niedziela, 5 czerwca 2011

Tour de Jelenia Góra 2011 Etap I

5.06.2011 / niedziela / 67 km. czas jazdy–4 godz. 18 min. przec. 15,5 km/godz. pręd. max 40,4 km/godz.

Trasa: Maciejówka – Wojanów – Łomnica – Mysłakowice – Miłków – Głębock – Sosnówka Dolna – Podgórzyn – Cieplice – Sobieszów – Piechowice - Górzyniec – Wojcieszyce – Goduszyn- Siedlęcin Górny – Zabobrze - Maciejówka

Wyjeżdżam parę minut przed siódmą rano, piękny i jeszcze rześki poranek, bardzo mały ruch na drogach, cóż więcej trzeba dla rowerzysty. Po kilku kilometrach wita mnie piękna fasada pałacu w Wojanowie, na parkingu sporo samochodów czyli interes kwitnie.
W Mysłakowicach spotykam duże stado krów przeganianych z jednego pastwiska na drugie. Przypominają mi się wakacje w mazowieckiej, nadbużańskiej wsi, u dziadka Stefana, gdzie jako kilkunastoletni chłopiec pomagałem paść te mlekodajne zwierzęta swojemu o rok starszemu wujkowi Mietkowi. Na oborze dość oryginalny napis „Zofia Kouba to porządna obywatelka” czyżby w tej miejscowości inni mieszkańcy nie zasługiwali na takie miano, a pani K. jest chlubnym wyjątkiem.
Wieś gminna Mysłakowice zawsze zachwyca mnie swoim doskonałym położeniem z pięknymi widokami na Karkonosze. Z resztą nie tylko mnie ona się podoba, gdyż w 1831 roku te miejsce upodobał sobie na swoją letnią rezydencję ówczesny król Prus Fryderyk Wilhelm III i tu kupił pałac. Obecnie w tej bardzo malowniczej i rozległej miejscowości powstało bardzo wiele nowych domów, które dość harmonijnie współgrają ze starymi budynkami, jedynie osiedle bloków ewidentnie tu nie pasuje. Gmina ma dobrych gospodarzy, dużo inwestuje, akurat naprzeciwko Restauracji pod Dębami powstaje, współfinansowany przez Unię Europejską, duży obiekt Samodzielnego Publicznego Zakładu Opieki Zdrowotnej.


Miłków wita turystów zachęcającym napisem „ W Miłkowie dobrze być! W Miłkowie miło żyć! „ ale ja już dobrze znam tę miejscowość i jadę dalej.

Po kilku kilometrach zjeżdżam z głównej drogi do Głębocka i wąską asfaltówką, oznaczoną jako trasa rowerowa, przejeżdżam wioskę, po drodze widzę kilka prywatnych stawów hodowli ryb. Następnie podobną asfaltówką docieram do Sosnówki Dolnej, jadę ulicą Sadową z ładnymi, nowymi budynkami. Gmina Podgórzyn postarała się w ostatnich latach i ma dobre trasy rowerowe, chociaż przydałoby się ich lepsze oznakowanie.
Przed Cieplicami mój stary „Nikon” lekko szwankuje i w dalszej części wyprawy będzie praktycznie bez zdjęć. Na skrzyżowaniu ul. Wolności i Rynku jacyś rozbawieni młodzieńcy wywrócili w nocy pojemnik na śmieci, które teraz walają się po chodniku, i nie najlepiej świadczą o ich kulturze.

W samym uzdrowisku spory ruch, dużo ludzi wraca akurat z Kościoła, a nieliczni kuracjusze leniwie spacerują i przesiadają na ławkach. Przy ulicy Cieplickiej powstało ostatnio kilka marketów, Netto, Lidl i Biedronka. Oprócz tego trwa przebudowa, z wykorzystaniem unijnych pieniędzy trzynastu cieplickich ulic.

Między Sobieszowem a Piechowicami tablica miejscowości Jelenia Góra, a tuż za nią znak drogowy ostrzegający przed „jeleniami”. Minęło niewiele, raptem 900 lat od polowań na te zwierzęta, które dały nazwę naszemu miastu, a jelenie są ciągle obecne.

