzieci robi mi zdjęcie.

Pod murem przykościelnego cmentarza widzę starannie ułożone stare, poniemieckie płyty nagrobkowe.

W Brunowie, w sklepie dokarmiam się czekoladą. Jeszcze tylko zdjęcie ciekawego budynku /pałac/

i jadę dalej do Chmielna, a tam zamiast na wschód, do Zbylutowa, to jadę na północ, do Ustronia. Nie wracałem jednak tą samą drogą, ale skrótem, sympatyczną, polną drogą do Zbylutowa. A tam zaskoczenie - odpust z kolorowymi straganami, jakby czas się cofnął. Nie spodziewałem się, że jeszcze są takie imprezy. W tej samej miejscowości trójka bocianów w gnieździe, umieszczonym na elektrycznym słupie.

W Bielance uzupełniam płyny wodą mineralną i dalej. W okolicach Górczycy odczuwam już zmęczenie, co jest w znacznym stopniu spowodowane potwornym upałem /30 stopni w cieniu/. Przez kilka minut odpoczywam w cieniu i jadę dalej. Niedaleko od Bełczyny zsiadam z roweru i prowadzę go pod górkę. Od Bełczyny w kierunku Bystrzycy widzę trzech młodych rowerzystów, którzy także prowadzą swoje rowery. Wreszcie koniec wzniesienia i już tylko długi, wspaniały zjazd do Wlenia, gdzie solidnie zmęczony, ale zadowolony jestem około 14.30.








sobota, 1 czerwca 2002

Ślęża 2002

2002-06-01 / sobota / z Markiem

Sobótka/rynek/ - Ślęża – Sobótka 20,2 km

Cz.jazdy – 2 godz 27 min przec.szybk. – 8,2 km/godz max szybk. – 31,7 km/g

Ładna, trochę wietrzna, słoneczna pogoda. Do Sobótki dojeżdżamy samochodem z Wlenia około 12.00, zostawiamy samochód w rynku i jemy obiad w restauracji „Niedźwiadek”, pustej o tej porze, na obiad stek z cebulą, bukiet z jarzyn i dwie cole, razem około 32 zł. Po obiedzie trochę ociężali wsiadamy na rowery i jedziemy w kierunku góry Ślęży, najwyższego szczytu /718m/ na Przedgórzu Sudeckim. Początkowo leśna oznaczona trasa rowerowa potem przechodzimy na niebieski szlak pieszy, dość trudny, bardzo często trzeba prowadzić rower, stąd taka mała przeciętna szybkość. Sporo ludzi na szlakach, pieszych i rowerzystów. Objeżdżamy /obchodzimy/ górę od północy, zachodu i południa skąd po dość sporym wysiłku docieramy na szczyt. Bardzo dobrze zagospodarowana – schronisko z bazą noclegową, kościół z XIX wieku, ruiny zamku z XVI wieku oraz przekaźnik telewizyjny z 1957 roku. Natomiast najstarszym obiektem na tej świętej dla Prasłowian górze jest starożytna, kamienna rzeźba kultowa wyobrażająca niedźwiedzia. Droga powrotna to trasa, która odpowiada Markowi, pełna kamieni, wymagająca uwagi i mocnego trzymania hamulców oraz kierownicy. Docieramy do samochodu przy lekkim deszczyku, który zmienia się następnie w intensywny, ale na szczęście jesteśmy już w samochodzie i około 18.30 osiągamy Wrocław.

poniedziałek, 15 października 2001

Tour de commune Wleń 2001

ok. 80 km / 2 dni /

Dzień I

2001-10-07 / niedziela / ok. 40 km

Wleń – Nielestno – Czernica – Strzyżowiec – Pilchowice(zapora) – Pokrzywnik – Maciejowiec – Wojciechów – Radomice – Łupki – Wleń