Piechowice podobnie jak Łomnica mają jedną wspólną cechę, mianowicie patroni ich głównych ulic nie bardzo pasują do IPN-owskiej poprawności politycznej, gdyż są to jeszcze PRL-owscy „święci” – gen. K. Świerczewski w Łomnicy i marszałek M. Żymierski w Piechowicach. Według mnie w tego typu nazewnictwie lepiej stosować nazwy neutralne, nie podlegające historycznym ocenom.
Robi się coraz cieplej i zaczynam już odczuwać lekkie zmęczenie. Za Goduszynem pozwalam sobie na kilka minut wypoczynku przy wodzie z Maciejówki i gorzkiej czekoladzie. Dalsza jazda to niezbyt przyjemne sąsiedztwo wielu samochodów i motocykli na ruchliwej drodze ze Szklarskiej do Jeleniej. Ostatnie kilometry okazały się najbardziej wyczerpujące, upał i dość silny wiatr ze wschodu skutecznie utrudniał normalną jazdę. Ostatecznie, około 12.10 bardzo zmęczony dotarłem do moich ukochanych dziewczyn.
To już jest jednak pewna prawidłowość, że w trakcie mojej nieobecności coś się dzieje w domu. Tym razem nasz pies Clifford wrócił z nocnej wyprawy bardzo mocno pokiereszowany, z naderwanym uchem i uszkodzonym okiem, będzie prawdopodobnie potrzebna wizyta u weterynarza.
Teraz coś poza głównym tematem, ale związane z Oleńką. Dwa tygodnie temu wybraliśmy się w czwórkę, ja, Ola, Marek i Magda w nasze najbliższe góry to jest Sokoliki w Rudawach Janowickich. Do Trzcińska dojechaliśmy samochodem, a potem już pieszo. Ola bardzo dzielnie się spisała w swojej debiutanckiej wspinaczce, jedynie na krótkim odcinku skorzystała z pomocy brata. Na samą wieżę, ustawioną na wzgórzu Sokolik /623 m./, weszła odważnie sama . Na samej górze lekki wiatr i trochę ludzi, oglądaliśmy widoki, a szczególnie, korzystając z lornetki, naszą Trzcińską i nasz dom. W ten sposób spełniło się jedno z marzeń mojej córki, ale realizacja następnego będzie znacznie trudniejsza, gdyż drugą górą, którą Ola widzi z okna swojego pokoju, jest Śnieżka- nomen omen najwyższa góra Czech.



















poniedziałek, 2 maja 2011

LIBEREC 2011


01.05.2011 / niedziela / pociągiem i per pedes

Trasa: Maciejówka – Dworzec PKP Jelenia Góra – Harrachov/cz/ – Korenov – Tanvald – Liberec – Bedrichov – Josefuv Dul – Smrzovka – Korenov – Maciejówka

Dość chłodny poranek, około 5 st. Tym razem, inaczej jak zwykle, rower zostawiłem w garażu, a sam autobusem MZK nr 2 o 6.20 jadę na stację kolejową, gdzie już razem z Czesławem S. wsiadamy do znanego nam już szynobusu, należącego do Dolnośląskiego Urzędu Marszałkowskiego. Przed wyjazdem kupujemy jeszcze specjalne bilety /Euro-Nysa/ po 20 złotych, upoważniające między innymi na przejazd liniami kolejowymi na całym obszarze ZVON to jest wszystkich granicznych powiatów z Polski, Czech i Niemiec. W pociągu oprócz nas dużo niedzielnych turystów, może trochę niektórzy zbyt hałaśliwi, ale to jedna z naszych narodowych cech, która wyróżnia nas spośród innych nacji.
W Harrachowie przesiadamy się na czeski pociąg i potem po jeszcze dwóch przesiadkach i przejechaniu ośmiu tuneli wjeżdżamy na dworzec główny w Libercu. Cały przejazd z Jeleniej do Liberca zajął nam prawie cztery godziny dlatego nie polecam tego środka komunikacji osobom, którzy się spieszą, natomiast ten długi okres jazdy rekompensują nam wspaniałe widoki.
Od dworca idziemy ulicą bardzo adekwatną do dzisiejszego święta czyli ulicą 1-go Maja i dochodzimy do staromiejskiego rynku. Tutaj 11 lat wcześniej dojechałem rowerem ze Zbigniewem J. i trafiliśmy akurat na lokalny festyn, było mnóstwo ludzi, występy ulicznych artystów i opiekane na rożnie prosię. Tym razem jest spokojniej, mało spacerujących, a i pogoda nie jest najlepsza, jest słonecznie, ale wietrznie. Kilka zdjęć i idziemy dalej, praktycznie przechodzimy całe miasto z południowego zachodu na północny wschód. Po drodze ciekawy architektonicznie budynek ośrodka kultury żydowskiej i budynek zakładu kąpielowego z 1900 roku cesarza Franciszka Józefa.

Od dzielnicy Lidove Sady rozpoczynamy naszą wędrówkę, szlakiem żółtym podchodzimy na Liberecką Vysinę, gdzie stoi wieża z 1901 roku.

Tutaj robimy krótki odpoczynek i spożywamy domowe jedzonko. Następnie poprzez Bedrichovską Przełęcz docieramy do czeskiego centrum turystycznego i narciarskiego gór Izerskich – Bedrichova. Po drodze w restauracji Czeska Chalupa gasimy pragnienie lokalnym piwem.

Następny etap i kolejna wieża to Kralovka /859 m./, położona na Maxowskim Grzbiecie. Tym razem wydajemy po 20 koron i po 101 metalowych stopniach wspinamy się do góry. Oglądamy Góry Izerskie, Karkonosze oraz Czeski Raj, ale dość szybko uciekamy na dół ponieważ wieje silny wiatr. Natomiast w położonej obok restauracji jest znacznie przytulniej, szczególnie przy dobrej kawie i obserwując liczne trofea myśliwskie.

W Hrabeticach oryginalna kapliczka, a właściwie wielofunkcyjny obiekt ze skrzynkami pocztowymi i bankomatem, a parę kilometrów wcześniej ciekawy budynek Staroczeskiej Chalupy.

Dzisiaj oprócz święta klasy robotniczej jest także święto patrona robotników czyli Świętego Józefa tak więc końcowy etap naszej wyprawy – miejscowość Josefuv Dul jest jak najbardziej wskazany.

Stamtąd z maleńkiej stacyjki jedziemy koleją do Smrzovki, potem do Korenova, a następnie do Jeleniej Góry. W pociągu mnóstwo pasażerów, w tym dużo dzieci, wracających w doskonałych humorach z Czech. Dzieci mogły przesiąść się z ciasnych samochodów osobowych do obszernych pomieszczeń pociągu co dla wielu było dużą atrakcją, a i dorośli mogli oderwać się od kierownicy i delektować się czeskim piwkiem. W związku z tym wielkie brawa i podziękowania dla władz naszego województwa za reaktywację jednej z najbardziej malowniczych i ciekawych linii kolejowych.
Ostatecznie do domu docieram już po 22.00, solidnie zmęczony, ale w pełni usatysfakcjonowany minionym dniem.
Na koniec chciałbym wspomnieć, że inspiracją dla naszej wyprawy był umieszczony w Nowinach Jeleniogórskich opis podobnej wycieczki zorganizowanej przez pana Witolda Gumprechta w kwietniu tegoż roku.































niedziela, 25 lipca 2010

Góry Izerskie 2010

25.07.2010 / niedziela / 104 km

czas jazdy–6 godz. 50 min. przec. 15,1 km/godz


Trasa: MaciejówkaDworzec PKP Jelenia GóraStacja kolejowa w Jakuszycach – Jizerka/cz/ – Smedava – Predel – Nove Mesto – Czerniawa Zdrój – Świeradów Zdrój – Rozdroże Izerskie – Górzyniec – Piechowice – Wojcieszyce – Jelenia Góra - Maciejówka


Dość chłodno i mglisto. Z Czesławem S. spotykamy się na ładnie odnowionym jeleniogórskim dworcu kolejowym. Pomimo wczesnych godzin na stacji widać kilkadziesiąt osób, które zamierzają spędzić niedzielę turystycznie. Bezpośrednio do Jakuszyc, tak to już prawda, jedziemy ładnym, funkcjonalnym szynobusem, należącym do dolnośląskiego urzędu marszałkowskiego. Dzięki niemu reaktywowano po wielu latach linię kolejową do Czech przez Jakuszyce. Jedziemy, oglądamy piękne widoki, a obok nas nasze stalowe rumaki.