Piękna, słoneczna pogoda ze wspaniałą jesienną kolorystyką, potem lekkie zachmurzenie. Wyjeżdżam o 9.00 do Nielestna, gdzie skręcam w lewo na Czernicę. Jadę spokojną, wąską drogą, wzdłuż której w dole płynie mała rzeczka Lipka(Chrośnicki Potok), która w tym roku narobiła trochę szkód w Czernicy i w Nielestnie. W Czernicy skręcam w prawo w asfaltową, wąską drogę na Strzyżowiec. Pnie się ona tak mocno pod górę, że trzeba niekiedy zsiąść z roweru i go prowadzić. W połowie tej drogi osiągam kulminację i podziwiam w jesiennej scenerii widok leżącego w dole Strzyżowca i zabudowania Tarczyna. Następnie w dół do wsi, a potem ruchliwą drogą w kierunku Jeleniej Góry, około 1 km. W górnym Strzyżowcu odbijam w prawo leśną drogą oznaczoną niebieskimi i zielonymi znakami i docieram poprzez błotniste odcinki do mostu kolejowego przy zbiorniku Pilchowickim. Tutaj spotykam dużo wędkarzy i ich pojazdy i poprzez parę minut, stojąc na środku mostu kontempluję piękne widoki. Trochę dalej znajduje się zdewastowany, pokryty wieloma napisami, przystanek PKP – Pilchowice Zapora. Wśród napisów dwa szczególnie zwracają moją uwagę: „Nie kradnij. Władza nie znosi konkurencji”: „Nie pij w czasie jazdy, po co ma się rozlać”. Przejeżdżam przez zaporę tuż obok ośrodka WOPR i jadę lekko pod górę leśną drogą, wysokim brzegiem zbiornika i potem płaskim odcinkiem dojeżdżam do Pokrzywnika, gdzie już drogą asfaltową przejeżdżam przez Maciejowiec do Wojciechowa. W pobliżu Wojciechowa po prawej stronie kopalnia bazaltu. Stamtąd w dół do wsi, gdzie wjeżdżam na ruchliwą drogę do Lwówka. Tuż obok kościoła sklep, kupuję piwo Lech(2,60) i pijąc na ławce przed sklepem obserwuję ludzi wychodzących z kościoła, nie spieszących się, korzystających z ładnej niedzieli. Za sklepem skręcam w prawo i polną, wznoszącą się do góry drogą, jadę do Radomic. Po drodze obserwuję pracujący kombajn, który usiłuje coś wydobyć z kompletnie przerośniętego i położonego zboża. Zaczyna się chmurzyć, przyspieszam, osiągam Radomice i potem w dół do Łupek, a tam już główną drogą do Wlenia. W domu jestem około 13.00. Po południu zaczęło lekko padać.



Dzień II

2001-10-14 / niedziela / ok. 40 km

Wleń – Łupki – Marczów – Przeżdziedza – Górczyca – Radomiłowice – Bełczyna – Rząśnik – Janówek – Czenica – Wleń

Pogoda wspaniała, podobnie jak tydzień temu. Tym razem wyjeżdżam o 8.30 w kierunku na Łupki, gdzie skręcam z asfaltówki w polną drogę, słabo oznaczoną żółtymi znakami. Ten odcinek okazał się najtrudniejszy, co zmuszało niekiedy do zejścia z roweru. W Marczowie oryginalnie usytuowany budynek nr 80, otoczony z trzech stron rzeczką Osną, jakby fosą. Na moment zatrzymuję się na moście na Bobrze i obserwuję jak człowiek zmusił rzekę aby pracowała na jego rzecz (mała elektrownia wodna). Od Przeździedzy na Górczycę ostry podjazd pod górę i potem lekko w dół. Od Górczycy do Radomiłowic dość płasko, przyjemna droga, równa asfaltówka i bardzo mały ruch. Podobnie na odcinku Radomiłowice – Bełczyna. Od Bełczyny w kierunku na Rząśnik nadal asfaltówką, ale już węższą i znacznie gorszej jakości, co bardziej szkodzi samochodowym resorom niż rowerowi. Początkowo pod górę a potem już dość długi zjazd do Rząśnika. Tam w sklepie na rozstaju dróg chwila odpoczynku przy kuflowym piwie (2 zł.). W samym sklepie spory ruch, jednak większość transakcji przebiega bezgotówkowo, co polega na odpowiednich wpisach do zeszytu. Nawiasem mówiąc ten zeszyt mógłby być dla socjologa ciekawym materiałem badawczym, mówiącym dużo o ekonomicznej sytuacji tutejszych mieszkańców. W tymże Rząśniku na budynku nr 25 zachowała się, co jest dość dziwne, pamiątkowa tablica poświęcona pamięci zabitego, ówczesnego Komendanta Posterunku MO – Władysława Jarzęckiego. Data śmierci jest dla mnie osobiście bardzo znamienna, dzień przed moim urodzeniem – 30.09.1950 r. Od Rząśnika ostro pod górę serpentynami ze wspaniałymi widokami, aż do Przełęczy Rząśnickiej (ok.480m.n.p.m) Potem ładny zjazd, mijam Janówek i dojeżdżam do Czernicy. Przy mostku na Lipce skręcam w polną drogę, dość dobrze oznakowaną czarnymi znakami. Początkowo ostro pod górę, potem już bardziej płasko. Droga niezła z pięknym widokiem na pasmo Karkonoszy. Na trasie samotny, niezbyt chwalebnie osławiony, dom, w którego wnętrzach i w pobliżu doszło w 1997 roku do gangsterskich porachunków, zakończonych śmiercią trzech młodych mieszkańców Wlenia. Obecnie ten dom wydaje się zamieszkany, gdyż jest odnowiony, a jego obejścia strzegą dwa potężne brytany. Trochę dalej szczególne dla mnie miejsce, przypominające inne przykre już bardziej osobiste zdarzenie, gdzie w 1990 roku Marcin złamał nogę.
Z oddali widać już wleńską wieżę zamkową i po krótkim zjeździe w dół jestem już w miasteczku i w domu około 12.20.