Od Jakuszyc już na rowerach jedziemy w kierunku do czeskiej Jizerki przez drewniany, graniczny most na Izerze.

Za mostem strome podejście w górę, czeskie tablice radzą prowadzić rowery i tu sie z nimi w zupełności zgadzamy, gdyż jazda jest niemożliwa. Nie chciało nam się dokładniej popatrzeć w mapę i poszliśmy na przysłowiowego nosa, na skutek czego trochę pobłądziliśmy i zaliczyliśmy parę dodatkowych kilometrów leśnymi drogami.

Im wyżej to coraz gęstsza mgła i wilgoć, która przenika wszystko, nawet unieruchamia na kilkanaście minut licznik rowerowy. W tej mgle dojeżdżamy do Smedavy, ktora jest jakby czeskim odpowiednikiem naszych Jakuszyc. Zwykle, a już w szczególności w niedzielę jest tu mnóstwo ludzi, korzystających na rowerach lub pieszo, a w zimie na nartach biegowych, z gęstej sieci szlaków turystycznych. Niestety, teraz przy tej mgle i bardzo małej widoczności jest ich znacznie mniej.

Po krótkim odpoczynku jedziemy oznakowaną, asfaltową trasą w kierunku na Czerniawę, gdzie przekraczamy granicę. Następnie podjazd do Świeradowa, tam odpoczynek w jednej z licznych tu restauracji i poprzez Rozdroże Izerskie, Górzyniec i Piechowice jak najszybciej do domu.










poniedziałek, 21 czerwca 2010

Pogórze Izerskie 2010

20.06.2010 / niedziela / 94,5 km czas jazdy–6 godz. 1 min. przec. 15,6 km/godz

Trasa: Maciejówka – Cieplice – Wojcieszyce – Kromnów – Stara Kamienica – Nowa Kamienica – Grudza – Rębiszów – Mirsk – Karłowiec – Karłowice – Gryfów Śląski – Radoniów – Chmieleń – Pasiecznik – Rybnica – Jelenia Góra - Maciejówka

Bardzo chłodny jak na tę porę roku poranek, około 7 stopni, na szczęście nie zamierza padać. Wyjazd o 7.30. i szybka półgodzinna jazda do przystanku MZK przy zajezdni przy ul. Wolności, gdzie już czeka na mnie Czesław S. Po krótkim odpoczynku już razem jedziemy przez Cieplice do Wojcieszyc, dużej wsi, około 1000 mieszkańców, dużo nowych domów obok starych zabudowań. Zatrzymujemy się przy Kościele pod wezwaniem Świętej Barbary, jest niedziela, kilka minut przed mszą, sporo ludzi przed i w kościele. Parę minut poświęcamy na skupienie i modlitwę, robimy kilka zdjęć i dalej w drogę.

Trochę rowerowej wspinaczki i mała miejscowość Kromnów, dużo starych, opuszczonych domów, niektóre wystawione na sprzedaż. Gmina Stara kamienica zadbała o odpowiednie oznakowanie tras rowerowych i chyba nie tylko o to, gdyż mimo niedzieli zauważyliśmy, przejeżdżając przez stolicę gminy, otwarty punkt informacji turystycznej.

Około 11-tej jesteśmy w Mirsku - małym miasteczku, około 4 000 mieszkańców, niegdyś sporo zakładów pracy i klub piłki nożnej w III lidze. Po transformacj ustrojowej jak większość podobnych miasteczek mocno podupadło. Przed ratuszem rozmawiamy z będacym w naszym wieku mieszkańcem Mirska. Okazało sie, że mamy wspólne zainteresowania – wyprawy rowerowe i jazdę na nartach biegowych. Po wymianie doświadczeń opuszczamy te dość zaniedbane miasteczko.

W okolicach Karłowic przeprawiamy się na drugi brzeg Jeziora Złotnickiego korzystając z długiej kładki dla pieszych i rowerzystów. Dawniej, o tej porze, brzegi tegoż jeziora były okupowane przez mnóstwo ludzi, którzy przyjeżdżali tutaj na wypoczynek. Obecnie swoistym „signum temporis” jest wiele opuszczonych, częściowo zdewastowanych, domków campingowych. Na kładce trójka wędkarzy, jesteśmy akurat świadkami udanego połowu dużego, około 1 kg, szczupaka. Gratulujemy zdobyczy i już jesteśmy na drugiej stronie. Kilkaset metrów leśnej ścieżki, trudnej i stromej, co zmusza do zejścia z roweru.

Do Gryfowa wjeżdżamy od strony osiedla nowych, ładnych budynków, zbudowanych najczęściej za ciężko zapracowane pieniądze przez naszych „gastarbeiterów” w Niemczech lub Austrii. Przed ładnie odnowionym ratuszem w Gryfowie wystawa fotografii wszystkich pereł naszej Kotliny Jeleniogórskiej to jest zamków i pałaców. Wśród nich pamiętny dla mnie i Iwonki oraz Oli – pałac „Paulinum”, gdzie 14 października 2006 roku świętowaliśmy nasz ślub i chrzest naszego dziecka/ ten fragment musiałem odczytać Oli, która bardzo interesowała sie, co tata pisze /. Na rynku dość spory ruch, dużo ludzi łączy niedzielny spacer z obywatelskim obowiązkiem – uczestnictwa w wyborach Prezydenta Rzeczypospolitej. Natomiast niektórzy z mieszkańców wyglądali na bardzo „zmęczonych” na skutek nadużycia pewnych trunków.

Z Gryfowa do Jeleniej jechało się bardzo dobrze pomimo dużego ruchu samochodów i licznych motocykli. Droga w przeważającej części pozwala rowerzyście na swobodny zjazd, są tylko nieliczne podjazdy. Pewnego rodzaju ciekawostką geograficzno-administracyjną tej trasy jest fakt, że na długości około 25 kilometrów przejeżdża się przez pięć gmin / Gryfów Śląski, Lubomierz, Stara Kamienica, Jeżów Sudecki i Jelenia Góra /.
W domu jestem o 15.30, i pomimo sporego dystansu i dobrego tempa nie jestem zbytnio zmęczony. Pozostał nam jeszcze rodzinny spacer do naszego lokalu wyborczego, w którym Ola wrzuciła do urny nasze kartki do głosowania. A ja ? jak głosowałem ? No cóż – wybrałem młodość.

niedziela, 30 maja 2010

Rudawy Janowickie 2010

30.05.2010 / niedziela / 45 km czas jazdy–3 godz. 15 min. przec. 14 km/godz

Trasa: Maciejówka – Wojanów – Łomnica – Mysłakowice – Kostrzyca - Mysłakowice – Kowary – Gruszków – Strużnica – Karpniki – Trzcińsko – Maciejówka

Prognoza pogody na niedzielę nie odbiegała dużo od typowej dla maja tego roku – czyli chłodno i deszczowo. Mam nieodparte wrażenie, że trochę w tej naszej pogodzie zamieszał pewien wulkan z Islandii, któremu akurat zachciało sie uaktywnić tej wiosny.
Wyjeżdżam z domu o wpół do ósmej, są chmury, ale nie pada, około 12 stopni ciepła. Pomiędzy Maciejową a Wojanowem przebiega granica pomiędzy miastem Jelenia Góra, a gminą Mysłakowice, ale żeby o tym się przekonać należy zejść z roweru albo wysiąść z samochodu aby dojrzeć, szczelnie zakrytą bujną roślinnością, tablicę z nazwą dawnego miasta wojewódzkiego. Czyżby ta zarośnięta tablica była jakimś symbolem degradacji tego „bajecznego” miasta.