poniedziałek, 7 sierpnia 2000

Polska-Czechy-Niemcy 2000

Samochodowo-rowerowa wyprawa
z Markiem

Rowerem ok. 70 km

6.8.2000/ niedziela /


Wleń -----Świeradów Czerniawa/gr.przejście/------Frydlant/Cz/-Andelka/gr.przejście/-Lutogniewice/PL/-Krzewina/PL/-Ostritz/D//gr.przejście/-Marienthal-Zittau-Porajów/PL//gr.przejście/-Hradek n.Nisou/Cz//gr.przejście/-Kpoaczów/PL/-Bogatynia/gr.przejście/-Frydlant/Cz/--------Zawidów/PL//gr.przejście/------Platerówka------Wleń

Wyjeżdżamy samochodem ok. 8.30 do Frydlantu przez przejście graniczne w Czerniawie /dzielnica Świeradowa/. Rowery na dachu samochodu, a my w środku. Pogoda w sam raz, ani za ciepło, ani za zimno. Zostawiamy auto w centrum małego, czeskiego miasteczka – Frydlantu i stamtąd, już na rowerach do Andelki, gdzie utworzono nowe turystyczne przejście. Niestety, brak jakiegokolwiek oznakowania jak tam dojechać, pozostaje pytać się miejscowych. Po krótkiej rozmowie z sympatycznym i nudzącym się żołnierzem naszej Straży Granicznej przekraczamy granicę i wjeżdżamy do pobliskich Lutogniewic, dalej Krzewina i następne przejście turystyczne do niemieckiego Ostritz.
Stamtąd, dobrze oznakowaną ścieżką rowerową wzdłuż Nysy Łużyckiej i Odry, jedziemy do pięknego zespołu klasztornego Mariethal, gdzie robimy półgodzinny postój i zwiedzamy. Wśród zwiedzających przeważają Niemcy w starszym wieku, Polaków nie widać. Ma tu swoją siedzibę najstarszy zakon żeński – Cysterki w Niemczech. Żyją one w tych murach, według reguły św. Benedykta, nieprzerwanie od 1234 roku.

Po spożyciu batonów „Snickers” jedziemy dalej piękną trasą rowerową do samego Zittau. Po drodze widać wielu wielu rowerzystów, przeważnie Niemców. W Zittau przekraczamy znów granicę i wjeżdżamy do Porajowa, kawałeczek Polski i następne przejście do czeskiego Hradka n.Nisou. Tam jemy bardzo dobry obiad /z piwami i kawą – ok.40 zł/ i wracamy przez te same przejście do Polski.
Po czeskiej stronie dość dobrze oznakowana trasa rowerowa, niestety brak takowej po polskiej stronie. Podobnie brakuje tablic informujących o odległościach do danej miejscowości, a w Czechach są. Jedziemy przez Kopaczów, rozciągniętą wieś graniczną, raczej ubogie domy, gdzieniegdzie w starych murach nowe, plastikowe okna. Dalej już asfaltową drogą wśród samochodów do samej Bogatyni. Widać po pięknych willach, że to najbogatsza gmina w Polsce. Oczywiście oprócz tych wysepek luksusu jest tu także dużo bloków, dość pospolitych.
Z Bogatyni ścieżką, wskazaną przez usłużnego tubylca, docieramy do przejścia granicznego i po kilku kilometrach jesteśmy z powrotem we Frydlancie, kończąc w ten sposób rowerową część naszej wyprawy. Lekko zmęczeni, ale zadowoleni ładujemy rowery na dach samochodu i jedziemy w kierunku na Zawidów. Przed samą granicą robimy alkoholowe zakupy / koniak, wódka / i już ostatnia dzisiaj granica. W sumie pokazywaliśmy 8 razy nasze paszporty na 7 przejściach granicznych.