W okolicach Wojanowa zaczyna lekko padać, a potem już intensywnie. Wraz z moim towarzyszem wyprawy – Czesławem S. chronimy się przed deszczem pod wiatą przystanku w Łomnicy i mamy dylemat, czy wracać czy też trochę poczekać. Na szczęście, po niecałej godzinie przestaje padać i możemy dalej jechać. Mijane po drodze miejscowości począwszy od Wojanowa, poprzez Łomnicę, Mysłakowice i Kostrzycę są właściwie połączone w jedną, podmiejską aglomerację, podzieloną sztucznie administracyjnie. Po drodze mijamy mnóstwo różnych firm usługowych i produkcyjnych co świadczy o ożywionej działalności gospodarczej chociaż cześć z tych obiektów może już być wyłączona, a ich oferta zdezaktualizowana. W Kostrzycy, w dość niepozornym budynku, mieści się salon piękności dla psów „Łapa”.
Nie wjeżdżając do centrum Kowar jedziemy przez Wojków w kierunku Gruszkowa. Władze Kowar są najwidoczniej przekonani że wszyscy korzystający z ich dróg mają GPS-y, gdyż nawet nie umieścili tablicy kierunkowej na tak ważnym skrzyżowaniu. Podobna uwaga do tych, którzy tworzyli trasy rowerowe w Rudawach Janowickich, bardzo kiepskie oznakowanie, szczególnie rzuca się w oczy brak tablic z kierunkami i czasami przejazdów poszczególnych odcinków. Proponuję wybrać się na przykład do gminy Jeżów Sudecki i tam naocznie sprawdzić jak wygląda prawidłowe oznakowanie.
Dzwonię do domu, Ola po wczorajszym, pełnym wrażeń dniu, nie może się doczekać kiedy wrócę i będziemy sie razem bawić. Tutaj role są podzielone, mama jest od tych spraw najważniejszych, a szczególnie jej obecność jest niezbędna w okresie choroby. Natomiast tata jest od zabawy i może trochę od nauki.
Pomiedzy Wojkowem, czyli dzielnicą Kowar a Gruszkowem małe, sympatyczne źródełko „Jola”, gdzie robimy sobie zdjęcia.

Jadąc dalej spotykamy grupę rowerzystów, którą mój kolega, będący w świetnej formie, wyprzedza i czeka na mnie na przełęczy Karpnickiej. Ja w tym sezonie przejechałem niestety dużo mniej kilometrów od niego i moja kolarska siła jeszcze nie jest na swoim normalnym poziomie. Po kilkudziesięciu minutach męczącej jazdy pod górę spotykamy grzybiarzy, którzy z dumą pokazują nam swoje zbiory, w których są i prawdziwki. Można tylko z pewnym sarkazmem stwierdzić, że będzie to rok korzystny, ale raczej tylko dla grzybów.
Około południa docieramy do schroniska „Szwajcarka”, gdzie widać nielicznych turystów. Po wysiłku fizycznym marzyło nam się piwo, ale schronisko nie ma koncesji na ten napój i trzeba było zadowolić się „drogą” wodą mineralną.

Czarne chmury wiszące nad nami powodują, że jesteśmy zmuszeni skorygować nasze plany i znacznie skrócić wyprawę. Zjeżdżamy do Trzcińska, gdzie się rozstajemy. Czesław na swoje Zabobrze, a ja skrótem obok stacji PKP w Trzcińsku, następnie polną drogą do swojej Maciejówki, gdzie przy akompaniamencie drobnego deszczyku, jestem około 13-tej.

niedziela, 14 czerwca 2009

Bolków – Świny 2009

14.06.2009 / niedziela / 76 km czas jazdy–5 godz. 23 min. przec. 14 km/godz

Trasa: Maciejówka – Kaczorów – Płonina – Bolków – Świny - Gorzanowice – Bolków – Mysłów – Lipa – Dobków – Stara Kraśnica – Dziwiszów – Maciejowa - Maciejówka

Ranek zimny, zaledwie kilka stopni powyżej zera, co jak na czerwiec jest wyjątkowo niską temperaturą. Ciepło ubrany, wyjeżdżam z domu około 7 – mej, pozostawiając w nim Iwonkę, Olę, ciocię Krystynę i zwierzęta - psa Cliforta i koty – Blackiego, Kubę i maleńkiego Jessa. Do Kaczorowa jadę główną drogą, po której pomimo wczesnej pory i niedzieli porusza się już wiele samochodów. Odcinek od Kaczorowa do Bolkowa to już zupełnie dziewicza dla mnie trasa, prowadząca przez wieś Płoninę. Godna polecenia dla wszystkich rowerzystów, którzy nie lubią jeździć w tłumie innych pojazdów silnikowych. Początkowo dość długi, stromy i trudny podjazd, a potem równie długi i dość niebezpieczny, z uwagi na nierówności asfaltu, zjazd prawie do samego Bolkowa. Po drodze widziałem kilka, ładnie zagospodarowanych, zbiorników wodnych.


Miasteczko wyludnione, ale przecież to dopiero wpół do dziewiątej i dlatego brama na Zamek jeszcze zamknięta, z tabliczką, że pilnujący pies jest zły i głodny, Może Towarzystwo Przyjaciół Zwierząt powinno zainteresować się tym swoistym przykładem dręczenia biednego zwierzęcia. Na dostępnym dziedzińcu zamkowym robię kilka fotek i nie czekając godz. 9–tej jadę dalej.


Przejeżdżam przez rynek, a właściwie prowadzę rower, gdyż „końskie łby” nie są najlepszą nawierzchnią dla rowerzysty. Krótko po 9-tej rynek nagle zaludnia się mieszkańcami, wychodzącymy akurat z kościoła.


Parę kilometrów dalej, w kierunku na Jawor, wieś Świny ze swoją największą atrakcją turystyczną czyli dobrze zachowanymi ruinami Zamku. Niestety jeszcze zamknięty, obiekt jest prywatny, a właściciel udostępnia go odpłatnie dopiero od 12 –tej. Pozostało mi tylko sfotografować z zewnątrz szacowne mury i stwierdzić, że obydwa zamki nie były zbyt przyjazne dla tak rannego turysty jak ja. Jeszcze jedna ciekawostka, a właściwie legenda dotycząca tych zabytków, która mówi, że obydwa zamki są polączone podziemnym przejściem.


Nie mam dokładnej mapy tych okolic i jadę na przysłowiowego nosa, co nie zawsze skutkuje pełną realizacją zamierzonej trasy, ale za to dostarcza innych atrakcji. W taki właśnie sposób znalazłem się w Gorzanowicach, małej wsi, a następnie ponownie w Bolkowie. Stamtąd do Mysłowa znów jadę główną drogą na Jelenią Górę w hałaśliwym towarzystwie powracających z długiego weekendu samochodów i głośnych motocykli. Jeden z pojazdów, powracający z Karpacza, bus z Augustowa zatrzymuje się i kierowca pyta mnie o drogę. Parę minut rozmowy wywołały we mnie wspomnienia związane z tym miastem. - Koniec lat sześćdziesiątych, sierpień i nas trzech, młodych ludzi dwa tygodnie pod namiotem na półwyspie „Goła Zośka” nad jeziorem Białym, były to piękne, beztroskie dni. Jeden z nas, Krzysiek B. niestety już nie żyje „Abit, non obiit”.
Jest już dużo cieplej więc robię krótki postój i przebieram się. W okolicach Mysłowa widzę dopiero pierwszego rowerzystę i zjeżdżam na boczną drogę do Dobkowa. Bardzo chce mi się pić, a w tej miejscowości są trzy sklepy i , zupełnie tego nie rozumiem, wszystkie będą dopiero otwarte od 14-tej. Na szczęście, młode małżeństwo, pracujące przy budowie swojego domu, zaspakaja moje pragnienie, ofiarując butelkę wody mineralnej. Niedaleko wsi Dobków spotykam sympatycznego, w średnim wieku, rowerzystę z Jawora. Przez kilka minut jedziemy razem wymieniając się naszymi spostrzeżeniami dotyczącymi naszych rowerowych wojaży. Potem nasze drogi się rozchodzą, kolega wraca do Jawora, a ja w kierunku Starej Kraśnicy i dalej na Jelenią. Początkowo łagodnie, potem lekko pod górę, a już w okolicach Podgórek skończyły się żarty – ostry i długi podjazd do samej Kapeli. Następny etap jest mi doskonale znany, to długi zjazd do Dziwiszowa, a potem boczną drogą, obok „Chatki Niedźwiadka” do Maciejowej. W domu jestem około 15 – tej.